Mam ten komfort, że ani studia ani praca nie zmuszają mnie do wstawania bladym świtem. Korzystam więc z tego przywileju i gniję w łóżku ile się da, irytując tym samym moich współlokatorów, którzy muszą budzić się w środku nocy i wypominają mi to przy każdej nadarzającej się okazji. Ja jednak cieszę się, że mam czas, aby delektować się z rana herbatą bądź kawą, co uważam za chyba najprzyjemniejszy moment w ciągu całego dnia (chociaż ten, w którym zajadam się czekoladą również jest przyjemny).
A co robię podczas picia herbaty? Oczywiście przeglądam milion niepotrzebnych mi stron internetowych, na których znajduję cuda rujnujące zawartość mojego portfela. Dzisiejszy wpis poświęcam kubkom i filiżankom, z których chętnie popijałabym herbatę każdego ranka.
I filiżanki, czyli to, co uwielbiam najbardziej! Ubolewam nad tym, że przepiękne wzory filiżanek można znaleźć już tylko w mieszkaniach naszych cioć i babć, bo młodzi ludzie – przepraszam, ale tak wynika z moich obserwacji – nie potrafią prawidłowo ich trzymać, a co za tym idzie, zniechęcają się i wybierają kubki.
Ja często daję filiżanki w prezencie, głównie z okazji ślubów i rocznic. Istnieje mnóstwo firm, które malują na porcelanie, więc przy zamawianiu zwykle proszę o umieszczenie na nich fragmentów z moich tekstów – mam wtedy pewność, że nikt go nie powtórzy, a prezent staje się bardziej osobisty. Poza tym wydaje mi się, że jeśli, przykładowo, Młoda Para zaczyna swoje wspólne życie, to poranna kawa w 2 filiżankach jest widokiem dość romantycznym (wychowałam się na bajkach Disney’a, na mnie zrobiłoby to wrażenie).
Jak już będę stara i bogata, mam zamiar jeździć po świecie i kupować filiżanki w każdym kraju, który odwiedzę. Potem będę chwaliła się nimi w mojej kawiarni, poustawiam je na szafce i każdego dnia będę przecierała z nich kurz, jak stara matrona. Trzeba mieć przecież jakieś plany na przyszłość, prawda?



Ps W Gdańsku śnieg pada jak szalony. Ponieważ ogarnianie się życiowo nie idzie mi najlepiej, rozważam zjeżdżanie z górki dla relaksu. Nie mam sanek, ale myślę, że metoda „auf die Pupen” też się sprawdzi.


























