O zimie i Zielonym Mieście pełnym strachu

Luty 9, 2010 - autor: Agata

„Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć. Zazieleni się, urośnie kilka drzew (…)”, chciałoby się zaśpiewać za Voo Voo. Tymczasem za oknem – bez zmian- śnieżne zaspy, a słońce jeszcze zbyt nieśmiałe, żeby się im postawić. Tak to widzę. Ciągle śpię w skarpetkach z tyłkiem przy grzejniku odkręconym na maksa, a i tak mam wrażenie, że kuper mi marznie (chociaż może jestem już przewrażliwiona).

Oglądam zdjęcia na różnych portalach i dochodzę do wiosku, że podobne widoki w Polsce też by się znalazły:

Mimo wszystko – jestem optymistką. Przeglądam na aukcjach internetowych baleriny i kupuję bluzki na krótki rękawek. Wiosna mnie nie zaskoczy, wręcz przeciwnie – jestem do niej przygotowana i czekam z utęsknieniem. U mnie w głowie i tak już od dawna rosną konwalie  :)

Z przerażaniem czytam i oglądam, co dzieje się w moim Zielonym Mieście:

http://www.tvn24.pl/12690,1642145,0,1,zielona-gora-w-strachu-setka-policjantow-na-ulicach,wiadomosc.html

http://www.tvn24.pl/-1,1642350,0,1,gwalciciel-przyszedl-na-poczte,wiadomosc.html

Aż strach wyjść na ulicę, skoro są ludzie, którzy mają tak nierówno pod sufitem. Na takie okoliczności powinno się wystawiać papiery koloru żółtego. Brak mi słów. Współczuję tym dziewczynom, ciesząc się poniekąd, że jestem teraz w Gdańsku i dalej, niż 100 km w najbliższym czasie się nie wybieram.

Chociaż mam mieszane uczucia: uważam, że media sieją panikę. Może nie tyle w młodych dziewczynach (młodość zaprząta sobie głowę innymi sprawami), co w ich przerażonych rodzicach. Po ziemi chodzi pewnie więcej takich ludzi, ale zasiane ziarenko strachu kiełkuje, zwłaszcza w mieście niewielkim, jakim jest Zielona Góra. Dla mnie relacja urzędniczki niewiele do sprawy wnosi, skoro i tak policja na pocztę się nie pofatygowała. Z drugiej strony, gdyby problemu nie nagłośniono, nie byłoby żadnej reakcji ze strony społeczeństwa. Tak czy siak, ciężko. Mam tylko nadzieję, że przeczytam niedługo o końcu tej psychozy…

escape into the music :)

Styczeń 22, 2010 - autor: Agata

Sytuacje społeczne mające miejsce w autobusach czy tramwajach, może nie są źródłem specjalnie ważnych informacji, ale zwykle świetnie wpływają na moje samopoczucie. Dzisiaj na przykład, byłam świadkiem konfrontacji między dziewczyną w moim wieku, a starszym panem, który na biedaczkę wręcz nakrzyczał, gdy ta odebrała telefon, jadąc autobusem. Donośnym głosem stwierdził, że ma ona „ugotować z niego zupę!”. Kiedy nikt z podróżujących nie zrozumiał jego wypowiedzi, pan X. podkreślił, że „wszyscy powinni iść do salonu, nakupować sobie telefonów za złotówkę i ugotować z nich zupy!”. Osobiście w to nie wchodzę, dla mnie to jednak zbyt ciężkostrawny posiłek, ale przyznaję, uśmiałam się. A sądząc po minach innych pasażerów – nie byłam jedyną osobą, którą to rozbawiło :)

Ale nie o tym, nie o tym. Wpis dzisiejszy jest „ku przestrodze”, ponieważ – jak donosi jeden z portali internetowych – synoptycy ostrzegają, że w nocy z niedzieli na poniedziałek temperatura może spaść nawet do -30 st. C. Mnie zastanawiają dwie rzeczy – jaka będzie temperatura odczuwalna i czy będę w stanie założyć na siebie jeszcze jeden sweter tak, by móc się przemieszczać, co już teraz jest nie lada wyzwaniem. „Podziwiam” dziewczyny, które nie noszą rękawiczek, bo mają zbyt długie paznokcie, lub zostawiają czapki w domu, ponieważ szkoda im fryzur. Ja tam wychodzę z założenia: lepiej wygodnie niż modnie, a jedna wizyta w szpitalu pod kroplówką z powodu grypy wyczerpała moje limity na następne 100 lat (fakt, że owinięta szalikami wyglądam jak kluska i na ulicy nikt mnie nie poznaje – pomijam :P ). A, jak słusznie zauważył chłopiec na zajęciach w przedszkolu, „trzeba nosić czapkę, żeby uszy nie zamarzły na kość”. I miał, krasnal, rację :) Pomyśleć tylko, że w Rio de Janeiro od kilku dni jest 40 st. C. Na plusie oczywiście…

Nie wiem, jak Wy, ale ja w takie mroźne dni, kiedy staram się z mieszkania nie wychodzić, by nie utknąć w zaspie, bądź na Zaspie, między innymi słucham muzyki. Uwielbiam covery, zwłaszcza, jeśli są lepsze od oryginałów. Ten pan jest zdecydowanie moim podobasem. Nowa zdobycz, którą powtarzam jak mantrę, udając, że potrafię śpiewać:

O facetach słów kilka :)

Styczeń 15, 2010 - autor: Agata

Dostałam ostatnio maila (od faceta, żeby nie było), którego temat brzmiał: „Dlaczego chłopcy potrzebują opieki?”. Mail ten zawierał wyłącznie zdjęcia, zajrzałam więc do niego z wyraźnym zainteresowaniem (czytanie poważnych rzeczy w okresie sesji jakoś mnie przeraża :P ). Obejrzałam sporo fotek, których, myślę, komentować nie trzeba. Najlepsze – moim zdaniem – wybrałam i zostawiam Wam do przemyśleń :)

Przyznaję, rodzice dostawali palpitacji serca, gdy wrzucałam do ogniska butelki, które wystrzeliwały w powietrze niczym fajerwerki. Mam za sobą zjeżdżanie z górki, prosto na wystający korzeń, jedyny na drodze. Notorycznie spadałam z kamieni/płotu/trzepaka, wlazłam na gwoździa, znak drogowy, a nie tak dawno na słupek, stojący na środku chodnika (na swoje usprawiedliwienie dodam, że akurat to jest winą mojej wadliwej koordynacji wzrokowo – ruchowej, o czym mogą poświadczyć wszyscy pracujący ze mną wfiści). Mam za sobą historię, jak to któregoś dnia postanowiliśmy z misiem gotować jajecznicę. Niestety, zgubiłam jajko i trzeba je było czymś zastąpić na plastikowej patelni. W szufladzie znalazłam opakowanie tabletek na gardło, postanowiłam je wykorzystać. Chyba nie muszę mówić, że po ugotowaniu jajecznicy z tylu jajek, trzeba ją było zjeść (w dzisiejszych czasach już dawno zająłby się mną psychiatra, a to przecież wina misia, że zgubił – pierdoła – jajko)…

Jak widać, jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę, że dziewczynki są spokojne i nie przysparzają rodzicom (aż takich) zmartwień. Historii, których głównymi bohaterami byli chłopcy, słyszałam znacznie więcej, co potwierdzają tylko wyżej zamieszczone zdjęcia. Przytaczać ich nie będę, myślę, że każdy czytający ten wpis facet doskonale potrafi odtworzyć je w głowie. Jednak z doświadczenia mojej – choć krótkiej (aczkolwiek ma się to zmienić w najbliższym czasie) – pracy z dziećmi, wiem, jak dziwne i niespodziewane pytania zadają chłopcy i jakie ekstremalne pomysły przychodzą im do głów. I jeśli któraś z dziewczyn myśli, że „oni z tego wyrastają”, radzę się pożegnać ze złudzeniami, ja już dawno tak zrobiłam :)

Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że w przypadku mężczyzn, takie – intuicyjne? – pakowanie się w kłopoty i często infantylne sytuacje, staje się ich pożądaną cechą charakterystyczną. Większość z nas – kobiet lubi przecież typ nawiedzonego rock’n’rollowca, ja osobiście za takim przepadam. Nic dziwnego, że to właśnie kobiety mają instynkt macierzyński, nawet, jeśli nie posiadają dzieci (taki facet potrafi zadbać o piwo w lodówce, z ciepłym obiadem już gorzej). Panie lepiej też sprawdzają się w roli pielęgniarek, które w małym palcu mają opatrywanie ran i wszelkiego rodzaju zadrapań, czy to po wejściu na drut kolczasty, czy upadku po jeździe na rolkach bez ochraniaczy. Ktoś przecież tymi chłopcami musi się opiekować, często do końca życia :) A podobno: „Jeśli mężczyzna robi coś bardzo głupiego, to zawsze z motywów najszlachetniejszych”. Podobno :)

BTW specjalne pozdrowienia dla Cz., który wczoraj obchodził urodziny, a ja – sierota – zapomniałam. Kajam się w tym miejscu, życząc mu spełnienia marzeń :)

Urodzinowe sto lat również dla M. . Kolejne Twoje urodziny w podobnym gronie, również z balonami, oby tak dalej :)

Pan da tę pandę :)

Styczeń 11, 2010 - autor: Agata

Zaczęło się. Każdy student doskonale zna zdanie: „Pan da tę pandę…” i znienawidzone słowo „Sesja”. Mnie ten czas jakoś specjalnie nie przeraża (zaletą III roku jest niewielka ilość egzaminów. Wadą natomiast licencjat, który sam pisać się nie chce, zupełnie nie rozumiem, dlaczego). Zaobserwowałam natomiast dwa bardzo charakterystyczne typy studentów, szczególnie ciekawe właśnie podczas sesji, każdy ze swoich własnych powodów.

Typ pierwszy: Pinki Łinki Plastik Girl

Cechy charakterystyczne: Cyce jak donice, odpad materiałowy stylizowany na spódnicę.

Wiedza: Jeśli chodzi o wiedzę tego typu studentów (głównie płci sfeminizowanej), zdania są podzielone: wykładowcy twierdzą, że uczyć się trzeba. Potencjalna Pinki Łinki Plastik Girl uważa jednak, iż „Królowa jest tylko jedna”, więc od wiedzy pospólstwa oddala się najdalej, jak tylko może, twierdząc, że „tym zajmie się jej menadżer”. Doskonali jednak umiejętności praktyczne – do perfekcji opanowała przyklejanie prawą ręką kryształów do tipsów lewej dłoni.

Typ drugi: Dexter

Cechy charakterystyczne: Bryle jak denka od butelek, sweter z szafy dziadka.

Wiedza: Dexter posiada wiedzę kosmiczną, odwrotną do tej, którą prezentuje osobnik Typu Pierwszego. Do snu czyta encyklopedię, bądź ciekawostki z zakresu fizyki kwantowej. Przejawia zachowania antyspołeczne. Wróży mu się karierę programisty portalu Miejsca Spotkań.

Oba te typy fascynują mnie niesamowicie i za ciekawy moment uważam możliwość ich obserwowania. Chociaż osobiście nie zaliczam się do żadnego z nich, podziwiam ich (na swój sposób), a w czasie sesji życzę powodzenia.

Ja natomiast czekam na wiosnę. Mam już dość chodzenia w dwóch szalikach, ubrana na cebulę tak wielką, że gdyby mnie przewrócić w okolicach pagórka, spokojnie bym się z niego sturlała.

Wiosną wszystko robi się przyjemniej: przyjemniej się uczy, przyjemniej wstaje się na uczelnię – nawet w niedzielę – w ogóle wszystko jest ciekawsze, kiedy słychać, jak rośnie trawa, a świat „zazielenia się na śmierć”. Kupię sobie koszulkę z Kermitem i wtopię się w tło :)

Są tacy, którzy zarabiają całkiem niezłe pieniądze na tej ludzkiej tęsknocie do ciepła i słońca all day long, oferując ceny promocyjne zagranicznych wycieczek. Reklama jednej z nich powaliła mnie na kolana: „Jedź na wycieczkę, a otrzymasz srebrną łyżeczkę!”. Dosłownie :) Za cenę tych zagranicznych wojaży kupiłabym sobie cały komplet, a nie jedną sztukę. Ale jeśli takie mają być dla niektórych „pamiątki z podróży”, to nie wnikam, może być i jedna łyżeczka. Za to specjalna, bo srebrna :D

- dni, których jeszcze nie znamy –

Styczeń 4, 2010 - autor: Agata

2009 za nami. Cieszę się, że już zagościł w przeszłości, chociaż nie uznaję minionego roku za stracony. Było w nim mnóstwo fajnych momentów, szczególnie jeden wielki z magiczną datą 04.04 i niech tak zostanie. Były łzy, przyznaję, ale było też mnóstwo roześmianych twarzy. Mieszkanie z dziewczynami, ptactwo za ścianą, maratony filmowe, których jednak mi brakuje, chociaż ostatnio nadrabiamy je z A. i W. przy uśmiechniętych kanapeczkach – jedynej potrawie, która zawsze mi wychodzi :) Były emocje: te małe i wielkie, które teraz objawiają się szczelnym zamykaniem okien i pewniejszym stąpaniem po ziemi. Cieszę się, że w tym nowym, 2010, spotykamy się wszyscy w tym samym gronie, a nawet większym.

Żałuję, że w moim kalendarzu zabrakło miejsca na wpisy naprawdę ważne. Na te chwile nagłego szczęścia (bo jesteśmy). Zbyt wiele znalazłam w nim pośpiechu, telefonów do wykonania, spraw do załatwienia. Postanowień noworocznych nie robiłam, ale może teraz się to zmieni. Mam nowy kalendarz.

A na Nowy Rok kącik „Agata poleca”, czyli co warto zobaczyć.

Uwielbiam filmy, których fabuła mnie intryguje i pod koniec nie mam pojęcia, czy je dobrze zrozumiałam, ale jestem przekonana, że chętnie obejrzałabym je raz jeszcze. Lubię też magię, bo troszkę przenosi mnie w czasy dzieciństwa, kiedy to wszystko było niezwykłe i zagadkowe. Do takich filmów należą zdecydowanie „Prestiż” i „Iluzjonista”, oba z 2006 roku, więc obsada specjalnie nie zaskakuje. Są jednak tak zakręcone, że radzę oglądać uważnie. Jest to mój ulubiony klimat filmów z naprawdę świetnym tematem, więc polecam gorąco :)

Gdyby ktoś znał podobne, będę wdzięczna, chętnie zobaczę :)

Kolejna rzecz to piosenka, która za mną chodzi, a wydaje mi się, że świetnie komponuje się z dzisiejszą notą, zwłaszcza z kącikiem, wiec miłego słuchania. Ladies and Gentlemen I give You “One Republic” :

I rzecz ostatnia – reklama, bo uważam, że rzeczy dobre reklamować trzeba. Tym sposobem przypominam się również pani K., z którą ugadane jesteśmy na coś podobnego, nie mówiąc już o tym, że obiecała wpaść do Gdańska na herbatę, a z Torunia jej jakoś ciągle za daleko :) http://www.kamilwysocki.com/load.php?act=l20

Tym sposobem do zobaczenia już w Nowym Roku 2010. Najważniejsze jest i tak to, co przed nami :)

xxxx

xxxx

/   * * *

- Szczęście? Dla mnie to chwila, która się nie spieszy, gdy piję herbatę. Nie sama, zawsze na dwa kubki.

- A miłość?

- Miłość to te dwa kubki.   /

merry christmas ! :)

Grudzień 23, 2009 - autor: Agata

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: wracacie do mieszkania z jemiołą w rękach, zadowoleni jak nie wiem co, bo to przecież taki ładny zwyczaj. Całą drogę obmyślacie, gdzie ją powiesić i jak wielką radość sprawi ona tym, którzy pod nią staną… Jedno już wiem – co do wystroju mieszkania mamy z K. zupełnie inne zdanie, bo na widok jemioły wrzasnął tylko: „Przecież w tym są robaki!” :) No, dobra, pasożyt pasożytem, ale co tradycja to tradycja, a takiej reakcji się nie spodziewałam :) Mimo wszystko jemioła w pokoju wisi i jak się uprę, to będzie tam aż do Wielkanocy, z robakami, czy bez nich, o! :D

Dzisiaj muzycznie trochę – jak mówi P. – piosenek, które funkcjonują już doskonale jako świąteczne kolędy. Tylko lepiej nie wsłuchujcie się w tekst, bo, przynajmniej jedna z nich, do wesołych nie należy. Mimo wszystko – endżoj podczas ubierania choinki, lepienia pierogów, czy pakowania prezentów :)

A w ramach świąt pozostaje mi tylko powiedzieć: Wesołych i uważajcie na karpia, bo czasem – skubany – mści się za kolację wigilijną i pokazuje ości :)

Do zobaczenia już w Nowym Roku :)

Uśmiech – bezcenny. Za wszystko inne zapłacisz kartą :)

Grudzień 17, 2009 - autor: Agata

Czasem usłyszy się/przeczyta coś, co nas poruszy, nawet, jeśli To Coś, jest banalne i wydawałoby się, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Na mnie takie wrażenie zrobiły słowa D., które jakiś czas temu przeczytałam na jego naszoklasowym profilu: „(…) i lubię się uśmiechać, i lubię, jak ktoś się dużo uśmiecha.”. Pozytywny z niego człowiek, jako starszyzna mogę śmiało powiedzieć: Mam nadzieję, że z tego nie wyrośnie :) Dlaczego jego słowa przypomniały mi się właśnie teraz? Bo obejrzałam film, który sprawił, że się po prostu uśmiechałam. Polecam gorąco.

Spadł śnieg. Taki, że już się nie topi, więc trzeba nosić czapkę, barchanowe majty i kozaki (btw obrzydliwe słowo), bo zimno strasznie, a ja odkryłam, że mam uczulenie na mróz, jak bum cyk – cyk,inaczej wytłumaczyć tego nie umiem. A mnie – mimo wszystko – marzy się zima taka, jak dawno, dawno temu, kiedy to z I. zjeżdżałyśmy na worach z sianem z górki, śniegu było po pas, że skrzypiało pod butami i otwierało się dzioby, aby płatki wpadały. Chciałabym tak chociaż na czas świąt. A potem może przychodzić wiosna :)

Muzycznie chodzi za mną ta piosenka:

All I want for Christmas is youuu :)

Grudzień 11, 2009 - autor: Agata

Zakochana ostatnio w głosie tego pana, dzielę się nim na wordpressie, bo po to przecież jest:

Jednocześnie uroczyście oświadczam, że święta już bliżej, niż dalej. Być może dzieje się tak dlatego, że rozgłośnie radiowe na potęgę zalewają nas last christmasową nutą (czy byłoby inaczej, gdybym nie słuchała ciągle RMF Święta? :P ), a choinki w galeriach, jak w zielonogórskiej Palmiarni przed remontem, próbują dobić do sufitu. Tak czy siak – mnie to cieszy ogromnie. Uwielbiam święta. Ten klimat, kiedy można wrzasnąć z zachwytu nad śniegiem (chociaż moje koleżanki – studentki chyba wolałyby, żebym tę radość wyrażała jednak ciszej, biorąc pod uwagę, że zdarza mi się to robić jeszcze zanim wyjdę z budynku :P ). Lubię kolorowe lampki w oknach i świadomość, że prezenty leżą sobie już grzecznie na półce, zapakowane tak, by nikt nie myślał nawet o ich podglądaniu i czekają na Wielkie Wejście pierwszej gwiazdki oraz okazję, by nareszcie kogoś nimi obdarować :)

W świętach lubię absolutnie wszystko i teraz, kiedy dzieli mnie od nich już tak niewiele, kocham to czekanie na nie. I kocham nawet te odgrzewane kotlety w TV i uczucie przejedzenia, i zakalce nawet kocham, jak coś nam podczas pieczenia nie wyjdzie! Ech, coraz bliżej święta, „hej, colędaj, colędaj” :D

I nie przeraża mnie specjalnie, że będę musiała siedzieć w pociągu przez pół dnia, żeby dojechać do domu na te ww święta. Ja chyba mam coś z psa – właściwie to lubię jeździć koleją, a już do domu to nawet bardzo :)

A w gdańskim mieszkaniu mamy nawet choinkę. Mała, bo mała (a właściwie SYMBOLICZNA – tak, to ładniejsze słowo), jednak odrobinę udaje jej się wprowadzać nas w nastrój Bożego Narodzenia. Ma nawet dzwoneczki, szyszki i czerwoną kokardę na czubku. Ot, jak sobie studenci radzą :)

Nonsensologia stosowana polskiej służby zdrowia

Grudzień 1, 2009 - autor: Agata

Brakowało mi wolnego weekendu, kiedy to można tylko siedzieć w mieszkaniu i patrzeć w ściany. Czekaliśmy z K. na ten piękny czas, bo plany nicnierobienia były konkretne.

Przyszło co do czego, a ja budzę się z napadami kaszlu, temperaturą, dreszczami i jeszcze przynajmniej z 5 innymi objawami, wypisz – wymaluj: grypa jak bum cyk – cyk. O 2.00 w nocy K. zaciągnął mnie do zaspowego szpitala, bo objawy się nasilały, a ja przed oczami miałam już różowe prosiaczki. Teoretycznie mogłabym rozpisać się na temat polskiej służby zdrowia i cyrków, jakie tam odchodziły, ale K. zrobił to -> tutaj . Ja dodam tylko, że kroplówka kapie baaardzo wolno. W środku nocy doprowadza to zmęczonego człowieka do szału, tym bardziej, gdy lekarz zbywa moje pytania rozwiązywaniem krzyżówek i wciąganiem czekoladowych batonów, na których widok robi mi się niedobrze.

Ponad 3 godziny czekania na informacje i jest diagnoza: przyjdzie do pani Inspektor Sanitarny. Nie wiem, po co, skoro lekarz na wyleczenie z prosiaczkowej przypadłości zapisał mi zasra** gripex.

Plusem z tej całej sytuacji jest to, że dostałam bezwzględny nakaz leżenia w łóżku przez tydzień (przy utrzymującej się temperaturze nawet nie myślę o jego pogwałceniu), no i pewnie schudnę, bo jest mi słabo już na samą myśl o spędzeniu kolejnej nocy nad ubikacją, więc apetyt jakoś nie dopisuje. A, no i zmusiło nas to do kupienia temperaturomierza.

Tak czy siak, nie ma sensu wizyta u lekarza, skoro można zaaplikować sobie gripex i parę innych witamin. A trąbią o epidemii, szczepionkach, K. znosi tylko ulotki z aptek o świńskiej grypie… I po co to wszystko, jak jeszcze nawrzeszczą, że coś Was boli i przyszliście do lekarza?

Chore to wszystko.

Bo każde dziecko boi się Buki

Listopad 18, 2009 - autor: Agata

Rozmowy w tramwajach bywają bardzo emocjonujące. Szczególnie te, które się podsłuchuje (marną siłą woli, by tego nie robić) i ma się jeszcze resztki zdrowego rozsądku, aby się do tego niecnego postępku nie przyznawać (czytaj: nie wtrącać). Ale wiadomo: sztuką jest zapanować nad emocjami, gdy wątkiem w rozmowie jest bajka naszego dzieciństwa (a przynajmniej jedna z wielu) :) .

Nie znam osoby, która nie bała się Buki. Biedne Muminki musiały przed nią uszczelniać okna i zamykać drzwi. Mała Mi chowała się pod kanapą (a ja – za jej przykładem – ukrywałam się pod łóżkiem. Zrezygnowałam z tej praktyki, kiedy moja pupa w hula – hop mieściła się idealnie, więc przestrzeń pod łóżkiem zaczęła wywoływać u mnie lęki klaustrofobiczne.) Nic dziwnego, że byłam bardzo zaskoczona, gdy pewna dziewczyna, podczas podsłuchanej przeze mnie tramwajowej rozmowy, oświadczyła koledze, że Buki nie zna, choć „Przygody Muminków” oglądała (jaaasne…). Widocznie podsłuchiwanie to czynność wykonywana permanentnie przez tramwajowych pasażerów, bo nagle wszyscy zamarli. O mały włos nie wyrwało mi się: „No co tyyy!”, bo nieznajomość Buki i brak lęku na jej widok to zjawiska dla mnie nad wyraz nieprawdopodobne. Niestety, zgubiłam wątek, bo jakiś ETI student próbował przemieścić mi żebra, wciskając swój plecak gdzieś w okolicy mojego mostka. Tak czy siak, są jeszcze sytuacje, które potrafią mnie zaskoczyć i pisząc tego wordpressa liczę się z tym, że wspomnienie Buki spędzi mi dziś sen z powiek :)

Wygląda na to, że większość moich ostatnich wpisów obraca się w temacie bajek. Jednak, gdy się nad tym zastanowię, stwierdzam, że są one ciekawą odskocznią od schematycznego, jesiennego życia studenta. Z drugiej strony, to nasz najlepszy czas na nutę infantylizmu. Kiedy mam rysować króliki na plecach moich (cierpliwych) kolegów, pisać ołówkiem z wizerunkiem Hannah Montana, czy oglądać kreskówki, jak właśnie nie teraz? Można udawać dorosłych, wozić się jak Star z piaskiem, ale prawda jest taka, że na widok Gwiezdnych Wojen, czy nowej sukienki Barbie, oczy nam się świecą, jak rybki neonki :)

Pomimo słabych, wyraźnie zamerykanizowanych wątków, polecam film „2012”. Oglądałam go ostatnio w doborowym towarzystwie ( podwójne randki są super! :D ) i siedziałam wbita w fotel z każdym uderzeniem fal Tsunami.