Nonsensologia stosowana polskiej służby zdrowia

grudzień 1, 2009 - autor: Agata

Brakowało mi wolnego weekendu, kiedy to można tylko siedzieć w mieszkaniu i patrzeć w ściany. Czekaliśmy z K. na ten piękny czas, bo plany nicnierobienia były konkretne.

Przyszło co do czego, a ja budzę się z napadami kaszlu, temperaturą, dreszczami i jeszcze przynajmniej z 5 innymi objawami, wypisz – wymaluj: grypa jak bum cyk – cyk. O 2.00 w nocy K. zaciągnął mnie do zaspowego szpitala, bo objawy się nasilały, a ja przed oczami miałam już różowe prosiaczki. Teoretycznie mogłabym rozpisać się na temat polskiej służby zdrowia i cyrków, jakie tam odchodziły, ale K. zrobił to -> tutaj . Ja dodam tylko, że kroplówka kapie baaardzo wolno. W środku nocy doprowadza to zmęczonego człowieka do szału, tym bardziej, gdy lekarz zbywa moje pytania rozwiązywaniem krzyżówek i wciąganiem czekoladowych batonów, na których widok robi mi się niedobrze.

Ponad 3 godziny czekania na informacje i jest diagnoza: przyjdzie do pani Inspektor Sanitarny. Nie wiem, po co, skoro lekarz na wyleczenie z prosiaczkowej przypadłości zapisał mi zasra** gripex.

Plusem z tej całej sytuacji jest to, że dostałam bezwzględny nakaz leżenia w łóżku przez tydzień (przy utrzymującej się temperaturze nawet nie myślę o jego pogwałceniu), no i pewnie schudnę, bo jest mi słabo już na samą myśl o spędzeniu kolejnej nocy nad ubikacją, więc apetyt jakoś nie dopisuje. A, no i zmusiło nas to do kupienia temperaturomierza.

Tak czy siak, nie ma sensu wizyta u lekarza, skoro można zaaplikować sobie gripex i parę innych witamin. A trąbią o epidemii, szczepionkach, K. znosi tylko ulotki z aptek o świńskiej grypie… I po co to wszystko, jak jeszcze nawrzeszczą, że coś Was boli i przyszliście do lekarza?

Chore to wszystko.

Bo każde dziecko boi się Buki

listopad 18, 2009 - autor: Agata

Rozmowy w tramwajach bywają bardzo emocjonujące. Szczególnie te, które się podsłuchuje (marną siłą woli, by tego nie robić) i ma się jeszcze resztki zdrowego rozsądku, aby się do tego niecnego postępku nie przyznawać (czytaj: nie wtrącać). Ale wiadomo: sztuką jest zapanować nad emocjami, gdy wątkiem w rozmowie jest bajka naszego dzieciństwa (a przynajmniej jedna z wielu) :) .

Nie znam osoby, która nie bała się Buki. Biedne Muminki musiały przed nią uszczelniać okna i zamykać drzwi. Mała Mi chowała się pod kanapą (a ja – za jej przykładem – ukrywałam się pod łóżkiem. Zrezygnowałam z tej praktyki, kiedy moja pupa w hula – hop mieściła się idealnie, więc przestrzeń pod łóżkiem zaczęła wywoływać u mnie lęki klaustrofobiczne.) Nic dziwnego, że byłam bardzo zaskoczona, gdy pewna dziewczyna, podczas podsłuchanej przeze mnie tramwajowej rozmowy, oświadczyła koledze, że Buki nie zna, choć „Przygody Muminków” oglądała (jaaasne…). Widocznie podsłuchiwanie to czynność wykonywana permanentnie przez tramwajowych pasażerów, bo nagle wszyscy zamarli. O mały włos nie wyrwało mi się: „No co tyyy!”, bo nieznajomość Buki i brak lęku na jej widok to zjawiska dla mnie nad wyraz nieprawdopodobne. Niestety, zgubiłam wątek, bo jakiś ETI student próbował przemieścić mi żebra, wciskając swój plecak gdzieś w okolicy mojego mostka. Tak czy siak, są jeszcze sytuacje, które potrafią mnie zaskoczyć i pisząc tego wordpressa liczę się z tym, że wspomnienie Buki spędzi mi dziś sen z powiek :)

Wygląda na to, że większość moich ostatnich wpisów obraca się w temacie bajek. Jednak, gdy się nad tym zastanowię, stwierdzam, że są one ciekawą odskocznią od schematycznego, jesiennego życia studenta. Z drugiej strony, to nasz najlepszy czas na nutę infantylizmu. Kiedy mam rysować króliki na plecach moich (cierpliwych) kolegów, pisać ołówkiem z wizerunkiem Hannah Montana, czy oglądać kreskówki, jak właśnie nie teraz? Można udawać dorosłych, wozić się jak Star z piaskiem, ale prawda jest taka, że na widok Gwiezdnych Wojen, czy nowej sukienki Barbie, oczy nam się świecą, jak rybki neonki :)

Pomimo słabych, wyraźnie zamerykanizowanych wątków, polecam film „2012”. Oglądałam go ostatnio w doborowym towarzystwie ( podwójne randki są super! :D ) i siedziałam wbita w fotel z każdym uderzeniem fal Tsunami.

I marzną nam paluszki

listopad 5, 2009 - autor: Agata

Google przywitały mnie wczoraj informacją, że podobno 40 lat temu narodziła się Ulica Sezamkowa. Z tego, co mi wiadomo, pierwszy odcinek został wyświetlony 10 listopada, więc do wtorku będzie mnie witał w wyszukiwarce Ciasteczkowy Potwór? :) Tak czy siak, mam wątpliwości, czy to aby na pewno właściwa data, ale jeśli Wielki Ptak ma urodziny, to pozostaje mi tylko życzyć sto lat :)

sesame-street-muppet

Zima mnie zaskoczyła. Parę razy zmarzły mi już kopytka i przewiało czerep, więc ubrałam wczoraj czapkę, szalik, no i masz ci los – spadł śnieg jak bum cyk – cyk :( Że w galeriach już Meri Krismas i choinki zaraz po 1 listopada, mniej mnie dziwi, niż to białe, zimne coś, wpadające mi za kołnierz. Pierwsza reakcja zwykle jest pozytywna („Jaaa, paaatrz, śnieeeg !”) (zawsze to jakaś odmiana w tym szarym Gdańsku, gdzie nawet na jesień liście nie żółkną), ale dlaczego śnieg zaczyna padać, jak ja wracam w trampkach zamiast w kozakach – tej złośliwości losu zrozumieć nie potrafię :P

A jeśli o czapkę i szalik chodzi, to w sumie zimę wygadaliśmy z T., bo nam się zdjęć zachciało. Jeszcze w październiku biegaliśmy po kładce i chociaż kładki nie widać na żadnym zdjęciu, to pierwsza wspólna sesja za nami:) Reszta na stronach T. w odnośnikach.

IMG_0890

IMG_0994

IMG_0928

Jak już pokazuję zdjęcia, to warto wspomnieć o imprezie pt.: ”Oczko”, gdzie świętowałam swoje pierwsze zmarszczki i ból kręgosłupa, mogąc zrobić chłopakom tatuaże. Radość niesamowita, chociaż ja umiem tylko króliki rysować, co widać na załączonym obrazku :D Chociaż okazało się, że kuchareczka ze mnie beznadziejna (A. dziękować za pomoc, kiedyś bez Ciebie zginę, ju noł ! :* ), a i pościel, w której spał W. prałam 2 razy, zanim pozbyłam się z niej markera, to fajnie było znów zobaczyć te wszystkie uśmiechnięte paszcze :)

03

02

01

Mimo wszystko – Gdańsk ma swój urok. A i życie studenta kręci się pierścieniach obszerniejszej planety, niż tylko uczelnia i przygotowywanie „Warzyw na patelnię” każdego dnia, jak to było na pierwszym roku :)

Dziś do oglądania polecam zielonogórską produkcję (a właściwie jej fragmenty wykorzystane w programie “Uwaga”). A robię to dlatego, że zagadnienie ciekawe, a i dziewczynka, która tam występuje, jest mi znana :) Proszę Państwa, przed Państwem Iraaa, z którą odbywałam swoje praktyki logopedyczne :D -> Klikać tutaj

(Pe es

Gdyby Was reportaż zainteresował, to nastukajcie w jutuba “Nasz autyzm”, poznacie lepiej Irkę w 5ciu odcinkach :) )

ach, co to był za ślub

październik 19, 2009 - autor: Agata

Z Miastem Rond jest tak, że zaskakuje mnie zawsze, kiedy tam jestem. Ostatni weekend był męczący, muszę przyznać. 4 kawy w jednym dniu to zbyt dużo, szczególnie dla mnie, ale za to wspomnienia ciekawe.

IMG_7460

Na pierwszym planie sesja i ślub. Fakt, jeśli robi się to w każdą sobotę, można wpaść w rutynę. Jednak dla mnie była to nie lada atrakcja, kiedy poprawiałam Młodej suknię, chodziłam za nią nosząc koronki, czy składałam blendę, którą K. chowa w 2 sekundy, natomiast ja składałam się szybciej niż ww blenda:) Na zdjęcia trzeba mieć dobry pomysł, a ja na własne oczy zobaczyłam, że pstrykanie nie jest wcale takie łatwe, jak się wydaje. Świetny aparat nie czyni z nikogo fotografa, a i nagadać się trzeba, żeby komuś nie zepsuć najważniejszych pamiątek ze ślubu, jakimi są fotografie i film z wesela. Tak czy siak, cieszę się bardzo, że w tym wszystkim uczestniczyłam i mam cichą nadzieję, że w przyszłym sezonie będzie potrzebna osoba do noszenia sprzętu, z blendą poćwiczę :D

IMG_7808

IMG_7811

IMG_7813

W tym całym zamieszaniu szkoda tylko, że spotkanie z panią K. nie doszło do skutku, bo plany były ciekawe, a i K. przy winie i wciąganiu chipsów zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Ale co się odwlecze, to nie zdechnie – zapraszamy do Trójmiasta.

W Gdańsku dalej zimno, a już od dziś trzeba pedałować na zajęcia. Zacznie się: „Pan da tę pandę” i wstawanie z rana (zawsze zbyt wcześnie). Czas przeznaczony na praktyki dobiegł końca, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło (byle nie przez okno :P ).

:)

październik 15, 2009 - autor: Agata

Dzień dobry z miasta sztormu i gradu.

Przyjechałam do Gdańska, a tu pogoda raczej nie zachęca. Głowę urywa na wietrze, grad, mróz i kij go wie, co innego. Całe szczęście, że mam jeszcze kilka dni wolnego, więc nawet do sklepu nie wychodzę. Lękam się o moje życie, gdyż do Greenpeace’u nigdy nie należałam i gałęzie nie są mi przyjaciółmi, szczególnie te, które nisko latają. P. jest przerażona, bo przyjechała z Opola do Trójmiasta, niby to kraina mlekiem i miodem płynąca, a tu za oknem gradobicie, więc pozostaje tylko siedzieć w mieszkaniu i łuskać orzechy z nudów.

Dzięki pani K. oglądacie właśnie to, co działo się wczoraj. Swoją drogą K. założyła wordpressa, zwalając na mnie, że namówiłam ją do tego czynu, co jest całkowitą nieprawdą, bo sama dawno chciała, a ja nie odezwałam się ani słowem ;) Tak czy siak, szukajcie w odnośnikach.

DSC_0390

DSC_0400

DSC_0435

Co do mieszkania – zmiany, zmiany, zmiany. Raz, że widzę je teraz z innej perspektywy i ciągle trwa u mnie Przyzwyczajeniowy Adapciak. Nie przypuszczałam nawet, że kiedyś będę tu spędzała więcej czasu, a tymczasem – borem lasem – przez wichurę nie wychodzę stąd już 2 dzień (zaczynam się tylko martwić, że jak już się zbiorę na dłuższy spacer, to nadmiar świeżego powietrza mnie zabije :) )  Dwa – zrobiliśmy małe przemeblowanie. Jedynie łóżko S. nie zmieniło miejsca, więc myślę, że niektórzy mogą się trochę zdziwić, jak zobaczą efekty. Dostaliśmy od M. i P. kompleks Wypoczynkowy Bocian, idealny do nocnych maratonów filmowych, w zamian oddając im magiczne pudełko z obrazkami, przez ludność kaczorowego kraju nazwanego telewizorem (który spalił się w czasie przenoszenia, ech). To całe przemeblowanie sprawiło, że jest jakoś bardziej „po domowemu”, o ile można tak powiedzieć o mieszkaniu studenckim.

Co do kaczorów – zamieszkała z nami pewna rodzinka. Proszę Państwa, przedstawiam Wam naszych nowych współlokatorów. Myślę, że przyzwyczaili się już do spania w łazience, a mydła bronią bardzo dzielnie, dlatego dumnam z nich strasznie :) Mam nadzieję, że nie będą zbyt konfliktowi.

kaczki

A w starym mieszkaniu (de facto za ścianą) remonty. Pół dnia chodzą wiertarki, młotki i inne cuda. Ale rezultat miałam okazję zobaczyć i byłam w szoku, gdy na miejscu starej, czerwono – czarnej tapety w „moim” pokoju, zobaczyłam błękitne ściany i gigantyczne łóżko, obok toaletkę, a całe mieszkanie w panelach. Ładnie, muszę przyznać. Ale straciło urok studenckiego życia, obiadów A., polówki w przedpokoju… Jednak to, co mnie rusza zdecydowanie najbardziej, to cisza na korytarzu w tym bloku. Nikt nie trzaska już drzwiami wejściowymi, nie słychać tego charakterystycznego „pstryk” od światła i przestałam się spodziewać, że zaraz przyjdzie B. i zapyta, czy mamy coś do jedzenia :D Ech, to były piękne czasy :)

A z Tu I Teraz – uczę się gotować. Jak do tej pory to M. i P. zakopcili całe mieszkanie, więc tym razem dym nie był z mojego powodu (ich miód ciągle ma kolor sadzy :) ). K. głodny nie chodzi, a i W. na kopytka się załapał. A skoro żyją do tej pory, to myślę, że jakoś damy radę (ciągle tylko próbuję zrozumieć, dlaczego K. tak bardzo chce dziś zrobić kolację :P ).  Poza tym jutro jedziemy do Kwidzyna. Plany są ciekawe, więc myślę, że relacja z tej wyprawy do Miasta Rond będzie na pewno. Jednym słowem: si ju sun, Krokodajls :)

It’s not easy bein’ green

październik 2, 2009 - autor: Agata

23[1]

Dzisiejszy wpis sponsoruje żaba Kermit :) . Jesień przyszła, szaro jakoś, A. wyjechała już do Wrocławia i zwyczajnie brakuje mi zielonego. Poza tym Kermit był moją pierwszą, wielką miłością, więc – przy okazji nadchodzących zmian – zebrało mi się na wspomnienia.

kermit04[1]

Płakałam, gdy on płakał, śmiałam się, kiedy mnie rozśmieszał i wściekałam się na Ciasteczkowego Potwora, gdy ten zjadał Kermitowi drugie śniadanie. W wieku przedszkolnym moja miłość do płazów nie znała granic.

Dorosłam, więc Kermit boleśnie spadł z piramidy moich uczuć i nie jest już na pierwszym miejscu. Jednak nie da się ukryć, że sentyment pozostał. A przecież trzeba czasem obejrzeć Mappety, bo „od nadmiaru inteligencji człowiek by zwariował” (zawsze lepszy Kermit, niż śpiewanie po całym domu piosenki z Troskliwych Misiów, przynajmniej sąsiedzi nie stukają w rury :D ).

kermit[1]

W ramach rozrywki w piątek – tygodnia koniec i początek, ostatnia już relacja z praktyk. Tym razem zeszyty. Przyznaję, uśmiałam się. Może na Was nie zrobi to jakiegoś specjalnego wrażenia, ale ja – po sprawdzeniu trzydziestu takich prac – chodziłam z bananem na twarzy. I, jak to mówi M., w takiej sytuacji, gdyby nie uszy, miałabym uśmiech dookoła głowy:):

„Niedaleko zamku żył smok, który w nocy latał nad królestwem i śmiecił.” (nowa wersja legendy o smoku wawelskim miała pointę związaną z segregacją śmieci! :P

„Niezgadzam się, bo ponieważ jak komuś pomożesz to on niebendzie twoim przyjacielem albo będzie.” [? :D ]

„Nazywam się O. i chodzę do klasy czwartej. Mam 10 i 2/12 lat.”

„Mam na imię K., mam 10 lat, mieszkam w Zielonej Górze. Chcę się z tobą spotkać w FALUBAZIE, BO TO PANY.”

Zawód nauczyciela to jednak ciężki kawałek chleba :)

(‘ nie myśl, że o tobie nie myślę. ‘ )

wrzesień 23, 2009 - autor: Agata

Praktyki polonistyczne to istny koszmar. Płakałam ja i płakały dzieci. Ja, bo musiałam sprawdzić zeszyty i ocenić wypracowania, mając temperaturę i widząc przed oczami różowe słonie. Dzieci – bo nie zmieściły się w kluczu i posypały się dwóje. Moje wrażliwe serduszko nie polubiło specjalnie wypisywania: „Praca nie na temat – dop”, „Brak zadania domowego – ndst”…Jedynym plusem tych zeszytów było to, że dowiedziałam się, jak to Mickiewicz zmarł na raka cholery :D No cóż, człowiek dowiaduje się na praktykach całkiem nowych rzeczy, jak widać:)

W dalszym ciągu nie chcę zostać nauczycielką i trzymam się wersji: „Jak dorosnę, to zostanę policjantką!” (jeśli K. się nie zgodzi, to ewentualnie strażaczką, baletnicą – niestety – już nie mogę, bo tyłek zbyt chętnie poddaje się sile grawitacji).

Z krasnalami jest tak, że wizyta praktykanta zawsze cieszy się dużym zainteresowaniem: „A do kiedy pani zostanie?”, „A pani nie będzie krzyczała tak, jak pani od matmy?”, „Nie będzie lekcji!”. No cóż, chyba ich trochę zawiodłam. Czasem musiałam się drzeć jak stare prześcieradło, by zapanować nad nimi zaraz po przerwie. A jak miałam już dość, a moje gardło kwalifikowało się do ponownej wizyty u laryngologa (moja, jak to mówi pani doktor, „tylna ściana gardła” nie chce, abym została nauczycielką, ona też nie ;P), rozsadzałam chłopaków do pierwszych ławek z dziewczynami i – po chwili przeklinania pani praktykantki pod smerfowym nosem – miałam względny spokój.

Nawet, jeśli dzieci cieszą się, że lekcje prowadzi ktoś inny, niż ich wychowawca, to ciężko ich zmusić do myślenia. Ogólne otępienie tłumaczę sobie przysłowiem: „Kto cię słucha? Baba głucha, dziad bez ucha!”. W takim razie może powinnam odbywać praktyki na Uniwersytecie Trzeciego Wieku? Miałabym przynajmniej lepsze statystyki:)

Były jednak przyjemne momenty. Kiedy po 2 dniach nieobecności weszłam na korytarz, podleciało do mnie montaniątko z bananem na twarzy i tuli mi się do pasa, bo wyżej nie sięga. „Jak dobrze, że już pani wróciła!”, a ja, z książkami w jednej łapie, torebką wypchaną resztą zeszytów w drugiej, patrzę na tego krasnala i mam karpia na twarzy. Oczywiście mnie zatkało jak wannę korek.

Na koniec sprawa najważniejsza, bo wszystkie inne są i tak pretekstem, żeby to napisać:

Sto lat:*

i ślubuję ci uśmiech przy porannej kawie.

wrzesień 21, 2009 - autor: Agata

Pamiętam doskonale nasze wyprawy na pole. Słońce świeciło nam w twarze, a my spacerowałyśmy wśród wysokich traw, do domu wracając z podrapanymi nogami. Często „na skróty”, chociaż babcia i tak zawsze krzyczała, że nie było nas pół dnia i już zaczynała się martwić. Pamiętam jazdy na rowerach przez wioskę i po lesie. Łapanie żab w jedną dłoń. W piasku za domem zakopywałyśmy stare szczoteczki do zębów, żeby potem – odkryciem archeologa – zachwycać się „znalezionymi, zmutowanymi przez lata (,) szczątkami dinozaurów”. Pokazała, że czarną kredką do papieru oka nie pomaluję. Że jeśli jadąc na rowerze puszczę kierownicę, to się nie wywalę (dopiero wtedy, gdy spojrzę za siebie). Nauczyła mnie odczytywania godziny z zegarka. Wypatrywania nietoperzy wieczorem nad stodołą. Nocą rozmawiałyśmy zamiast spać. Nie pamiętam już o czym.

I chociaż dorosłyśmy i nasze drogi trochę się rozeszły, brakuje mi tego. Bo nigdy nie miałam starszej siostry, a M. przed długie lata mi ją zastępowała. I – pomimo tego, że nie była jedynym wzorem w rodzinie, który mogłam naśladować – to właśnie jej bacznie się przyglądałam.

W sobotę M. wyszła za mąż. Byłam przy tym i obserwowałam ją. Kolejny raz.

Wspomnienia, ech. To wszystko mi przypomniało, że u babci była taka stara kuchnia, podpalana na drewno. Kiedy babcia lepiła dla nas pierogi, z T., A. i M. podkradaliśmy okrągłe placki posypane mąką, kładliśmy na kafle kuchni i czekaliśmy, aż się zarumienią. Od surowego ciasta bolały nas brzuchy:) To ciekawe, jak dobrze pamięta się smaki z dzieciństwa i jak trudno jest je potem odtworzyć.

Skoro już o jedzeniu mowa, a wesele w dalszym ciągu siedzi mi w głowie, to wspomnę jeszcze, że nie lubię ozdób z cukru na tortach weselnych. Ale ponieważ za tradycję uznaję wpychanie sobie lukrowanych róż do buzi, tak i tym razem kamerzysta będzie miał ubaw, jak zobaczy moje policzki wypchane cukrowymi kwiatami. I skrzywioną minę, bo przecież za nimi nie przepadam. No cóż, dzień bez zrobienia z siebie głupka, uznaję za dzień stracony :P

Muzycznie chodzi za mną ta piosenka

nie jesteśmy Batmanami :)

wrzesień 12, 2009 - autor: Agata

Chciałam streścić ostatni tydzień, ale najzwyczajniej w świecie się nie da, jakoś chaotycznie mi to wychodzi. Działo się zdecydowanie zbyt dużo, a każde wydarzenie zabarwione jest inną emocją i inne emocje wywołuje. Popłynęły litry miętowej herbaty. Odebranych zostało milion telefonów, wykonanych jeszcze więcej. Tydzień jak z National Geographic, bo dowiedziałam się, że jednak istnienie ptaków nielotów to najprawdziwsza prawda, a nie jedynie spis wyjątków na lekcjach biologii. Tekstykologia działa-mimo wszystko-na najwyższych obrotach, więc wydajność S. w dalszym ciągu mierzymy ilością sowizmów na minutę, jak to kiedyś chłopcy ładnie nazwali:)

Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się za kogoś tak odpowiedzialna, jak w ostatnich dniach. I nie zrozumie tego J., ani nikt inny,  chociaż nie da się ukryć, że tegoroczne Winobranie na zawsze pozostanie już w naszych głowach.

Jedno z nielicznych zdjęć, które zostało zrobione w tym tygodniu: Bosman vel Batman i Kuchara w momencie, kiedy dorwali się do mojego logopedycznego pudła (Dowiedziałam się przy okazji, że „Czarny Piotruś” to gra satanistyczna, a jeśli chce się sprawić dzieciom radość, wystarczy dać im bańki mydlane/wiatraczki/pióra i mają zajęcie na przynamniej pół godziny :D ).

IMG_1885

I jeszcze banalne stwierdzenie, że nie potrafię robić prezentów- niespodziewajek (Pewnie dlatego, że zbyt dużo gadam o tym wcześniej, kiedy tak się cieszę, gdy już coś mi się udało kupić:) ).

Polecam A Fine Frenzy-Blow Away (umieścić nie mogę, bo coś wskoczyć nie chce:( )

 

* * *

ja po prostu

jestem

cała czekaniem gdy odchodzisz 

:*

Bo szkoła óczy i wyhowóje:)

wrzesień 3, 2009 - autor: Agata

Myślałam, że skoro w sklepie oberwałam po głowie mieczem świetlnym, to jest to jedyne znane mi miejsce potencjalnego zagrożenia. Okazało się, że szkoła podstawowa również jest idealna, jeśli chce się zginąć:)

Dla krasnali wychodzenie z łazienki a wybieganie z niej, jest jednym i tym samym (kiedy w ciągu jednego dnia dwa razy dostałam drzwiami, to już się nauczyłam, że trzeba je omijać szerokim łukiem [to samo dotyczy kolumny czy wyjść „zza rogu”]). Unikam też koszy na śmieci, bo czasem służą jako wyrzutnie ołówków (za cyrkle-jak się dowiedziałam-grożą już uwagi w dzienniku i rozmowa z wychowawcą :P ).

Po pierwszych 3 dniach w podstawówce stwierdziłam, że niedosłuch spowodowany hałasem podczas przerw, powinien być zaliczany do chorób zawodowych, o ile jeszcze nie jest. Ogłuchnę do końca tych praktyk, to raz. A dwa-w dalszym ciągu uważam, że miałam ciekawsze rozrywki w dzieciństwie, niż „zabawa w szkołę” (lalki i misie to leczyłam, herbaty z plastikowych filiżanek tez piłam, ale o tablicy nigdy nie marzyłam:)). No, ale staram się być dzielna jak Robocop i stękam „tylko trochę”, jeszcze w granicach cierpliwości K. :)

Rodzice pierwszaków mnie rozwalają-połowa z nich 1 i 2 września przyszła z aparatami, żeby uwiecznić początki szkolne ich maluchów (Maluchów dosłownie, bo przeciętny 6-latek sięga mi do pasa i ledwo ciągnie swój plecak. Zdecydowanie jestem przeciwko tej reformie). Nowa moda na zdjęcia ze szkolnego korytarza jakoś na kolana mnie nie rzuca, bo sama zdjęć z tornistrem bym nie chciała, ale montaniątka są zachwycone i pozują rodzicom „jak stare” [montaniątka-odziany w róż krasnal XXI wieku, głoszący idee: „Hannah Montana na prezydenta!”]

Mnie to dziwi, bo rodzice w I klasie robią dzieciom zdjęcia na tle tablicy z napisem: ”Witaj szkoło!”, a w kolejnych latach posyłają krasnala na lekcje w koszulce: ”Szkoła jest jak Media Markt. Nie dla idiotów.” (autentyk z korytarza, na oko III-IV klasa). No, ale zdjęcie z pierwszego dnia w szkole ładnie wygląda w albumie, a i na nk można się pochwalić, też już takie widziałam.

Z nielicznych rzeczy, które w mojej szkole się nie zmieniły (tak, dobrze czytacie: mam uczyć w szkole, w której zrodziła się moja niechęć do matematyki i powstał pierwszy wiersz o kleksie (kopirajt baj mama)) jest gra „tszy po tszy”, czyli ciągle obecne: papier- kamień- nożyczki. Machałam w to łapą jak opętana :D

Swoją drogą, ciekawe doświadczenie: odwiedzić stare mury. Zauważam teraz, jak wąskie są korytarze (chociaż kiedyś wydawały się ogrooomne), jak nisko zamontowane są umywalki (a przecież dawniej nie mogłam do nich dosięgnąć) i jaki zwykły, ponury jest pokój nauczycielski, który kiedyś dla uczniów był zakazany (ile się zdetektywizowało przez uchylone drzwi, tyle było mojego:) ). Wiwisekcja przeszłości-lubię to zdanie. Tak, jestem sentymentalna. Tak, bierze mnie na wspomnienia. I tak, „jak dorosnę chcę zostać policjantką”, a nie nauczycielem polskiego:)

A z nadchodzących wydarzeń-Winobranie. Scena już jest, karuzele się rozkładają. Szału nie ma, czasy się zmieniły i nie czekam już na nie tak bardzo, jak kilka lat temu (balony, wata cukrowa i wąż przy kwiaciarni nie robią już na mnie takiego wrażenia, no cóż, widocznie się starzeję ;P ), ale rolę Dworcowego Odbieracza przyjęłam z honorami. I nie ukrywam, że chociaż ciężko jest mi wyobrazić sobie prawie cały Gdańsk w Zielonym Mieście, to cieszę się na myśl o sucharach, pogaduchach, wspólnym koncercie i przede wszystkim dość już mam tych drucików z miedzi, które we mnie siedzą. Bo chociaż emotki mają swój urok, to jednak wolę je w wersji lajf. Bo przecież „między nami winobranie(…)”:)