Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby Wasze mieszkanie, gdyby któregoś dnia ktoś przyniósł Wam klucze i powiedział: Róbta z nim co chceta?
Biorąc pod uwagę kolejną nadchodzącą przeprowadzkę, pakowanie, malowanie, rozstawianie swoich sprzętów tu i tam, o zdaniu powyżej myślę coraz częściej. Chyba się starzeję, bo marzy mi się „osiąść gdzieś na stałe”, pod jednym adresem, nawet w mieszkaniu ciasnym, jeśli własnym. Nie wiem tylko, czy w Gdańsku, Wrocławiu, czy w Zielonym Mieście. To się nazywa dylemat, o którym będę myślała w przyszłym roku – teraz spycham go gdzieś w zakamarki mojego umysłu, co by nie denerwować taty, który chce mnie ściągnąć do domu rodzinnego, a przed czym ja bronię się rękoma i nogami
Dawno, dawno temu, kiedy miałam więcej wolnego czasu i rozważałam bycie wpływową dekoratorką wnętrz, nałogowo oglądałam programy typu Home Makeover, lub Dekoratonię, co pozwoliło mi na rozwijanie swojej wyobraźni w tym temacie. Ikea to mój ulubiony sklep, który kocham bardziej, niż niejedną Zarę, H&M’a, czy inne Reserved.
Niektóre pomysły pozostały takie same, jak w pierwotnym zamyśle (do tej pory chciałabym sypialnie w kolorze fioletowym, z białymi meblami i dużym lustrem zamiast obrazów – nazywajcie to, jak chcecie), jednak większość z nich ciągle się rozwija. A ponieważ internet to cudo XXI wieku – podsuwa mi coraz to nowe elementy wyposażenia, które mieć pragnę i piszczę za każdym razem, kiedy oglądam zdjęcia.
Znając życie, jak już kiedyś będę miała własne 4 kąty, to postawię na rozsądek i dobre rady mamy, żeby z mieszkania nie robić rupieciarni, ale powiedzcie sami, czy nie kusiłoby Was, żeby wyposażyć je w takie cuda?
Bo zgadzam się z Karlem Lagerfeldem, który powiedział: “My apartment is not a house. It’s a spaceship for the city where you don’t feel bound by the earth”.
Kuchnia to moje ulubione miejsce w całym mieszkaniu. Chciałabym taką dużą z samoczyszczącym się piekarnikiem (marzenie, które dzielę z A., odkąd mi powiedział, że takowe istnieją), z wieeelkim blatem i halogenami pod szafkami. Kuchnia, w której pomieszczę wszystkie moje wyśnione filiżanki, miejsce najlepszych pogaduch i czasu spędzonego na imprezach, bo – jak pisała pani Ewa Andrzejewska, a o czym ja już kiedyś wspominałam – “w czasie przyjęcia zajrzyj do kuchni / w kuchni ludziska bardziej poufni”
I te gadżety…
Nad drzwiami wejściowymi koniecznie ten napis [zastanawiam się, czy mama naprawdę mnie zabije, jak obiecuje, jeśli zrobię sobie taki tatuaż], napisy na schodach ( o ile kiedykolwiek dorobię się mieszkania dwupoziomowego), pocztówki na lodówce, zdjęcia w każdym możliwym miejscu…
A gdybym wygrała w Toto Loto (zakładając, że kiedyś zacznę kupować losy), to kupiłabym sobie domek z widokiem na góry, albo chociaż na plażę, z werandą i hamakiem, kwitnącą na wiosnę magnolią… W pokoju przejście do garderoby wypełnionej torebkami Marca Jacobsa, butami Louboutina, sukienkami Prady... Poniosło mnie teraz
Ech, marzenia ściętej głowy. Dobrze, że one nic nie kosztują, więc sobie poużywam
Większość przedmiotów tego typu nie pasuje do niczego, ale lubię otaczać się rzeczami, które wywołują u mnie uśmiech. Z ludźmi jest dokładnie tak samo.









Maj 14, 2011 o 9:45 pm |
łolaboga
Maj 15, 2011 o 10:00 am |
Mama Cię zabije – jestem pewna na 100%. Ostatnio poruszyłam ten temat ze swoją i skończyło się że mnie wydziedziczy:D
a sypialnia miała być burdelowa:P
Maj 15, 2011 o 11:08 am |
Jeżeli fiolet na ścianach i lustra w ciężkich ramach zamiast obrazów nie kojarzą Ci się z burdelem – to dobrze,dobrze:)
Maj 18, 2011 o 6:30 pm |
ja swój planuję, Mama już pogodziła się z tą myślą ;p