Archive for Sierpień 2009

lubię zapach drzew po deszczu :)

Sierpień 25, 2009

Byłam dziś świadkiem ciekawej rozmowy 2 dziewczynek (na oko – 6 lat obie) na temat  śmierci Michaela Jacksona. Po pierwsze: nie zdawałam sobie sprawy, że sława Michaela dotarła aż do przedszkoli (chociaż po pompie, z jaką przygotowano ceremonię pogrzebową, myślę, że to całkiem możliwe). Po drugie: powaga, z jaką dziewczyny opowiadały o lekarzu Króla Popu, świadczyła o tym, że najchętniej same wsadziłyby go za kratki (co nie grało mi z ich różowymi sukienkami, koralikami i czerwonymi paznokciami jednej (6 lat miała, skubana!:) ). Oto fragment, który udało mi się zanotować:

1”-(…) i on dał mu coś, no, i dał go za dużo, wiesz, i przyjechała karetka, no, i już było za późno!

2-Ale to ten lekarz głupi jakiś był?!

1-No, nie wiem, ale jak uśpisz tak człowieka, no, to on zaśnie i pójdzie do nieba.

2-To on umarł przez niego?!

1-No, nie wiem, chyba tak…”

Przed oczami przewinęły mi się okładki kolorowych pism: „Król Popu żyje!”, bo słowo „chyba” sugerowało, iż Michael równie dobrze mógł dołączyć do zaginionego przed laty Elvisa, a jego „upozorowana” śmierć, to wyłącznie chęć szybkiego zarobku.

Ich dalsza rozmowa przebiegała w klimacie kucyków z Ponyville, które widziały w sklepie. Szybka zmiana tematu rozbawiła mnie na tyle, że parsknęłam widocznie zbyt głośnym śmiechem, gdyż dziewczynki spojrzały na mnie, jak na kretynkę (nic nowego, na praktykach większość dzieci tak na mnie patrzy, gdy im pokazuję, jak dotknąć ucha językiem, taka praca :P) i tyle je widziałam:)

Dwie rzeczy jeszcze przy okazji tego wpisu:

Primo- dumnam przeogromnie z K. za ostatnią sesję (szczególnie za drzewo i wannę, ale to też chyba wiąże się z tym, że zapytana wczoraj, co mi się kojarzy z Kwidzynem oprócz ronda, bez wahania odpowiedziałam: „Drzewko na rondzie!” :D). No, dobra, nie ukrywam, że się teraz nim chwalę-  maszta i oglądajta, polecam:   http://www.kamilwysocki.com/ 

lub http://kamilwysocki.com/wordpress/2009/08/polka-dot-is-fine-everyday/

Secundo- jestem ciągle pod niesłabnącym wrażeniem tego pana. Lejdis ent dżentelmen… David Sides! Robi na klawiszach tak niesamowite rzeczy, że z czystym sumieniem mogę powiedzieć: są zdecydowanie lepsze od oryginałów:) Help jorself:)

ps  Tak,  ja również „lubię zapach drzew po deszczu” i „tłumiony śmiech, gdy trzeba zachować powagę” 🙂

Life in plastic, it’s fantastic! :)

Sierpień 13, 2009

Takie widoki uwielbiam: lady in blue, lat – na oko-4, ubrana w białą czapkę z daszkiem, która zasłaniała jej pół twarzy. Weszła do sklepu, stała w drzwiach chyba z 2 minuty  z głową podniesioną do góry (założę się, że gdyby była starsza, przeklinałaby w takiej chwili swój daszek :P), ogarniając wzrokiem całe pomieszczenie z rozdziawioną buzią. Musiała złapać paszczą jakąś muchę, bo nagle się ocknęła, wybąkała „dzień dobry” i natychmiast pognała w kierunku landrynkowego różu, świadczącego o tłumie lalek Barbie, z których każda chce zrobić jak największe wrażenie na rywalce, różniącej się jedynie kolorem butów.

Oczywiście- jak to bywa w 60% przypadków –wizyta dziewczynki skończyła się płaczem, gdyż babcia stanowczo zapowiedziała, iż „kolejnej zabawki nie będzie”. Jednak obraz rozbieganych oczu, westchnień i rozdziawionej paszczy zapada w pamięć. Ciężko opisać jej zachwyt, musielibyście to po prostu zobaczyć. Mój chleb powszedni:)

Zresztą nie tylko dzieci to ciekawy widok: babcia, która na pytanie, jaką kwotę chce przeznaczyć na prezent, z wyrzutem wręcz odpowiada, że „cena nie gra roli, bo ona kocha swojego wnuczka!”; kobieta, która regularnie przychodzi już 3 rok (średnio raz na dwa tygodnie) w poszukiwaniu odpowiedniego misia (jeszcze nigdy nic nie kupiła, gdyż miś ma być dla niej, a ona „jest niezwykle wymagająca, jeśli chodzi o przytulanie się do kogoś”; cała zgraja piszczących nastolatek na widok puzzli Hannah Montana (z ciekawości obejrzałam jeden odcinek i doszłam do wniosku, że najwyraźniej się starzeję- dnooo); dziadek, który przychodzi po wędkę, a wychodzi z kompletem plastikowych garnków i filiżanek dla wnuka; panie, które pytają o piłki, a gdy im pokazuję gumowe Disneya, są oburzone, że nie ma w sklepie piłek do gryzienia dla ich piesków (swoją drogą brawo za dokładne sformułowanie pytania), czy wcześniej opisani przeze mnie Choinka i Gadżet –takich ludzi jest mnóstwo, można się uśmiechnąć:)

Fajne są te matki, które myślą trzeźwo („Nie kupię dziecku różowego konia, nie będę robiła konkurencji Joli Rutowicz.”), gorzej, jak przychodzi kobieta z wyjcem pod pachą i mówi, żeby jej doradzić, bo „skoro jesteśmy w tym samym wieku”, to muszę się znać. Zatyka mnie wtedy, bo do „tego samego wieku” brakuje mi jeszcze z 10 wiosen i zamiast skupić się na doradzaniu, zastanawiam się, w który krem na zmarszczki powinnam zainwestować, zapobiegając oznakom starzenia się (to by w sumie tłumaczyło mój brak zrozumienia wobec rosnącego uwielbienia do panny Montany).

Wniosków z wakacyjnej pracy mam jeszcze trochę. Np. to, że ja w dzieciństwie bawiłam się pchełkami, czy całymi dniami skakałam w gumę (A. i O. mówią, że najlepszą zabawką był gruz na podwórku, nic dziwnego, że studiują architekturę:) ).Teraz dzieci przychodzą po Inwazję Obcych Ben 10, gumę znają jedną (szok, że w tak młodym wieku), a zasady gry w chowanego trzeba im tłumaczyć (kolejny dowód na moje starzenie się. Kurze łapki pod oczami to mogą być już w tym wieku?:P). Mimo wszystko, lubię tę pracę: na nudę narzekać nie mogę, a i temat do wordpressa jak znalazł. Swoją drogą- wordpress uzależnia 🙂

Wrzucam Garou, bo jestem jeszcze świeżo po spotkaniu z J. On zawsze mi przypomina, jak to któregoś Sylwestra J.- z nosem przyklejonym do ekranu- siedziała przez Tv i twierdziła, że pewnego dnia wyjdzie za niego za mąż 😀 Młode byłyśmy, głupsze niż teraz, a plany- całe szczęście- ulegają zmianom:)

 

 

I jeszcze: wieczorku nie będzie. Decyzja Z Góry, wytłumaczona jakimiś „zawirowaniami personalnymi”. Chociaż z początku było mi trochę szkoda (można się przyzwyczajać do myśli, nic trudnego), to jednak w gruncie rzeczy cieszę się z takiego obrotu sprawy. Pozbyłam się stresu, który towarzyszył myślom o tych wszystkich przygotowaniach, które by mnie czekały. A tak Winobranie i przyjazd gdańskiej rodziny będzie o wiele spokojniejszy, więc co za tym idzie- pełniejszy:)

Ps Emily Giffin kradnie mi scenariusze. Chociaż jej książki do życia wnoszą niewiele (służą jedynie jako siła napędowa mojego rozleniwienia), polecam mimo wszystko:) 

:)

Sierpień 8, 2009

Wakacje mają to do siebie, że szybko się kończą. Co prawda do Gdańska jeszcze nie wracam, ale biorąc pod uwagę praktyki i pracę, więcej wyjazdów na chwilę obecną nie planuję. Jednak świadomość upływającego czasu wcale nie odbiera radości, jaką można z niego czerpać:)

Pociągowanie się do Trójmiasta jest męczące, nie da się ukryć. Jednak świetny humor O. i gołąbki A. rekompensują znakomicie ponad 8h podróży. Ich nowe mieszkanie daje radę, szczególnie, kiedy wstaje się o 4 nad ranem i widzi za oknem wschód słońca (oto uroki mieszkania nad morzem). Zabrakło mi tylko sucharów, ale minęliśmy się z S. w drodze do Miasta Rond.

Wizyta u dziewczyn przebiegała w atmosferze jutubowskiej

i tureckiej herbaty (lajk yt, lajk yt :)), a odwtorkowodopiątkowy czas to już tylko Miasto Rond (i przez chwilę Korzeniewo, za zdjęcia dziękujemy T. [odnośniki do niego po prawej, reklama dźwignią handlu,a co:)], zapraszając przy okazji do zamku, ju noł:) )

 

Kilka wniosków i spostrzeżeń z ostatnich dni:

-> Te praktyki wychodzą mi już bokami; czas, kiedy można się wyspać-nawet w dzień-przydaje się ostatnio bardzo (dziękować D.  za wyrozumiałość:) )

-> Małe niespodzianki cieszą najbardziej, bo kto by pomyślał, że zwykła przypinka „Love photo” może sprawić aż tyle radości (a kamyk wylądował w portfelu:))

-> K. życzę zaprzestania świniognicia w łóżku, niech moc będzie z Tobą:)

-> Jak spędzić wieczór? Oglądać rodzinne albumy! Kilka godzin z głowy, a rozrywka dla wszystkich! (i pomyśleć, że kiedyś nie było aparatów…) Fajnie tak popatrzeć, jak ludzie się zmieniają i jak reagują na te zmiany, naprawdę miły widok

-> Jeśli jesz lody-upewnij się, że nikt nie patrzy 😛

-> Jeśli udajesz ryjówkę-upewnij się, że nikt nie patrzy 😀

-> K. gratuluję drugiego kierunku

-> W całej zabawie kręglami najlepsze i tak pozostają reklamy, o!

 

Na koniec łan, bo gorąco

Znalezione na Woodstocku, czyli Agata z aparatem:)

Sierpień 2, 2009

Baaardzo intensywna sobota i moja pierwsza w życiu fotorelacja:) (dzięki B., który nie bał się wypuścić mnie na pole woodstockowe z jego aparatem, a przynajmniej bardzo dobrze udając, że się nie boi o jego życie, a -przyznaję- to było dość ryzykowne ;P) Zapraszam do oglądania:)

Ponad 400 tys. ludzi, upał straszny, kurz, syf okropny i duuużo muzyki ze wszystkich stron. Jedyny kolorowy akcent to PJ oraz kilku zakręconych (K. mówiłeś, że gdańskie Las Vegas skończyło już swoją działalność, a ja tam wyraźnie widziałam Elvisa! :D).

Oceniać tego miejsca raczej nie chcę: jeśli ktoś lubi taplać się w błocie, załatwiać się na środku pola, czy uprawiać seks w obecności tłumu, to jego sprawa. Ja zastanawiam się tylko, jak można w takie miejsce zabierać małe dzieci i jak mało wyczucia musi mieć Owsiak, który śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła…!”, patrzył na tych, którzy pijani pod sceną zawzięcie udawali, że pamiętają słowa…Z jednej strony podziwiam go za to, czego dokonał, bo na taką skalę robi wrażenie. Zaproszone kapele dają radę, wszystko dobrze zorganizowane, nawet dojazdy całkowicie bez problemu (pierwszy raz na polu widziałam taksówki!). Z drugiej jednak, będąc tam już 4 rok z rzędu, widzę obrazki przykre i smutne. Kamera obejmuje tylko kilkanaście metrów pod sceną, a tego, co dzieje się już dalej, żadna telewizja pokazać nie chce. W sumie nie dziwię się.

Dowiedziałam się wczoraj, że „mydło śmierci, błoto jest fajne”, niestety, nie doszłam jeszcze do tego, jak ulepić mydło z błota:)

Co do PJtu, bardzo się cieszę, że tam byłam. Nic mnie nie zaskoczyło, a jednak wir wodny w oku zakręcił się kilka razy. Życie układa się różnie, kwadratowo i podłużnie, a jednak brakuje mi trochę tego wszystkiego. Wyjść na lody, powspominać, jak to-będąc dzieckiem-huśtało się aż „do odbitki”:), pogaduchy z J. (tym razem już nie mailowo), małe niespodzianki (P. i J.-dziękuję raz jeszcze:)), trochę newsów ze świata (państwu H. gratuluję krasnala!), ziemniaki już tradycyjnie i ta niesamowita atmosfera wieczoru…Ech:)

Od jutra do soboty tylko po telefonem: w poniedziałek odwiedzam Gdańsk, a potem już tylko wakacje, wakacje, wakacje, upragniona przerwa w praktykowaniu się:) No i muszę na własne oczy zobaczyć tę różową koszulę:)