Archive for Wrzesień 2009

(‚ nie myśl, że o tobie nie myślę. ‚ )

Wrzesień 23, 2009

Praktyki polonistyczne to istny koszmar. Płakałam ja i płakały dzieci. Ja, bo musiałam sprawdzić zeszyty i ocenić wypracowania, mając temperaturę i widząc przed oczami różowe słonie. Dzieci – bo nie zmieściły się w kluczu i posypały się dwóje. Moje wrażliwe serduszko nie polubiło specjalnie wypisywania: „Praca nie na temat – dop”, „Brak zadania domowego – ndst”…Jedynym plusem tych zeszytów było to, że dowiedziałam się, jak to Mickiewicz zmarł na raka cholery 😀 No cóż, człowiek dowiaduje się na praktykach całkiem nowych rzeczy, jak widać:)

W dalszym ciągu nie chcę zostać nauczycielką i trzymam się wersji: „Jak dorosnę, to zostanę policjantką!” (jeśli K. się nie zgodzi, to ewentualnie strażaczką, baletnicą – niestety – już nie mogę, bo tyłek zbyt chętnie poddaje się sile grawitacji).

Z krasnalami jest tak, że wizyta praktykanta zawsze cieszy się dużym zainteresowaniem: „A do kiedy pani zostanie?”, „A pani nie będzie krzyczała tak, jak pani od matmy?”, „Nie będzie lekcji!”. No cóż, chyba ich trochę zawiodłam. Czasem musiałam się drzeć jak stare prześcieradło, by zapanować nad nimi zaraz po przerwie. A jak miałam już dość, a moje gardło kwalifikowało się do ponownej wizyty u laryngologa (moja, jak to mówi pani doktor, „tylna ściana gardła” nie chce, abym została nauczycielką, ona też nie ;P), rozsadzałam chłopaków do pierwszych ławek z dziewczynami i – po chwili przeklinania pani praktykantki pod smerfowym nosem – miałam względny spokój.

Nawet, jeśli dzieci cieszą się, że lekcje prowadzi ktoś inny, niż ich wychowawca, to ciężko ich zmusić do myślenia. Ogólne otępienie tłumaczę sobie przysłowiem: „Kto cię słucha? Baba głucha, dziad bez ucha!”. W takim razie może powinnam odbywać praktyki na Uniwersytecie Trzeciego Wieku? Miałabym przynajmniej lepsze statystyki:)

Były jednak przyjemne momenty. Kiedy po 2 dniach nieobecności weszłam na korytarz, podleciało do mnie montaniątko z bananem na twarzy i tuli mi się do pasa, bo wyżej nie sięga. „Jak dobrze, że już pani wróciła!”, a ja, z książkami w jednej łapie, torebką wypchaną resztą zeszytów w drugiej, patrzę na tego krasnala i mam karpia na twarzy. Oczywiście mnie zatkało jak wannę korek.

Na koniec sprawa najważniejsza, bo wszystkie inne są i tak pretekstem, żeby to napisać:

Sto lat:*

Reklamy

i ślubuję ci uśmiech przy porannej kawie.

Wrzesień 21, 2009

Pamiętam doskonale nasze wyprawy na pole. Słońce świeciło nam w twarze, a my spacerowałyśmy wśród wysokich traw, do domu wracając z podrapanymi nogami. Często „na skróty”, chociaż babcia i tak zawsze krzyczała, że nie było nas pół dnia i już zaczynała się martwić. Pamiętam jazdy na rowerach przez wioskę i po lesie. Łapanie żab w jedną dłoń. W piasku za domem zakopywałyśmy stare szczoteczki do zębów, żeby potem – odkryciem archeologa – zachwycać się „znalezionymi, zmutowanymi przez lata (,) szczątkami dinozaurów”. Pokazała, że czarną kredką do papieru oka nie pomaluję. Że jeśli jadąc na rowerze puszczę kierownicę, to się nie wywalę (dopiero wtedy, gdy spojrzę za siebie). Nauczyła mnie odczytywania godziny z zegarka. Wypatrywania nietoperzy wieczorem nad stodołą. Nocą rozmawiałyśmy zamiast spać. Nie pamiętam już o czym.

I chociaż dorosłyśmy i nasze drogi trochę się rozeszły, brakuje mi tego. Bo nigdy nie miałam starszej siostry, a M. przed długie lata mi ją zastępowała. I – pomimo tego, że nie była jedynym wzorem w rodzinie, który mogłam naśladować – to właśnie jej bacznie się przyglądałam.

W sobotę M. wyszła za mąż. Byłam przy tym i obserwowałam ją. Kolejny raz.

Wspomnienia, ech. To wszystko mi przypomniało, że u babci była taka stara kuchnia, podpalana na drewno. Kiedy babcia lepiła dla nas pierogi, z T., A. i M. podkradaliśmy okrągłe placki posypane mąką, kładliśmy na kafle kuchni i czekaliśmy, aż się zarumienią. Od surowego ciasta bolały nas brzuchy:) To ciekawe, jak dobrze pamięta się smaki z dzieciństwa i jak trudno jest je potem odtworzyć.

Skoro już o jedzeniu mowa, a wesele w dalszym ciągu siedzi mi w głowie, to wspomnę jeszcze, że nie lubię ozdób z cukru na tortach weselnych. Ale ponieważ za tradycję uznaję wpychanie sobie lukrowanych róż do buzi, tak i tym razem kamerzysta będzie miał ubaw, jak zobaczy moje policzki wypchane cukrowymi kwiatami. I skrzywioną minę, bo przecież za nimi nie przepadam. No cóż, dzień bez zrobienia z siebie głupka, uznaję za dzień stracony 😛

Muzycznie chodzi za mną ta piosenka

nie jesteśmy Batmanami :)

Wrzesień 12, 2009

Chciałam streścić ostatni tydzień, ale najzwyczajniej w świecie się nie da, jakoś chaotycznie mi to wychodzi. Działo się zdecydowanie zbyt dużo, a każde wydarzenie zabarwione jest inną emocją i inne emocje wywołuje. Popłynęły litry miętowej herbaty. Odebranych zostało milion telefonów, wykonanych jeszcze więcej. Tydzień jak z National Geographic, bo dowiedziałam się, że jednak istnienie ptaków nielotów to najprawdziwsza prawda, a nie jedynie spis wyjątków na lekcjach biologii. Tekstykologia działa-mimo wszystko-na najwyższych obrotach, więc wydajność S. w dalszym ciągu mierzymy ilością sowizmów na minutę, jak to kiedyś chłopcy ładnie nazwali:)

Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się za kogoś tak odpowiedzialna, jak w ostatnich dniach. I nie zrozumie tego J., ani nikt inny,  chociaż nie da się ukryć, że tegoroczne Winobranie na zawsze pozostanie już w naszych głowach.

Jedno z nielicznych zdjęć, które zostało zrobione w tym tygodniu: Bosman vel Batman i Kuchara w momencie, kiedy dorwali się do mojego logopedycznego pudła (Dowiedziałam się przy okazji, że „Czarny Piotruś” to gra satanistyczna, a jeśli chce się sprawić dzieciom radość, wystarczy dać im bańki mydlane/wiatraczki/pióra i mają zajęcie na przynamniej pół godziny :D).

IMG_1885

I jeszcze banalne stwierdzenie, że nie potrafię robić prezentów- niespodziewajek (Pewnie dlatego, że zbyt dużo gadam o tym wcześniej, kiedy tak się cieszę, gdy już coś mi się udało kupić:) ).

Polecam A Fine Frenzy-Blow Away (umieścić nie mogę, bo coś wskoczyć nie chce:( )

 

* * *

ja po prostu

jestem

cała czekaniem gdy odchodzisz 

:*

Bo szkoła óczy i wyhowóje:)

Wrzesień 3, 2009

Myślałam, że skoro w sklepie oberwałam po głowie mieczem świetlnym, to jest to jedyne znane mi miejsce potencjalnego zagrożenia. Okazało się, że szkoła podstawowa również jest idealna, jeśli chce się zginąć:)

Dla krasnali wychodzenie z łazienki a wybieganie z niej, jest jednym i tym samym (kiedy w ciągu jednego dnia dwa razy dostałam drzwiami, to już się nauczyłam, że trzeba je omijać szerokim łukiem [to samo dotyczy kolumny czy wyjść „zza rogu”]). Unikam też koszy na śmieci, bo czasem służą jako wyrzutnie ołówków (za cyrkle-jak się dowiedziałam-grożą już uwagi w dzienniku i rozmowa z wychowawcą 😛 ).

Po pierwszych 3 dniach w podstawówce stwierdziłam, że niedosłuch spowodowany hałasem podczas przerw, powinien być zaliczany do chorób zawodowych, o ile jeszcze nie jest. Ogłuchnę do końca tych praktyk, to raz. A dwa-w dalszym ciągu uważam, że miałam ciekawsze rozrywki w dzieciństwie, niż „zabawa w szkołę” (lalki i misie to leczyłam, herbaty z plastikowych filiżanek tez piłam, ale o tablicy nigdy nie marzyłam:)). No, ale staram się być dzielna jak Robocop i stękam „tylko trochę”, jeszcze w granicach cierpliwości K. 🙂

Rodzice pierwszaków mnie rozwalają-połowa z nich 1 i 2 września przyszła z aparatami, żeby uwiecznić początki szkolne ich maluchów (Maluchów dosłownie, bo przeciętny 6-latek sięga mi do pasa i ledwo ciągnie swój plecak. Zdecydowanie jestem przeciwko tej reformie). Nowa moda na zdjęcia ze szkolnego korytarza jakoś na kolana mnie nie rzuca, bo sama zdjęć z tornistrem bym nie chciała, ale montaniątka są zachwycone i pozują rodzicom „jak stare” [montaniątka-odziany w róż krasnal XXI wieku, głoszący idee: „Hannah Montana na prezydenta!”]

Mnie to dziwi, bo rodzice w I klasie robią dzieciom zdjęcia na tle tablicy z napisem: ”Witaj szkoło!”, a w kolejnych latach posyłają krasnala na lekcje w koszulce: ”Szkoła jest jak Media Markt. Nie dla idiotów.” (autentyk z korytarza, na oko III-IV klasa). No, ale zdjęcie z pierwszego dnia w szkole ładnie wygląda w albumie, a i na nk można się pochwalić, też już takie widziałam.

Z nielicznych rzeczy, które w mojej szkole się nie zmieniły (tak, dobrze czytacie: mam uczyć w szkole, w której zrodziła się moja niechęć do matematyki i powstał pierwszy wiersz o kleksie (kopirajt baj mama)) jest gra „tszy po tszy”, czyli ciągle obecne: papier- kamień- nożyczki. Machałam w to łapą jak opętana 😀

Swoją drogą, ciekawe doświadczenie: odwiedzić stare mury. Zauważam teraz, jak wąskie są korytarze (chociaż kiedyś wydawały się ogrooomne), jak nisko zamontowane są umywalki (a przecież dawniej nie mogłam do nich dosięgnąć) i jaki zwykły, ponury jest pokój nauczycielski, który kiedyś dla uczniów był zakazany (ile się zdetektywizowało przez uchylone drzwi, tyle było mojego:) ). Wiwisekcja przeszłości-lubię to zdanie. Tak, jestem sentymentalna. Tak, bierze mnie na wspomnienia. I tak, „jak dorosnę chcę zostać policjantką”, a nie nauczycielem polskiego:)

A z nadchodzących wydarzeń-Winobranie. Scena już jest, karuzele się rozkładają. Szału nie ma, czasy się zmieniły i nie czekam już na nie tak bardzo, jak kilka lat temu (balony, wata cukrowa i wąż przy kwiaciarni nie robią już na mnie takiego wrażenia, no cóż, widocznie się starzeję ;P ), ale rolę Dworcowego Odbieracza przyjęłam z honorami. I nie ukrywam, że chociaż ciężko jest mi wyobrazić sobie prawie cały Gdańsk w Zielonym Mieście, to cieszę się na myśl o sucharach, pogaduchach, wspólnym koncercie i przede wszystkim dość już mam tych drucików z miedzi, które we mnie siedzą. Bo chociaż emotki mają swój urok, to jednak wolę je w wersji lajf. Bo przecież „między nami winobranie(…)”:)