Archive for Grudzień 2009

merry christmas ! :)

Grudzień 23, 2009

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: wracacie do mieszkania z jemiołą w rękach, zadowoleni jak nie wiem co, bo to przecież taki ładny zwyczaj. Całą drogę obmyślacie, gdzie ją powiesić i jak wielką radość sprawi ona tym, którzy pod nią staną… Jedno już wiem – co do wystroju mieszkania mamy z K. zupełnie inne zdanie, bo na widok jemioły wrzasnął tylko: „Przecież w tym są robaki!” 🙂 No, dobra, pasożyt pasożytem, ale co tradycja to tradycja, a takiej reakcji się nie spodziewałam 🙂 Mimo wszystko jemioła w pokoju wisi i jak się uprę, to będzie tam aż do Wielkanocy, z robakami, czy bez nich, o! 😀

Dzisiaj muzycznie trochę – jak mówi P. – piosenek, które funkcjonują już doskonale jako świąteczne kolędy. Tylko lepiej nie wsłuchujcie się w tekst, bo, przynajmniej jedna z nich, do wesołych nie należy. Mimo wszystko – endżoj podczas ubierania choinki, lepienia pierogów, czy pakowania prezentów 🙂

A w ramach świąt pozostaje mi tylko powiedzieć: Wesołych i uważajcie na karpia, bo czasem – skubany – mści się za kolację wigilijną i pokazuje ości 🙂

Do zobaczenia już w Nowym Roku 🙂

Uśmiech – bezcenny. Za wszystko inne zapłacisz kartą :)

Grudzień 17, 2009

Czasem usłyszy się/przeczyta coś, co nas poruszy, nawet, jeśli To Coś, jest banalne i wydawałoby się, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Na mnie takie wrażenie zrobiły słowa D., które jakiś czas temu przeczytałam na jego naszoklasowym profilu: „(…) i lubię się uśmiechać, i lubię, jak ktoś się dużo uśmiecha.”. Pozytywny z niego człowiek, jako starszyzna mogę śmiało powiedzieć: Mam nadzieję, że z tego nie wyrośnie 🙂 Dlaczego jego słowa przypomniały mi się właśnie teraz? Bo obejrzałam film, który sprawił, że się po prostu uśmiechałam. Polecam gorąco.

Spadł śnieg. Taki, że już się nie topi, więc trzeba nosić czapkę, barchanowe majty i kozaki (btw obrzydliwe słowo), bo zimno strasznie, a ja odkryłam, że mam uczulenie na mróz, jak bum cyk – cyk,inaczej wytłumaczyć tego nie umiem. A mnie – mimo wszystko – marzy się zima taka, jak dawno, dawno temu, kiedy to z I. zjeżdżałyśmy na worach z sianem z górki, śniegu było po pas, że skrzypiało pod butami i otwierało się dzioby, aby płatki wpadały. Chciałabym tak chociaż na czas świąt. A potem może przychodzić wiosna 🙂

Muzycznie chodzi za mną ta piosenka:

All I want for Christmas is youuu :)

Grudzień 11, 2009

Zakochana ostatnio w głosie tego pana, dzielę się nim na wordpressie, bo po to przecież jest:

Jednocześnie uroczyście oświadczam, że święta już bliżej, niż dalej. Być może dzieje się tak dlatego, że rozgłośnie radiowe na potęgę zalewają nas last christmasową nutą (czy byłoby inaczej, gdybym nie słuchała ciągle RMF Święta? :P), a choinki w galeriach, jak w zielonogórskiej Palmiarni przed remontem, próbują dobić do sufitu. Tak czy siak – mnie to cieszy ogromnie. Uwielbiam święta. Ten klimat, kiedy można wrzasnąć z zachwytu nad śniegiem (chociaż moje koleżanki – studentki chyba wolałyby, żebym tę radość wyrażała jednak ciszej, biorąc pod uwagę, że zdarza mi się to robić jeszcze zanim wyjdę z budynku :P). Lubię kolorowe lampki w oknach i świadomość, że prezenty leżą sobie już grzecznie na półce, zapakowane tak, by nikt nie myślał nawet o ich podglądaniu i czekają na Wielkie Wejście pierwszej gwiazdki oraz okazję, by nareszcie kogoś nimi obdarować 🙂

W świętach lubię absolutnie wszystko i teraz, kiedy dzieli mnie od nich już tak niewiele, kocham to czekanie na nie. I kocham nawet te odgrzewane kotlety w TV i uczucie przejedzenia, i zakalce nawet kocham, jak coś nam podczas pieczenia nie wyjdzie! Ech, coraz bliżej święta, „hej, colędaj, colędaj” 😀

I nie przeraża mnie specjalnie, że będę musiała siedzieć w pociągu przez pół dnia, żeby dojechać do domu na te ww święta. Ja chyba mam coś z psa – właściwie to lubię jeździć koleją, a już do domu to nawet bardzo 🙂

A w gdańskim mieszkaniu mamy nawet choinkę. Mała, bo mała (a właściwie SYMBOLICZNA – tak, to ładniejsze słowo), jednak odrobinę udaje jej się wprowadzać nas w nastrój Bożego Narodzenia. Ma nawet dzwoneczki, szyszki i czerwoną kokardę na czubku. Ot, jak sobie studenci radzą 🙂

Nonsensologia stosowana polskiej służby zdrowia

Grudzień 1, 2009

Brakowało mi wolnego weekendu, kiedy to można tylko siedzieć w mieszkaniu i patrzeć w ściany. Czekaliśmy z K. na ten piękny czas, bo plany nicnierobienia były konkretne.

Przyszło co do czego, a ja budzę się z napadami kaszlu, temperaturą, dreszczami i jeszcze przynajmniej z 5 innymi objawami, wypisz – wymaluj: grypa jak bum cyk – cyk. O 2.00 w nocy K. zaciągnął mnie do zaspowego szpitala, bo objawy się nasilały, a ja przed oczami miałam już różowe prosiaczki. Teoretycznie mogłabym rozpisać się na temat polskiej służby zdrowia i cyrków, jakie tam odchodziły, ale K. zrobił to -> tutaj . Ja dodam tylko, że kroplówka kapie baaardzo wolno. W środku nocy doprowadza to zmęczonego człowieka do szału, tym bardziej, gdy lekarz zbywa moje pytania rozwiązywaniem krzyżówek i wciąganiem czekoladowych batonów, na których widok robi mi się niedobrze.

Ponad 3 godziny czekania na informacje i jest diagnoza: przyjdzie do pani Inspektor Sanitarny. Nie wiem, po co, skoro lekarz na wyleczenie z prosiaczkowej przypadłości zapisał mi zasra** gripex.

Plusem z tej całej sytuacji jest to, że dostałam bezwzględny nakaz leżenia w łóżku przez tydzień (przy utrzymującej się temperaturze nawet nie myślę o jego pogwałceniu), no i pewnie schudnę, bo jest mi słabo już na samą myśl o spędzeniu kolejnej nocy nad ubikacją, więc apetyt jakoś nie dopisuje. A, no i zmusiło nas to do kupienia temperaturomierza.

Tak czy siak, nie ma sensu wizyta u lekarza, skoro można zaaplikować sobie gripex i parę innych witamin. A trąbią o epidemii, szczepionkach, K. znosi tylko ulotki z aptek o świńskiej grypie… I po co to wszystko, jak jeszcze nawrzeszczą, że coś Was boli i przyszliście do lekarza?

Chore to wszystko.