:)

Do kina chodzę rzadko – to jedno z tych miejsc, w których trzeba się zachowywać: nie wolno pokazywać palcami, komentować tego, co się ogląda, nawet jeść trzeba cicho, a co to za przyjemność, kiedy nie mogę łapką zamerdać w pudełku popcornu, jak w maszynie losującej… 😀

Jednak dziś wpis pod hasłem „Cuda się zdarzają”, bowiem Agata wygrała 4 bilety do kina (to ten cud) i z mieszkania wyjść musiała (tylko głupi siedziałby na tyłku, kiedy może zobaczyć coś, czego jeszcze nikt przed nim (legalnie) nie widział :P) 🙂

Kliknęło mi się parę razy z rozpędu w linka na portalu pod nazwą Wiesi i Poldka, a 3 dni później dostałam wiadomość, że oto jestem posiadaczką 2 podwójnych zaproszeń. Miło, że w tym kraju dają ludziom coś za darmo 🙂 Żeby było śmieszniej, bilety były na pokazy przedpremierowe, więc z racji tego, że zaszczyt kopnął mój zadek, zabawię się w recenzenta i postaram się opowiedzieć o filmach, zachęcając Was lub zniechęcając do tych produkcji.

„W chmurach”. Teoretycznie połączenie komedii i dramatu. Teoretycznie, bo ja na filmie jakoś specjalnie się nie uśmiałam, a i słowo „dramat” kojarzy mi się z czymś zupełnie innym. Tak czy siak, jeśli macie zamiar wybrać się na romantyczną randkę do kina – nie polecam, bowiem motywy przewodnie (zwolnienia z pracy vs samotność) są smutne, a wnioski, jakie powinno się wynieść z całości –zbyt banalne, by chciało się poświęcić chwilę na refleksję po wyjściu z sali. Poza tym, po kobiecemu, zawiodłam się, bo licząc na kreacje rodem z „Seksu w Wielkim Mieście” dostałam szare żakiety, a te były dalekie od moich wyobrażeń mieniącego się barwami Wielkiego Świata.

Mimo wszystko film ogląda się przyjemnie (to dobre słowo), tak, jak większość produkcji  USA: przystojny pan i ładne panie, lotniskowe terminale, druhny rządkiem przed ołtarzem, kariera i rodzina, seks bez zobowiązań, nawet alkohol w ładnych szklankach – niczego, co amerykańskie, w filmie nie zabrakło (no, może z wyjątkiem prezydenta na tle Białego Domu). Przyjemnie pomyśleć, że ludzie potrafią się zmieniać (a przynajmniej starają się to robić, nawet, jeśli nic im z tego nie wychodzi). A na koniec  westchnąć, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej 🙂

Co do „Wilkołaka” – no, cóż, ciężko mi coś powiedzieć, bo przez większość filmu zasłaniałam rękami uszy, a twarz wbijałam w oparcie fotela bądź w ramię K., który bezczelnie się ze mnie śmiał i ani drgnął przez cały seans.

Widziałam już filmy, które naprawdę siadają na głowę („Widmo” – ooobrzydliwe), a tu scenariusz był wyssany z palca, jak powiedziała dziewczyna na widowni:  „pewnie nie mieli już o czym filmów robić”, więc zabrali się za odgrzewane kotlety z wilkołaka. Muszę jednak przyznać, że krew się lała, głowy i wnętrzności latały, a odgłosy były tak straszne, że ręce na uszach niewiele mi dawały. Po prostu wolę komedie 🙂

Może i byłam jedną z nielicznych osób na widowni, na której jelita na podłodze „robiły wrażenie”, ale i tak cieszę się, że należę do grona tych, którzy „kiedyś coś wygrali”, miłe uczucie 🙂 A to, jaki film się ogląda, chyba nie jest najistotniejsze. Ważne, że w dobrym towarzystwie 😀

Reklamy

Komentarze 2 to “:)”

  1. tom Says:

    Płytko opisałaś „W chmurach”. Przez merdanie ręka w popcornie treść Ci uciekła.

  2. Agata Says:

    Wydaje mi się, że właśnie taka miała być ta zabawa w recenzenta-wielki skrót i brak powagi. Gdybym chciała jakoś specjalnie skupić się na opowiadaniu o filmie, to prędzej odesłałabym Was na inną stronę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: