Archive for Czerwiec 2010

Niby takie puste pudła

Czerwiec 28, 2010

Ostatnie dni. Wszędzie torby, plecaki, kartony, pranie, które musi się jeszcze wysuszyć przed wyjazdem. Zaskakująco dużo rzeczy mam do spakowania – dorobek studenckiego życia. Łza się w oku kręci, nie lubię wyjeżdżać.

Zdjęcia z życia kartonów: Anton Tang.

Muzycznie pakowanie wspiera (zdecydowanie lepsza od oryginału) Lissie:

Reklamy

tłuczek

Czerwiec 24, 2010

Jeśli ma się stać coś dziwnego, nie jestem zaskoczona, gdy dzieje się to mnie. Przykład z dzisiaj: przechodzę obok działu „Artykuły gospodarstwa domowego” w jednym ze sklepów znanej sieci. Nagle podchodzi do mnie mężczyzna z tłuczkiem do mięsa w dłoni. Pyta, czy może mnie nim uderzyć, aby sprawdzić, czy przyrząd działa jak należy. Spojrzałam na niego z myślą: „Ukryta kamera, czy co?”. Zaczęłam się bać dopiero wtedy, gdy facet zabrał się za wymachiwanie ww tłuczkiem przed moim nosem. W tej samej chwili odkryłam, że w razie niebezpieczeństwa potrafię bardzo szybko biegać. Bo jeśli o mnie chodzi, wolę umrzeć z miłości, niż zostać zamordowana tłuczkiem do mięsa.

Polski Dzień Przytulania

Czerwiec 23, 2010

24 czerwca jest Polskim Dniem Przytulania. I chociaż uważam, że jest to święto typu Walentynki, które trzeba było wprowadzić, aby ludzie pamiętali o okazywaniu sobie czułości (co powinno się robić każdego dnia) – i tak je lubię. Zawsze to jakiś powód do świętowania, a każdy powód jest dobry 🙂

Także tego… Rzuć wszystko i chodź się przytulać! 😀

Ostatnim hitem w naszym mieszkaniu jest „Haiku fristajl”  z udziałem Stanisława Soyki. Tak wkurzającej muzyki już dawno nie słyszałam. Najgorsze jest to, że teksty typu: „Sarenka na mrozie nie może” chodzą po głowie i pozbyć się tego nie można 🙂

Btw wczoraj był Dzień Ojca – kocham mojego tatę! :*

Krwiożercze komary i człowiek orkiestra

Czerwiec 19, 2010

Słuchanie facetów zdecydowanie się nie opłaca. „Noś sukienki, noś sukienki, wyglądasz jak babochłop!”. No, to Agata ubrała sukienkę i poszła na plażę, świętując oficjalne zakończenie 3 lat studiowania.

Wyglądam teraz jak Mućka – cała w ciapki, brakuje mi tylko ogona. Parszywe komarzyska pogryzły mnie nawet w plecy (pytam: jakim cudem?!). Teraz to ja na pewno nic kobiecego nie założę, bo prędko to się drapać nie przestanę 🙂

Muzycznie baaardzo optymistyczna piosenka, skuteczny odciągacz od nauki:

Jednak w ostatnim czasie CeZik króluje w naszych mieszkaniowych głośnikach. Człowiek orkiestra, kabareciarz, idealny przypadek na terapię logopedyczną – uwielbiam jego „Plus i minus” 🙂

Pozdrowienia od Pani Licencjatki 🙂

:)

Czerwiec 10, 2010

Bezy od serca dla S. z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia 🙂

Chory czuje się już chyba lepiej, bo pochłania każde jedzenie, które podsuniemy mu pod nos 😀

Telefony, karetki i szpitalne korytarze, czyli jak Agata spędza czerwcowe noce

Czerwiec 9, 2010

Wyobraźcie sobie sytuację, że przychodzi do Was znajomy i nagle coś mu strzyka w kręgosłupie. Kładzie się on na podłogę i każdy ruch sprawia mu niewysłowiony ból. Dzwonicie na pogotowie. Dyżurny informuje Was, że lekarz z pogotowania przyjeżdża tylko do zawałów, wylewów, udarów, czyli klasycznych stanów zagrożenia życia, po czym kieruje Was do przychodni rodzinnej. W przychodni pani mówi, że skoro Wasz gość nie jest z Gdańska i jego lekarz rodzinny znajduje się w innym mieście, to oni nie mogą udzielić mu pomocy, bo nie będą mieli co wypisać w dokumentach. Dzwonicie po raz drugi na pogotowie, aby dowiedzieć się, jak można pomóc koledze w nagłym przypadku urazu kręgosłupa. „Bardzo sympatyczny” pan tłumaczy, że macie domagać się wizyty lekarza z poradni. Dzwonicie więc do poradni po raz drugi prosząc, aby ktoś przyjechał i zbadał kolegę mimo braku lekarza rodzinnego w Gdańsku. Po długim błaganiach lekarka zgadza się przyjechać pod warunkiem, że wypisze dane z Waszej książeczki (?!). Czekacie na lekarkę ponad pół godziny. Pani doktor przyjeżdża, wbija koledze igłę w miejsce bólu i wystawia rachunek na 50 zł, informując, że lek zacznie działać po 20 minutach od chwili podania. 1,5 h później kolega dalej wyje z bólu, wisząc nad łóżkiem, bo nie ma mowy, aby położył się w jakiejkolwiek pozycji. Dzwonicie więc do poradni, gdzie pani doktor od igły mówi, iż nie ma mocniejszego leku, nie przyjedzie ponownie i jedyne, co możecie zrobić, to zadzwonić na pogotowie, co też czynicie. Wykonujecie jeszcze 5 telefonów, ponieważ na pogotowiu znów odsyłają Was do poradni i odwrotnie.

W końcu, po obietnicy złożenia skargi na pana dyżurnego z pogotowia, dzwonicie po taksówkę i jedziecie do poradni, aby ktoś wypisał Wam skierowanie do szpitala na SOR.  Mając skierowanie dowiadujecie się, że pomimo tego żadna karetka z pogotowania do Was nie przyjedzie (chociaż kolega chce sobie odgryźć nogę, aby wykrwawianie się spowodowało stan zagrożenia życia), więc wykłócacie się o numer prywatnego przewoźnika od karetek. Ten na słowa: „nagły uraz kręgosłupa” krzyczy na Was, że „takie sprawy załatwia się z pogotowiem”, bo prywatny przewoźnik to tylko jedna osoba w karetce, więc chory będzie musiał zejść z 5go piętra sam. Chory schodzi, prawie kładzie się na krawężniku, na co pan z prywatnej karetki (ten sam, który 3h wcześniej przyjechał z panią doktor od igły!) „zaprasza” go do środka dopiero po zwróceniu mu uwagi, że „kolegę boli i ledwo stoi”. Dodatkowo pan informuje Was, że skierowanie do szpitala nie wystarczy, ponieważ nie macie skierowania na przewóz karetką, chociaż odległość między Waszym blokiem a szpitalem to 5 minut drogi piechotą. I znów telefony, telefony, telefony…

Potem już trochę łatwiej: do 4.00 nad ranem w szpitalu czekacie z kolegą, którego zabierają pod kroplówkę, a następnie od 8.00 aż przyjdzie do niego neurolog. Kolegę wypuszczają o 11.00 z przepisaną receptą na tabletki przeciwbólowe i zwolnieniem z zajęć na uczelni.

Na chwilę obecną kolega wisi nad Waszym dywanem, bo leżenie nie wchodzi w grę, a lekarz zalecił mu płaskie powierzchnie. Od czasu do czasu rozważa możliwość uderzenia się w głowę (aby zapomnieć chociaż na chwilę o bólu kręgosłupa), powtarza, że „chciałby umrzeć w rodzinnym domu” i nadużywa słownika wyrazów niecenzuralnych.

No cóż, ostatnio w ciekawy sposób spędzam noce. Jak to K. dziś stwierdził, „w szpitalu jesteśmy w tym roku częściej, niż w klubach”. A pan dyżurny tak skutecznie wyprowadził mnie z równowagi, że gdyby chłopcy wcześniej podsunęli mi pomysł skontaktowania się z TVN24, to chętnie wykorzystałabym tę opcję. Przynajmniej S. szybciej znalazłby się w szpitalu.

Podsumowanie z dzisiejszej nocy: trzeba mieć końskie zdrowie, aby chorować. Okazuje się też, że podstawowa zasada pierwszej pomocy, czyli „nie ruszaj osoby podejrzanej o uraz kręgosłupa” nie sprawdza się w polskich realiach. Zawsze wydawało mi się, że dobro pacjenta powinno być na pierwszym miejscu. Jak widać, nie jest.

I pozdrawiam pana taksówkarza, który okantował mnie na 8 zł, chociaż zostawiłam u niego prawie 50, burak jeden.

Wpis, który tłumaczy, dlaczego Agata nie chce już pingwina

Czerwiec 6, 2010

Musiałam zrezygnować z chęci posiadania pingwina, jak również każdego innego zwierzątka większego od ręki. Powód? B. opowiedziała mi historię pewnej kobiety, która zakupiła sobie węża. Kochała go tak bardzo, że pozwalała mu spać w swoim łóżku, niczym cziłała Paris Hilton. Dziwiło ją jednak, dlaczego ww wąż, nazwijmy go Zdzisiu, nie zwijał się w sprężynkę, jak to węże  mają w zwyczaju [przynajmniej tyle wyniosłam z bajek, w których pan w turbanie siedział po turecku przed wazonem, z którego na dźwięk piszczałki wyłaniał się gad]. Zdzisiu spał wzdłuż ciała właścicielki, wyprostowany jak kij od mopa. Zaniepokojona kobieta zabrała go do weterynarza, który wyjaśnił jej, że Zdzisiek, ukochany pupil, każdej nocy prostuje się, żeby sprawdzić, czy jest wystarczająco duży, aby kobietę… zjeść. Jednym słowem: nawet mucha byłaby lepszym domowym zwierzątkiem niż coś, co ma ochotę zrobić ze mnie kolację. A że pingwin – zwierzę dzikie, to jednak wolę nie bawić się w eksperymenty i nie sprawdzać w czym gustuje. Ale już taki chomik… on to chyba dużo nie je 🙂

Sesja to taki specyficzny czas, kiedy najróżniejsze pomysły do głowy przychodzą. Ja np. tworzę listę rzeczy, które chciałabym posiadać, tylko po to, żeby je mieć 🙂

Pozycja nr 1 to automat do kawy. Oczywiście ja przerobiłabym go na agatową wersję: parzyłby mi herbatę, wyjmował z niej liście i mówił „dzień dobry” czesiowym głosem  🙂

Nr 2 to TEN t-shirt, podoba mi się. Chociaż w moim przypadku bardziej pasowałaby koszulka z napisem: „Just give me chocolate and nobody gets hurt”, albo chociaż „I love math. 1+1=11”.

Kolejną – absolutnie zbędną, ale interesującą rzeczą – jest przyrząd do robienia kwadratowych jajek 🙂

I ostatnia rzecz, która mi się marzy to deska do krojenia w kształcie puzzli 🙂

To byłoby chyba tyle. Doniczki w kształcie butów na obcasie sobie darowałam, bo przecież i tak mam problem z utrzymywaniem jakichkolwiek roślin w mieszkaniu 😛

W głowie mam ostatnio dwie piosenki:

Btw mam 2 tygodnie przerwy do kolejnych egzaminów, od jutra można mnie spotkać na plaży, jak wygrzewam dupsko na piasku 🙂

‚Dzień dobry’ po krótkiej przerwie

Czerwiec 3, 2010

Usłyszałam kiedyś, że „lubię dramatyzm”. Ten, kto mi to powiedział pewnie miał rację. Muszę się jeszcze podszkolić w podejmowaniu decyzji, bo coś kiepsko mi wychodzą, skoro tęsknię za rzeczami, które zostawiam za sobą. Konsekwencją też nie grzeszę, no cóż.

To niby tylko miesiąc, ale ja codziennie wchodziłam w statystyki wordpressa, żeby dziwić się, jak wiele osób mnie odwiedza każdego dnia i chyba czeka, aż napiszę coś głupiego, jak zwykle. A ponieważ brak możliwości podzielenia się z Wami moim zachwytem nad muzyką, origami, kolejnym zdjęciem rodzi nowe frustracje, które K. musi dzielne znosić, postanowiłam mu – i sobie – tego oszczędzić 😛 Jednym słowem mówię: ‘dzień dobry’ i przepraszam za zamieszanie. Kobiety tak maaają, zmienne są 😀

Ten czas nie poszedł na marne, bo przejrzałam kilka ciekawych stron. Zaczynam od zdjęć Ellen van Deelen. Szczury dają radę 🙂 Podobno bardzo mądre z nich zwierzątka, ale to nie zmienia faktu, że nadal marzę o pingwinie 😀

Muzycznie dwie propozycje, które podesłała mi A. :

Tyle na dziś. Dziękuję tym, którzy tak namawiali mnie do powrotu :*

“ A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś ściskając Misiowi łapkę – Co wtedy?
-Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek – posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha to ten ktoś nigdy nie znika tylko siedzi gdzieś i czeka na Ciebie. ”

— Kubuś Puchatek