Archive for Lipiec 2010

Lipiec 28, 2010

Dużo, dużo zaległości, a czasu mało. Ale zanim o zaległościach, najpierw kilka przemyśleń.

Uczuć się nie dzieli i nie dawkuje we właściwych proporcjach, dlatego ciocia Agata z przyjemnością słucha, jak jej znajomi opowiadają o szaleństwach letniego zakochania. Chociaż nie jestem w tym temacie ekspertem, historie o niespodziewanych przypływach radości zawsze napawają mnie optymizmem. Są przecież bardziej realne niż te z książek, a „jest w tym jakieś hipnotyzujące piękno”. Chociaż i nutka żalu się pojawi, bo są też i tacy, którzy serce muszą remontować. Zastanawia mnie jednak, dlaczego ludzie tak chętnie popadają w to szalone uczucie właśnie latem? Co prawda słońce, plaża, ciepłe wieczory są atrakcyjniejsze niż 1,5 metru śniegu za oknem, ale przecież ludzie są tacy sami, nie zmieniają się wraz z porą roku…

Mimo wszystko gratuluję M., który doszedł do wniosku, że „człowiek to zwierzę stadne, nie lubi żyć w pojedynkę”, a właśnie z O. chce rozmawiać bez końca. Bo jak pisała Bridget Asher, „małżeństwo to rozmowa, która trwa przez całe życie”. Gdańskim współlokatorom życzę natomiast powodzenia, żałując, że ciekawe sytuacje przytrafiają się zawsze wtedy, gdy ja akurat jestem w domu.

A wracając do zaległości – dwa moje ulubione:

Fot.: Łukasz Wczysła

* * *

– Pamiętam zdjęcie, które zrobił: pole tuż po żniwach, w oddali drzewo – jedno jedyne i ta blondynka w czerwonej sukience. Stoi bokiem, patrzy za siebie, jakby sprawdzała czy ktoś, kto idzie za nią dorównuje jej kroku.

– Ta dziewczyna… to ty?

– Nie.

– O czym myślisz? – zapytał po chwili.

– Żałuję, że to nie ja byłam na tamtym zdjęciu. Może by mnie pamiętał, gdyby było inaczej. Bo ja nie przestałam czekać. Wciąż sprawdzam, czy jest w pobliżu, by chwycić mnie za rękę.

Lipiec 21, 2010

Kto by pomyślał – Agata na motorze (i to na motorze, a nie na jakiejś pralce czy komarku). A jednak. Rondo – ziuuum, Agata na prawo. Kolejne rondo – ziuuum, na drugą stronę. I ten wiatr włażący w portki i muchy na szybce kasku, i takie klasyczne bruuum, bruuum. Czad, mogłabym to polubić (może z wyjątkiem robali przed oczami). J. zabrał mnie na wycieczkę krajoznawczą do Niemiec przy okazji mojej wizyty w Zgorzelcu. Ludzie prowadzą tam całkiem inne życie. Kolorowe ulice: domki w barwach tęczy, kobiety o różowych włosach… Środek tygodnia, a nad jeziorem grille, tańce – bawią się w najlepsze. Miałam wrażenie, że wraz z przekroczeniem granicy wjechałam do kreskówki.

Po powrocie do domu musiałam kolorowy świat zestawić z pracą, co było już mniej atrakcyjne, niż jazda na motorze. Jednak zastałam w sklepie ciekawe powitanie, bo okazało się, że mam 2 nowych klientów: chłopców na oko po 8 lat. Kiedy na stwierdzenie: „Jak tutaj przyjdziemy następnym razem to wykupimy cały ten sklep!” odpowiedziałam: „Bardzo mnie to ucieszy.”, chłopcy postanowili zgasić mój entuzjazm i usłyszałam: „Niech się pani tak nie cieszy, bo nie będzie miała pani gdzie pracować, o!”. Tym sposobem powitali mnie pierwszego dnia w pracy. Zapowiada się interesująco.

Odkryłam nowe zjawisko na zielonogórskich ulicach, mianowicie Pudzian wystający z okna. Polega ono na tym, że siedzi taki koks z przedramionami na poduszce, próbując wcisnąć się we framugę. Musi mieć ciemno w pokoju, bo zajmuje w oknie tyle miejsca, że światło z całą pewnością nie ma jak się przecisnąć. Chyba, że odbija się od jego wyglancowanej łysiny, nie wnikam. Początkowo myślałam, że takie koksy się opalają (siedzenie w oknie jest tańsze niż chodzenie do solarium, a i pogoda sprzyja). Kiedy jednak zobaczyłam któregoś z kolei koksa z poduszką na parapecie i usłyszałam dochodzące z jego mieszkania dźwięki typu Rammstein – zwątpiłam. Dziwny ten nowy trend.

Co jeszcze zaskoczyło mnie w Zielonym Mieście to zmiany, o których nie miałam pojęcia, mieszkając w Gdańsku. Przedwinobraniowe remonty, nowe knajpki – powoli Zielona Góra staje się miastem studenckim, takim, jakim powinna być od dawna. Prawdziwą Ameryką jest nowy basen. Przyzwyczajona do kluczyków na gumce, modliłam się przed szafką, aby zechciała się łaskawie otworzyć, bo nie miałam pojęcia, dlaczego przyciskając „to małe zielone na pasku” do odpowiedniego okienka, szafka ani drgnie. Sposobem na sierotę nakłoniłam jakiegoś pana do pomocy. Zawsze działa. Tylko szybko uciekałam z miejsca mojej porażki, mając nadzieję, że nie wpadnę na tego pana obok zjeżdżalni, czy na tych fajnych masażerkach z bąbelkami.

Prywatnie porządki. Właśnie pakuję walizkę z najcenniejszymi dla mnie rzeczami. Tylko tej walizki nigdzie już ze sobą nie zabiorę.

Lato, lato, lato :)

Lipiec 12, 2010

Lato. Nareszcie nie jest mi zimno w stopy i mogę objadać się lodami w ramach śniadania, obiadu i kolacji. Tylko te komary wlatujące do pokoju, kiedy chce mi się spać… W zasadzie to ciężko mi stwierdzić, co irytuje mnie bardziej – komary czy ukrop, który sprawia, że pierwszy raz w życiu cierpię na bezsenność. Nawet mój termometr pokojowy odmówił współpracy, bo 30 stopni to max na co go stać, więcej nie pokazuje. Gdybym była psem, pewnie rozwaliłabym się na kafelkach w łazience i tak przeleżała te upały. Teraz pocę się jak szczur i jedno, co przychodzi mi do głowy to: „Mamo, mamo, moja buzia świeci się jak pomidorek!”. Nic dziwnego, że rodziciele twierdzą, że studia zrobiły ze mnie wariatkę. Jakby studia miały z tym coś wspólnego 😀

Szkoda tylko, że minęły czasy, kiedy rodzice mieli ochotę wyjeżdżać ze mną na wakacje. Zaczęło się od tego, że postanowili zabrać mnie i moje 1001 klamotów z Gdańska, a ja stwierdziłam, że przy okazji oprowadzę ich po starówce. Przechodząc nad Motławą byłam tak przejęta opowiadaniem o zabytkach, że nie zauważyłam koszulki, która musiała wypaść jakiemuś przegrzanemu słońcem turyście i leżała na środku chodnika. Oczywiście na nią nadepnęłam i zaczęłam drzeć się jak stare prześcieradło, ku uciesze moich rodziców i przechodniów. BYŁAM PRZEKONANA, że stanęłam na zdechłego kota, a to, co mi się majta między palcami to jego ogon… Skutek był taki, że musiałam schować się za okularami i udawać, że jestem całkowicie normalna, co po kociej traumie było dość trudne 🙂

Rodzice postanowili, że na plaży nie powinno być więcej „zdechłych kotów”, a i upał doskierwa mniej, więc obraliśmy Jelitkowo za kolejny cel naszej wycieczki. Kiedy oni podziwiali żaglowce, ja postanowiłam zostać Szefową Piaskownicy. Uklepywałam piasek nad samym brzegiem, aby następnie wypisywać na nim hasła typu: „Lofciam misia” albo „Falubaz górą”. Biorąc pod uwagę moje zdolności do publicznego robienia z siebie wariatki, również i ta sytuacja okazała się świetną rozrywką dla plażowiczów. Poświęciłam się bowiem rozwijaniu mojego warsztatu pedagogicznego i uczyłam dzieci, jak się bawi w „tablicę”. Szkoda tylko, że dzieci bardzo szybko stwierdziły, iż one „niczego klepać nie będą”… Żałuję, że nie było tam W., podejrzewam, że on chętnie narysowałby ze mną królika 😛

Czuję, że to będą ciekawe wakacje, skoro tak się zaczęły 🙂 Żeby tylko zrobiło się odrobinę chłodniej, a nie miałabym wrażenia, że siedzę w piecu.