Archive for Październik 2010

Klucz do serc

Październik 28, 2010

Z czułością wspominam czasy, kiedy to pisało się wordpressa przynajmniej raz w tygodniu, myślało o niebieskich migdałach i godzinami siedziało się przed komputerem z łyżką lodów w paszczy. Podobnej beztroski nie przewiduję jakoś do Bożego Narodzenia.

Na chwilę obecną jestem panią praktykantką w szkole podstawowej. Fakt nawet przyjemny, jednak od kiedy zaczęłam przechwycać „liściki” i odkryłam, że dzieciaki określają mnie mianem „wgp”, zastanawiam się, czy powinnam się tak z tych praktyk cieszyć. Jestem zielona jak sałata, jeśli chodzi o rozszyfrowanie tego skrótu, będę ogromnie wdzięczna za zaspokojenie mojej ciekawości 🙂

Powoli przyzwyczajam się do nowego mieszkania. Doceniam uroki tego miejsca, w szczególności urok posiadania sokowirówki. To już studencki high life, który rekompensuje mi brak mikrofali, więc zamiast opychania się popcornem, popijam jabłka i marchewki.

Od czasu mojego ostatniego wpisu sporo rzeczy się zmieniło. Przede wszystkim powiekszyła mi się rodzina o malutką dziewczynkę, co oznacza jeszcze jedno serduszko do kochania i rozpieszczania. Ciocia Agata już nie może się doczekać, kiedy ją zobaczy. M., gratuluję, jestem z Ciebie dumna! :*

A jeśli chodzi o mnie – postarzałam się o rok. A ponieważ nie czuję się mądrzejsza, to chyba niewiele się zmieniło. Wyjątek stanowią prezenty, które przypominają mi, że jednak czas nie stoi w miejscu. Jeden z nich rozbawił mnie szczególnie, biorąc pod uwagę miny chłopaków, kiedy dobrowolnie pozbywali się największego studenckiego otwieracza do piwa 🙂

No, cóż, i bez klucza wiem, że kartą wstępu do tych serc jest mikser, który przychodzi do ich mieszkania razem ze mną, aby zrobić koktajl i kilka zdechłych babeczek 😀

Muzycznie odgrzebuję starocie, bo bardzo podobają mi się te wersje:

Ps Dochodzenie w sprawie Hubby Bubby trupnęło padem. Powiedziałabym, że oddam królestwo za chociaż jedną paczkę, ale wątpię, że akwarium można zaliczyć do kategorii „zamek” 😦

Nowe, nowe, nowe, wszystko jakieś inne

Październik 7, 2010

Powrót do Gdańska, nowe studia, nowi ludzie, mnóstwo obcych twarzy, a przede wszystkim: nowe mieszkanie. Nie da się opisać mojej reakcji, kiedy weszłam po raz pierwszy do pokoju… Czasem zastanawiam się nad poczuciem humoru właścicieli mieszkań i ich wyobrażeniami o przeciętnym studencie. I mam wrażenie, że robią oni sobie z nas żarty. No, cóż, mnie to raczej nie bawi. Jednak teraz, kiedy zdjęcia wszystkich bliskich mi twarzy wiszą na ścianie, a dywan ukrył najgorszą część podłogi, mogę powiedzieć, że byłabym znośną dekoratorką wnętrz. A już na pewno dobrą negocjatorką – udało mi się namówić właściciela na szafę i karnisz, co uważam za osobisty sukces, bo moje skarpetki i barchanowe majty nie są już bezdomne, a sąsiedzi wieczorem nie muszą oglądać mojej piżamy 🙂

 
Pokój jest mały, więc śmiało mogę powiedzieć, że mieszkam w pudełku po butach. Ale plusem w nim jest to, że nic nie ma prawa zginąć – jeśli położę coś na środku podłogi, dosięgnę po to z absolutnie każdego miejsca. Co więcej, przeprowadzka była idealnym pretekstem, aby poćwiczyć mięśnie, więc przenoszenie moich klamotów z miejsca na miejsce, upychanie ich tak, żebym miała gdzie się ruszyć, też wyszło mi na plus 🙂

 
Przez okres wakacji zgubiłam przynajmniej 10 kg zwojów mózgowych, więc czas nadrobić swoje braki intelektualne i wziąć się do nauki. I chociaż na kilku przedmiotach już „zgłosiłabym brak zainteresowania”, to chyba nic mnie jednak nie ominie. Także witaj, przygodo! Do zobaczenia na uczelnianych korytarzach 🙂

 
A prywatnie prowadzę dochodzenie w sprawie zniknięcia ze sklepowych półek absolutnie wszystkich zapasów Hubby Bubby. Ktokolwiek posiada jakieś informacje, które pomogłyby w wyjaśnieniu tej zagadki, proszony jest o kontakt 🙂