Archive for Listopad 2010

Śnieg, śnieg i podróże do Malborka :)

Listopad 29, 2010

Spadł pierwszy śnieg. Skłania to do pośpiechu, bo trzeba się ogrzać, pędzić, aby przypadkiem nie wegetować gdzieś na zimnym przystanku. Szkoda tylko, że przez te mrozy zamarzają mi synapsy, myśli wolniej się myślą. Tak czy siak, pierwsze płatki śniegu, obserwowane przez okno w kuchni podczas andrzejkowych plot i pogaduch, zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. I cieszę się, że jeszcze nie wyrosłam z tego zachwytu 🙂

Skoro już mowa o mrozach i śniegu, bardzo spodobał mi się komentarz, który znalazłam w „Charakterach” [Krzysztof Szubzda, nr 11, listopad 2010].

„Tegoroczna zima jeszcze nie nadeszła, a już została okrzyknięta zimą stulecia. Niektórzy meteorolodzy poszli nawet dalej i obwieścili zimę dwustulecia. Kolorowe pisma nie mają wątpliwości – to będzie zima tysiąclecia.

Jeden z portali internetowych, powołując się na osoby zbliżone do kręgu osób związanych z osobami związanymi z NASA, przewiduje też możliwość nadejścia w tym roku zimy wszech czasów.

Przyczyn tak rekordowo surowej zimy znawcy tematu doszukują się w różnych źródłach. Najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja forsowana przez amerykańskich naukowców: – Przyczyną gwałtownego ochłodzenia jest globalne ocieplenie. – mówi dr Samuel Lawrence. – Nie jest to teza łatwa do udowodnienia, ale zrobimy wszystko, by ją obronić.

Na pytanie, czy będzie to zima wszech czasów, dr Lawrence nie odpowiada. Tłumaczy, że tego typu badań nikt mu nie zlecił. Uchylił jednak rąbka tajemnicy i swoim autorytetem zaręczył, że czeka nas zima roku.”

Czy będzie to zima stulecia, dwustulecia czy zima roku, na chłody i śnieg polecam:

Życie nie obfituje w ekscytujące doznania i ciekawe przygody. Albo ostrożniej – nie żyjemy w filmie, aby tak się działo. Przeważnie powtarzalna rzeczywistość każe nam myśleć, że codzienność jest szara i nudna. Nie ukrywam, że i mnie dopada takie myślenie. Dlatego postanowiłam nadać mojej codzienności trochę koloru i ruszyłam zasiedziałe dupsko do Malborka. Bo marzenia nie spełnią się same, a mieszkam zbyt blisko pięknych miejsc, żeby oglądać je tylko z odległości dzielącej mnie od monitora mojego komputera 🙂

Podróż zaczęła się od spotkania na dworcu 2 podopiecznych Dżoany Krupy: Nicole i Beaty. Prawdą jest, że kamera dodaje ładnych kilka kg, bo dziewczyny – którym zarzucano w programie nieodpowiednią, jak na modelki, wagę – prawie zostały zdmuchnięte przez wiatr: patyczaki. Ciekawe, jak muszą wyglądać na żywo te dziewczyny, których kości widać w tv…

Co do samego Malborka – uwielbiam oglądać zamki, a i ten mnie nie rozczarował. Wg zasady: głupi ma zawsze szczęście, zwiedziliśmy go z S. całkowicie za darmo i gdyby nie ta niska temperatura, pewnie zostalibyśmy tam dłużej. Poniżej kilka zdjęć z tej wyprawy (za pomoc dziękuję A.!:*)

Zamek był taaaki duży (tak, Mamo, noszę szalik)

S. chciał dołączyć do elity (Wielcy Mistrzowie Zakonu Krzyżackiego, od lewej: Salza, Feuchtwangen, Kniprode i Hohenzollern)

Jedno, co mi się nie podobało, to bałagan na dziedzińcu – rozsypali M&Msy i nikt tego nie posprzątał

Fizjologia jest bezwzględna, więc postanowiliśmy odwiedzić toalety. Problem polegał na tym, że z zamkowych korzystać nie wolno. Ciekawość jednak kazała nam zajrzeć do środka… Okazało się, że mieszkają tam gołębie 🙂

Na szlaku spotkaliśmy znajomych: św. Jerzy ze smokiem (Południe Niemiec, około 1500 roku, zakupiony w 2007)

Ponieważ na Pomorzu jest jeszcze sporo zamków do zwiedzenia, chcieliśmy podreperować nasze studenckie fundusze. Niestety efekt był taki, że postanowiliśmy trzymać się naszych prac i karmić świnkę – skarbonkę, bo takie z nas Pudziany, że szkoda słów 🙂

Gdybym żyła w tamtych czasach, zdecydowanie pracowałabym jako masztalerz (król Kazimierz Jagiellończyk na koniu, plac z fontanną przy ul. Kościuszki)

A na koniec pozazdrościłam Top Modelkom i wlazłam w badyle, aby mieć w swoim portfolio zdjęcie z cyklu: „Buszująca w zbożu” 😀

Teraz tylko muszę czekać do wiosny, aby znów pojechać do Malborka i zobaczyć, jak wygląda zamek, kiedy „świat zazieleni się na śmierć”.

Na pożegnanie mam dla Was 2 krótkie filmy. I chociaż nie są one związane z ww podróżą czy nadchodzącymi mrozami – myślę, że warto je obejrzeć, bo jednak robią wrażenie…

Reklamy

‚Chcę tak jak chomik-zgromadzić zapasy tego,co mnie najbardziej cieszy i beztrosko zasnąć’

Listopad 17, 2010

Ostatnio pisałam o tym, że świąteczne dekoracje atakują nas z wystaw sklepowych od listopada, a już udało mi się zaobserwować kolejne zmiany.

Kiedy byłam małą dziewczynką istniało coś takiego jak kalendarze adwentowe. Założenie mówiło, iż każdego dnia w czasie adwentu otwiera się jedno okienko i pożera ukrytą w środku czekoladkę. Oczywiście słodycze ginęły w otchłani głodnego brzucha pierwszego dnia po zakupie takiego kalendarza, ale satysfakcja z jego posiadania była ogromna, a sam fakt coraz bliższego Bożego Narodzenia cieszył niezmiernie. Jeśli miało się rodzinę w Niemczech, można było liczyć na kalendarz z reniferem i ogromnym Mikołajem. Jeśli nie – pozostawała szopka ze Świętą Rodziną, aniołki lub obrazek z dziećmi, które dzielnie maszerują do kościoła na roraty, trzymając w dłoniach kolorowe lampiony.

Zaobserwowana zmiana polega na tym, że w roku 2010 można ze świecą szukać kalendarza adwentowego z dzieciństwa Agaty. Teraz (powtarzam: od początku listopada) czekoladek pilnuje Pet Shop, Hello Kitty, Spiderman lub Ben 10. Kto wie, może wizja zaatakowania przez takiego stwora ma odstraszyć dzieci przez zjadaniem wszystkich słodyczy w jednej chwili. Tak czy siak, tęsknię za chwilami, kiedy to otwierało się okienko ukryte w sukni aniołka i wyjmowało z niego czekoladkę. Nie wiem jak dzisiejszym dzieciakom, ale mi otwieranie okna pod ogonem Pet Shopa i wyjmowanie z niego słodyczy jakoś nie sprawia już przyjemności.

Skoro mowa o wspomnieniach z dzieciństwa,  polecam  http://sorrychomiku.pl/ . Strona poświęcona jest  historiom związanymi z – zawsze nagłym – odejściem najpopularniejszego zwierzątka domowego – chomika. Ja swoje chomiki upychałam gdzie się dało: nosiłam je w kieszeniach kurtki, pakowałam do kubków, chciałam je zmusić do spania ze mną… Do momentu, aż nauczyły się nadużywać zębów, wtedy przestały być fajne.

Niektóre historie rozbawiły mnie do łez, zachęcam więc do lektury, licząc na to, że potraktujecie je z przymrużeniem oka i nie będziecie praktykowali na swoich podopiecznych 🙂

Warto zobaczyć również jeden z Krótkich Filmów, już nie o chomikach, mianowicie:

Prywatnie mam za sobą praktyki w szkole podstawowej. I chociaż mogłabym długo opowiadać o samym procesie nauczania, to jedno wiem na pewno – dzieciaki są bezbłędne. W ciągu kilku tygodniu, które spędziłam w ich szkole, zasugerowały mi zmianę wizerunku („Ale pani dziwnie wygląda. Ścięła pani włosy? Nie? A powinna pani.”), zastrzeliły mnie z banana, ograbiły z cukierków, wykończyły psychicznie i fizycznie, a na koniec przekonywały, abym została z nimi na stałe. Co więcej, zaskoczyła mnie religijność tych dzieciaków – za każdym razem, gdy zapowiadałam kolejne zadanie z gramatyki, słyszałam tylko: „Bożeee” lub „Jezuuu”. Małe aniołeczki, będę tęskniła 🙂

Kalejdoskop

Listopad 9, 2010

Jestem w szoku, jak szybko zmienia się wszystko wokół mnie. Albo słyszę o nowych związkach albo o zaręczynach.

Czasem o tym, że ktoś z kimś zamieszkał, ktoś inny odszedł, niektórzy na zawsze. Przestałam ogarniać narodziny maluszków, a okazuje się, że informacji o kolejnych ciążach koleżanek przybywa. Nie wspominam już o tym, że są tacy, którzy zmienili pracę, przeprowadzili się lub osiągnęli to czy tamto, bo jest to dla mnie nadmiar informacji podanych w bardzo krótkich odstępach czasu, których mój umysł już nie jest w stanie przetwarzać. Kalejdoskop.

Nawet wystawy sklepowe uległy zmianom. I, mówiąc szczerze, jestem przerażona faktem, że choinki obsypane sztucznym śniegiem prześladują mnie już od początku listopada. Jak tak dalej pójdzie to za kilka lat będziemy wysyłali bożonarodzeniowe kartki w środku lata, a ozdoby na choinkę kupimy zaraz po święceniu wielkanocnego koszyczka.  Nie żebym nie lubiła świątecznych dekoracji – ulice oświetlone kolorowymi lampkami czy aniołki zwisające z firanek w oknach są czymś naprawdę urzekającym. Ale wolałabym je zobaczyć w okolicach grudnia, niż w listopadzie, kiedy to znicze na cmentarzach po Święcie Zmarłych jeszcze nie zdążyły się wypalić. Bo zanim poukładam prezenty pod choinką i zabiorę się za lepienie pierogów, dźwięki „Last Christmas” oraz „All I want for Christmas is you” będą mi wychodziły bokiem i przestaną sprawiać przyjemność.

Skoro już mowa o muzyce, zachwycam się panią, którą przedstawił mi T. Marcelinę znajdziecie tutaj oraz tutaj . Polecam szczególnie agatowe klimaty „Szukam Cię” i „Motyle”, a sama czekam na płytę 🙂

Pociągiem aż do końca świata

Listopad 3, 2010

Jestem jak pies – jeżdżę koleją (i nawet to lubię). Studiując tak daleko od domu, pociągi siłą rzeczy stały się mi bliskie. A ponieważ to, co się w nich dzieje, z całą pewnością zasługuje na uwagę – ten wpis poświęcam właśnie PKP.

Na trasie ZG – Trójmiasto spotkałam już różnych ludzi. A to zakonnice, które przez bite 8h odmawiały różaniec, innym razem marynarz odradzający związki na odległość („Chyba, że chcesz, Mała, mieć kochanka, wtedy idealnie.”). Jechałam z biznesmenem, który zapodał disco polo z laptopa, wyciągnął wino i namawiał do rozkręcenia przedziałowej imprezy, brałam udział w dyskusji politycznej po tym, jak konduktor przy sprawdzaniu biletów skomentował moje nazwisko, grałam w kapsle z dzieciakami współpasażerów, uczyłam krasnala dotknąć nosa czubkiem języka po tym, jak obwieścił, że ma go w paszczy, słowem: dużo się działo.

Zdarza się również, że pasażerowie podróżują w większych grupach. Najpopularniejszą są, oczywiście, żołnierze, którzy zwykle bardzo obrazowo opowiadają o życiu w jednostce, ZAWSZE opowiadają jeden lub dwa sprośne dowcipy, a są nawet tacy, którzy zwierzali się ze swego żołnierskiego celibatu…

Jak wiadomo, podróże kształcą: miałam okazję jechać pociągiem z grupą akrobatek spieszących na jakieś zawody, przez co zostałam wtajemniczona przez 3 urocze trenerki w wymogi dotyczące krojów i materiałów, z których robione są stroje dla młodych sportowców. Wiedza całkowicie mi niepotrzebna, ale kto wie, może kiedyś Hubert Urbański zada pytanie o milion właśnie z tej dziedziny i będę mogła z dumą ustawić sobie na fb/nk/gg, że znałam na nie odpowiedź 🙂

Podróżowałam również z Hiszpanem, który opowiadał o kolei w jego kraju. Wspominał o klimatyzowanych przedziałach, bezprzewodowym internecie, telewizorze w każdym wagonie… Szok przeżył po skorzystaniu z polskiej toalety, nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego.

Jeśli myślicie, że podróże pociągami to wyłącznie rozmowy – mylicie się. To również przygody! 🙂 Koleżanka szukała walizki po całym wagonie, a ta prawie wyszła z pociągu: pamiętajcie: DO NOT kupujcie walizek na obracanych kółkach, bo lubią odjeżdżać przy hamowaniu. Jeśli chodzi o mnie, to przytrzasnęłam się drzwiami łączącymi dwa wagony, spaliłam podeszwę buta trzymając go na grzejniku, topiłam się w przedziale z włączonym ogrzewaniem, kiedy temperatura za oknem wynosiła 20 stopni na plusie i zamarzałam przy -15 stopniach, gdy ww ogrzewanie było zepsute w środku zimy. Na brak atrakcji nie narzekam, prawie (a czasem ponad) 9h jazdy z miasta studiowania do miasta rodzinnego to sporo czasu, aby wydarzyło się coś ciekawego.

Są nawet tacy, którzy PKP miłują do tego stopnia, że byli w stanie rąbnąć przedpotopowe, przedziałowe zasłonki i uszyć z nich sobie portki na w – f. No cóż, każdy ma swoje upodobania.

Jednak tym, co najprzyjemniejsze w podróżowaniu pociągami, są stacje końcowe. Bo można jechać w zapyziałym wagonie z irytującymi ludźmi, przez kilka godzin znosić płacz dziecka czy wywody moherowej babci na temat krzyżówek typu „Jolka”. Ale cudownym wynagrodzeniem tych trudów jest widok bliskich osób czekających na Ciebie na peronie 🙂