Archive for Marzec 2011

Woman cooking

Marzec 27, 2011

Dwa fakty z mojego życia należą do tych niezaprzeczalnych:

1. Jestem kobietą, której gotowanie sprawia trudności.

2. Jestem studentką, więc zjem prawie wszystko, co zostanie mi podsunięte pod nos.

Oczywiście fakt drugi po części wynika z pierwszego. Jedyne umiejętności, które opanowałam do perfekcji, to otwieranie słoików i podgrzewanie wody w czajniku elektrycznym.

Nie chcę przez to powiedzieć, że zdolności kulinarne (zachowane w cząstkowej postaci) zostały przeze mnie całkowicie wyparte. Wręcz przeciwnie, lubię gotować, jeśli jest komu. Zawsze zakładam jednak, że moi znajomi nie posiadają wysublimowanego smaku, mają uszkodzone kubki smakowe, lub też, że są wyrozumiali i doceniają dobre chęci.

Owszem, jeśli się dobrze przyjrzeć, można dostrzec na moich dłoniach rany wojenne (marne szanse, że kiedyś zaprzyjaźnię się z piekarnikiem), jednak z dumą prezentuję [jeszcze] wszystkie palce. Co więcej, nigdy nie udało mi się włączyć alarmu przeciwpożarowego (jak to zrobiła moja koleżanka, smażąc kotlety mielone), a żaden ze sprzętów kuchennych nie został trwale uszkodzony (ten mikser, który dokończył swego żywota już wcześniej był popsuty, true story). Kubków, szklanek i kieliszków nie biorę pod uwagę, gdyż taka ich natura, że tłuką się same, zupełnie nie rozumiem, dlaczego.

Rzadko stołuję się w sieciach fast food po tym, jak znajoma, która zaciągnęła się na pokład restauracji KFC, powiedziała mi, że tamtejsze kurczaki bardziej przypominają niezidentyfikowane obiekty latające niż drób. Nic więc dziwnego, że widok domowego jedzenia wywołuje u mnie natychmiastowy odruch Pawłowa.

Co więc zrobić, kiedy jedzenie od mamy się kończy? Czasem nachodzi mnie ochota na „dzień wegetarianina” – wychodzę wtedy ze sklepu z torbą pełną przeróżnego zielska, jakbym prowadziła hodowlę królików, albo przynajmniej mieszkała z kozą. Problem polega na tym, że za każdym razem, gdy zasiądę do takiego zielonego posiłku, automatycznie nasuwa mi się na myśl pytanie: „Czego tu brakuje?”. No cóż, zwykle chodzi o mięso. Raczej bym się nie sprawdziła, jako osoba żywiąca się na stałe tofu, soją i energią słoneczną.

Całe szczęście, jakoś udaje mi się trafiać na współlokatorki, które potrafią wyczarować obiad ze światła w lodówce, chwała im za to 🙂

Muzycznie podśpiewuje mi w głośnikach pan, który – w mojej opinii – słynie z dziwnych teledyskowych pomysłów, ale do „pomocy” w gotowaniu nadaje się idealnie (tak, należę do osób, które uważają, że radio powinno znaleźć się zarówno w łazience, jak i w kuchni). Przed Wami Mayer Hawthorne:

lost my brain. please don’t contact me,i’m happy

Marzec 23, 2011

To już oficjalne – starzeję się. Nie, żebym jakoś specjalnie przejmowała się moim wiekiem: nie latam po sklepach kosmetycznych jak kot z pęcherzem w poszukiwaniu kremów przeciwzmarszczkowych, odpowiadam na pytanie, ile mam lat, nie mam z tym problemów. Jednak dochodzące do mnie informacje sprawiają, że nad wieloma rzeczami się zastanawiam. Tak, to jest dobry dzień na zrobienie wiosennych porządków w głowie. Ale, ale – zacznijmy od początku.

Kiedyś już Wam wspominałam, że uwielbiam oglądać stare albumy. Zdjęcia dużo o nas mówią. Czasem pokazują, jacy uroczy byliśmy ze smokiem w paszczy, czy pieluchą na tyłku, innym razem przestrzegają nas przed popełnieniem fryzurowego, makijażowego, ubraniowego czy koleżeńskiego błędu. Na większości starych zdjęć ręka wędruje mi do paszczy. Po tylu latach przeżuwania (od bułek, po pluszowe misie) aż dziw, że jeszcze się nie turlam, zważywszy na fakt, że pewne przyzwyczajenia, nawet z wiekiem, się nie zmieniają. Mama zawsze mówiła, że „lepiej mnie ubierać, niż karmić”.

Tak czy siak, lubię je oglądać, nawet jeśli do niektórych moich ekscesów wolę się nie przyznawać 🙂 Niestety, zdjęcia mają to do siebie, że pokazują, jak szybko mija czas. Ostatnio dorwałam się do rodzinnych albumów i, wyciągając z nich kolejne zdjęcia, doszłam do wniosku z pierwszego akapitu.

Co więcej, w tym przekonaniu utwierdziła mnie moja była współlokatorka, która postanowiła się zaręczyć. Swoją drogą, to ciekawa historia: pierwszego roku studiów, naszego pierwszego dnia na uczelni, na pierwszych zajęciach, chłopak usiadł za nami i powiedział do kolegi patrząc na nią: „Wiesz, kiedyś się z nią ożenię”. Swoją konsekwencję zamanifestował pierścionkiem na palcu K. – będzie rodzina logopedów. A 4 lata temu śmiałam się, kiedy mówił, że zawsze realizuje swoje plany.

Skoro już dociera do mnie, że czas się ustatkować i zająć czymś dochodowym, dzięki pomocy N., wpadłam na pomysł złotego interesu. Jakoś trzeba zarobić na dom z basem, skoro po studiach perspektywa pracy jest nieciekawa (chociaż zmywaki w Anglii już czekają na magistrów): zainwestuję w kurę. Będzie to biznes z niewielkim wkładem własnym (zrobię jej tylko wybieg na balkonie), w procesie produkcji jaj nie muszę już brać udziału. Ona będzie znosiła ww. jaja, a ja mam zamiar je sprzedawać po sąsiadach w bloku, drąc się jak stare prześcieradło: „Świeże jaja” na dzielni 😛 Jeśli będzie mi się nudziło, nauczę ją mówić i będzie mogła mi siedzieć na ramieniu jak papuga, a w razie kryzysu – będzie rosół 😀 Zwierzątko domowe przynoszące dochody 😀 Poważnie zastanawiam się, czy założenie jest głupie, czy po prostu błyskotliwe 😀

Swoją drogą, idzie wiosna. Może dlatego przyszło mi zwariować 😀

Student potrafi :)

Marzec 13, 2011

Drogi rodzicu,

zanim przeczytasz ten wpis, wspomnij swoje uczniowskie lata, powtórz kilka razy: „wół też kiedyś cielęciem był”, przygotuj paczkę jedzeniową dla swojej pociechy, a następnie potraktuj poniższe słowa z przymrużeniem oka. To pozwoli Ci spać spokojnie, a następnym razem, kiedy Twoje dziecko długo nie będzie odbierało telefonu, nie musi to oznaczać, że umiera – pomyśl, że jest zajęte nauką do nadchodzącego egzaminu 😀

Studenci. Najbardziej kreatywna i najzabawniejsza grupa społeczna, jaką znam. Za piwo i konserwę turystyczną są w stanie zrobić wszystko – przecież nie od dziś wiadomo, że żołądek studenta to zbiór nieskończony.

Od kilku lat jestem na emigracji i widziałam, jak koledzy/koleżanki – studenci wprowadzają w życie najróżniejsze pomysły: od misji ratunkowej Łajki zakończonej – oczywiście – sukcesem ( * „po latach gwiezdnej niewoli Łajka bezpiecznie powraca na Ziemię!” ), po zamawianie taksówki w środku nocy (auto symbolizowały drzwi sąsiadów wyjęte z zawiasów).

Studenci udowadniają, że poradzą sobie w każdej sytuacji: otwieranie komputera nożem (zrobić coś takiego i nie uszkodzić – to dopiero sztuka), mocowanie lampy do krzesła za pomocą taśmy („myśl techniczna poradziła sobie w ominięciu problemu rozwalonej podstawki”), suszenie prania na okapie kuchennym, suszenie butów w piekarniku (szczerze nie polecam), przygotowanie kanapki za pomocą karty wyjętej z portfela, drut z adnotacją: „Awaryjne otwieranie spadochronu” w zastępstwie zepsutej spłuczki w ubikacji…

Bardzo łatwo poznać mieszkanie studenckie – na większości drzwi wiszą kartki lub tablice z napisami typu: „Teren budowy/Wstęp wzbroniony”, lub – jak na moich – „No go area/Miejsce niebezpieczne, przebywanie grozi śmiercią” – prezent od współlokatorów 😀  Kilka razy widziałam też na ścianach znaki drogowe, jak również wózki sklepowe jako mało praktyczne wyposażenie pokoju.

Zwykle ze studentami mieszkają jakieś zwierzęta ( i nie mam tu na myśli robactwa, student nie jest bałaganiarzem, tylko twórczym artystą bazującym na szeroko pojętym nieładzie, tak tłumaczą mi chłopcy). Przeważnie są to gołębie na balkonie, które po kilku miesiącach dostają nerwicy, jednak najpopularniejszym ‘zwierzątkiem’ jest tasiemiec w brzuchu każdego studenta (doceniłam obiady mamy, kiedy dotarło do mnie, że nawet zupki w proszku i pierogi z paczki mogą się znudzić, a kiepskiej jakości zdolności kulinarne zmuszały mnie do ciągłego otwierania okna).

Windy i pokoje studenckie mogą pomieścić więcej osób niż regulamin przewiduje, a podłoga zawsze się znajdzie dla zbłąkanego wędrowca (szczególnie, jeśli ten za pazuchą ma ww konserwę turystyczną). Dodatkowo „grawitacja” to dla studenta pojęcie obce – osobiście znam takich, którzy potrafią chodzić po suficie, Spiderman wymięka 😛

W przypadku kobiet, okres studencki to czas, kiedy rozwijamy w sobie matczyne odruchy (dokarmiamy kolegów, parujemy im skarpetki – dla wspólnego dobra, by potem nie znaleźć ich w dziwnych miejscach etc.), większość z nas sprawdza się w roli pielęgniarek (to na wypadek, gdyby któryś z panów chciał poćwiczyć gotowanie – „papapa paluszek”) lub odkrywa swoje talenty dekoratorek skromnych studenckich wnętrz.

Chciałam zaznaczyć, iż nigdy nie mieszkałam w akademiku, a żaden z moich współlokatorów czy sąsiadów oficjalnie nie posiadał żółtych dokumentów.

Może wynika to z faktu, iż ludzie między 19 a 26 rokiem życia są najbardziej twórczy i mają największy dystans do swoich poczynań, ale to właśnie lubię w studiowaniu – jeśli śmiać się to najlepiej w grupie osób zakręconych jak świńskie ogonki. Przyjdą takie dni, kiedy będziemy musieli się ustatkować, ubrać w powagę i chodzić pod przysłowiowym krawatem. Przyjdą. Ale jeszcze nie teraz. Robienie głupich rzeczy sprawia, że życie jest bardziej interesujące – te niedojrzałe momenty mogą okazać się kiedyś najfajniejszymi wspomnieniami 🙂

Ps Gdybyście chcieli zobaczyć, jak żyje brać studencka w innych miastach, polecam stronę www.studentpotrafi.pl, na której znajdziecie zdjęcia i filmy prezentujące brak limitów młodzieńczej wyobraźni. Poniżej kilka, moim zdaniem, najbardziej twórczych:

* Cytaty pochodzą z portali znajomych kolegów i koleżanek, którzy swoje życie studenckie starali się udokumentować, ku uciesze kolejnych roczników – dziękuję 🙂

‚Łatwo jest podobać się mężczyźnie. Jeżeli jest się kobietą. I jeśli nie wstydzi się tego, że się nią jest.’

Marzec 5, 2011

[Wpis z dedykacją dla A., od której dostałam ostatnio bardzo inspirującego maila.]

Nawet, jeśli dzień w dzień witamy się z orbitrekiem, to prześlizgujemy się przez życie z czekoladą i pudełkiem lodów w ręce; nosimy japonki i uważamy, że są wygodne; potrafimy nie krzyczeć, kiedy wsadzimy sobie eyeliner do oka; jeśli czas nas pogania, to nigdy nie dusi, bo umiemy skupić się na kilku rzeczach jednocześnie (pozdrawiam Matki Polki).

Ponadto, drodzy Panowie, jest kilka faktów, którym nie możecie zaprzeczyć: my – kobiety zawsze wiemy, że nasze dziecko jest nasze, w razie zatonięcia Titanica mamy pierwszeństwo ewakuacji, a podczas napadu na bank jesteśmy pierwszymi zakładnikami, którzy są uwalniani. Nie łysiejemy, jak mówił Dior – „rzadko kiedy przekraczamy czterdziestkę i możemy wiek ten zachować w nieskończoność”, jesteśmy genialne w odczytywaniu emocji z twarzy („Już mnie nie kochasz?!”, „Nie patrzysz na mnie tak, jak kiedyś!”), cierpliwe (cecha przydatna przy wychowywaniu dzieci i selekcji partnera), a przede wszystkim, robimy to, co potrafią robić mężczyźni, ale na wysokich obcasach.

Jeśli Wam mało, przemyślcie to: żona prezydenta jest pierwszą damą, kim jest mąż pani prezydent? Żona ambasadora jest panią ambasadorową, mąż pani ambasador to…?

Taaak, mamy swoje wady: magazynujemy niepotrzebne przedmioty („Przecież kiedyś może się przydać”, „Nie mam sumienia zostawiać wspomnień na śmietniku!”, „Zobaczysz, schudnę i jeszcze się w nią zmieszczę”), raz w miesiącu wyświetla się nam w oczach neon „Gryzę – nie podchodzić” (ale, Panowie, nie oszukujmy się, który z Was potrafiłby krwawić przez tydzień i nie umrzeć?), czasem jesteśmy marudne (patrz zdanie wyżej), ale kto by się tym przejmował.

Oczywiście nie jest tak, że kobiety górują nad mężczyznami. Przecież to Wy nas dopełniacie. Wyobraźcie sobie dr Quinn bez Sally’ego, Allie Hamilton bez Noah Calhoun, Yoko Ono bez Lennona, Scarlett O’Hara bez Rhetta Butlera, Bonnie bez Clyde’a… Gdyby nie było mężczyzn, na świecie byłoby mniej wojen, a po ulicach chodziłyby same pulchne kobiety. Ale, miłe Panie, czy naprawdę byśmy tego chciały? [edit: Czytaj: czy chciałybyśmy pulchnych kobiet, nie wojen]

A z okazji nadchodzącego Dnia Kobiet zachwycam się muzyką kobiet właśnie. Jednym z fajniejszych teledysków, jakie ostatnio widziałam…

…oraz tekstami Adele, którą kocham od czasów „Chasing pavements” i „Make you feel my love”.