Woman cooking

Dwa fakty z mojego życia należą do tych niezaprzeczalnych:

1. Jestem kobietą, której gotowanie sprawia trudności.

2. Jestem studentką, więc zjem prawie wszystko, co zostanie mi podsunięte pod nos.

Oczywiście fakt drugi po części wynika z pierwszego. Jedyne umiejętności, które opanowałam do perfekcji, to otwieranie słoików i podgrzewanie wody w czajniku elektrycznym.

Nie chcę przez to powiedzieć, że zdolności kulinarne (zachowane w cząstkowej postaci) zostały przeze mnie całkowicie wyparte. Wręcz przeciwnie, lubię gotować, jeśli jest komu. Zawsze zakładam jednak, że moi znajomi nie posiadają wysublimowanego smaku, mają uszkodzone kubki smakowe, lub też, że są wyrozumiali i doceniają dobre chęci.

Owszem, jeśli się dobrze przyjrzeć, można dostrzec na moich dłoniach rany wojenne (marne szanse, że kiedyś zaprzyjaźnię się z piekarnikiem), jednak z dumą prezentuję [jeszcze] wszystkie palce. Co więcej, nigdy nie udało mi się włączyć alarmu przeciwpożarowego (jak to zrobiła moja koleżanka, smażąc kotlety mielone), a żaden ze sprzętów kuchennych nie został trwale uszkodzony (ten mikser, który dokończył swego żywota już wcześniej był popsuty, true story). Kubków, szklanek i kieliszków nie biorę pod uwagę, gdyż taka ich natura, że tłuką się same, zupełnie nie rozumiem, dlaczego.

Rzadko stołuję się w sieciach fast food po tym, jak znajoma, która zaciągnęła się na pokład restauracji KFC, powiedziała mi, że tamtejsze kurczaki bardziej przypominają niezidentyfikowane obiekty latające niż drób. Nic więc dziwnego, że widok domowego jedzenia wywołuje u mnie natychmiastowy odruch Pawłowa.

Co więc zrobić, kiedy jedzenie od mamy się kończy? Czasem nachodzi mnie ochota na „dzień wegetarianina” – wychodzę wtedy ze sklepu z torbą pełną przeróżnego zielska, jakbym prowadziła hodowlę królików, albo przynajmniej mieszkała z kozą. Problem polega na tym, że za każdym razem, gdy zasiądę do takiego zielonego posiłku, automatycznie nasuwa mi się na myśl pytanie: „Czego tu brakuje?”. No cóż, zwykle chodzi o mięso. Raczej bym się nie sprawdziła, jako osoba żywiąca się na stałe tofu, soją i energią słoneczną.

Całe szczęście, jakoś udaje mi się trafiać na współlokatorki, które potrafią wyczarować obiad ze światła w lodówce, chwała im za to 🙂

Muzycznie podśpiewuje mi w głośnikach pan, który – w mojej opinii – słynie z dziwnych teledyskowych pomysłów, ale do „pomocy” w gotowaniu nadaje się idealnie (tak, należę do osób, które uważają, że radio powinno znaleźć się zarówno w łazience, jak i w kuchni). Przed Wami Mayer Hawthorne:

Reklamy

Tagi: , , , ,

komentarze 2 to “Woman cooking”

  1. jassminum Says:

    Nie moge z tego zielska, hodowli królików i mieszkania z kozą:D
    U moich rodziców radio w łazience włącza się razem ze światłem. Żaden bajer, tylko kable dobrze podłączyć

    komentuj mi teeeż
    u mnie takie pustki:(

  2. Agata Says:

    Hym… w sumie jak już zrobię interes na kurze,to może rzeczywiście zainwestuję w kozę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: