Archive for Maj 2011

Mama i ja

Maj 26, 2011

Moja mama. Nikt tak często jak ona nie powtarza, że mnie wydziedziczy (zależy, czy wspominam o zrobieniu sobie tatuażu, adoptowaniu szczura, czy locie na księżyc), „za pampersa” masowała w środku nocy bolący brzuch, chociaż wcześniej powtarzała do znudzenia, że „gorących placków jeść nie wolno”, cierpliwie odpowiadała na absurdalne pytania typu: „A dlaczeeego ja nie mogę mieć starszego brataaa?”. W okresie mojego buntu znosiła fanaberie i dziwne wybory (to ona kupiła mi pierwsze glany i do tej pory trzyma je w szafie, chociaż ich nienawidzi, bo ja mam do nich sentyment). Teraz potrafi siedzieć do nocy, pakując swojemu dziecku kotlety do słoika, żeby w Gdańsku nie padło z głodu, przeżywa moje radości i porażki bardziej ode mnie, akceptuje to, co nas różni i wie, kiedy nie zadawać zbędnych pytań. Kocham moją mamę.

Ps Tatę też bardzo kocham 🙂

Wpis o wyposażeniu mieszkania, które Agata zafunduje sobie, gdy wygra w Toto Lotka

Maj 14, 2011

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby Wasze mieszkanie, gdyby któregoś dnia ktoś przyniósł Wam klucze i powiedział: Róbta z nim co chceta?

Biorąc pod uwagę kolejną nadchodzącą przeprowadzkę, pakowanie, malowanie, rozstawianie swoich sprzętów tu i tam, o zdaniu powyżej myślę coraz częściej. Chyba się starzeję, bo marzy mi się „osiąść gdzieś na stałe”, pod jednym adresem,  nawet w mieszkaniu ciasnym, jeśli własnym. Nie wiem tylko, czy w Gdańsku, Wrocławiu, czy w Zielonym Mieście. To się nazywa dylemat, o którym będę myślała w przyszłym roku – teraz spycham go gdzieś w zakamarki mojego umysłu, co by nie denerwować taty, który chce mnie ściągnąć do domu rodzinnego, a przed czym ja bronię się rękoma i nogami 🙂

Dawno, dawno temu, kiedy miałam więcej wolnego czasu i rozważałam bycie wpływową dekoratorką wnętrz, nałogowo oglądałam programy typu Home Makeover, lub Dekoratonię, co pozwoliło mi na rozwijanie swojej wyobraźni w tym temacie. Ikea to mój ulubiony sklep, który kocham bardziej, niż niejedną Zarę, H&M’a, czy inne Reserved.

Niektóre pomysły pozostały takie same, jak w pierwotnym zamyśle (do tej pory chciałabym sypialnie w kolorze fioletowym, z białymi meblami i dużym lustrem zamiast obrazów – nazywajcie to, jak chcecie), jednak większość z nich ciągle się rozwija. A ponieważ internet to cudo XXI wieku – podsuwa mi coraz to nowe elementy wyposażenia, które mieć pragnę i piszczę za każdym razem, kiedy oglądam zdjęcia.

Znając życie, jak już kiedyś będę miała własne 4 kąty, to postawię na rozsądek i dobre rady mamy, żeby z mieszkania nie robić rupieciarni, ale powiedzcie sami, czy nie kusiłoby Was, żeby wyposażyć je w takie cuda? 😀 Bo zgadzam się z Karlem Lagerfeldem, który powiedział: „My apartment is not a house. It’s a spaceship for the city where you don’t feel bound by the earth”.

Kuchnia to moje ulubione miejsce w całym mieszkaniu. Chciałabym taką dużą z samoczyszczącym się piekarnikiem (marzenie, które dzielę z A., odkąd mi powiedział, że takowe istnieją), z wieeelkim blatem i halogenami pod szafkami. Kuchnia, w której pomieszczę wszystkie moje wyśnione filiżanki, miejsce najlepszych pogaduch i czasu spędzonego na imprezach, bo – jak pisała pani Ewa Andrzejewska, a o czym ja już kiedyś wspominałam – „w czasie przyjęcia zajrzyj do kuchni / w kuchni ludziska bardziej poufni” 🙂 I te gadżety…

Nad drzwiami wejściowymi koniecznie ten napis [zastanawiam się, czy mama naprawdę mnie zabije, jak obiecuje, jeśli zrobię sobie taki tatuaż], napisy na schodach ( o ile kiedykolwiek dorobię się mieszkania dwupoziomowego), pocztówki na lodówce, zdjęcia w każdym możliwym miejscu…

A gdybym wygrała w Toto Loto (zakładając, że kiedyś zacznę kupować losy), to kupiłabym sobie domek z widokiem na góry, albo chociaż na plażę, z werandą i hamakiem, kwitnącą na wiosnę magnolią… W pokoju przejście do garderoby wypełnionej torebkami Marca Jacobsa, butami Louboutina, sukienkami Prady... Poniosło mnie teraz 😀 Ech, marzenia ściętej głowy. Dobrze, że one nic nie kosztują, więc sobie poużywam 😀

Większość przedmiotów tego typu nie pasuje do niczego, ale lubię otaczać się rzeczami, które wywołują u mnie uśmiech. Z ludźmi jest dokładnie tak samo.

‚There will be sun, sun, sun all over our bodies’

Maj 5, 2011

Powinnam napisać jak T. u siebie razu pewnego: „Przepraszam blogasku, mordo Ty moja, że Cię zaniedbałam”, kajam się i biję w pierś. Na swoje usprawiedliwienie mam natłok zajęć i samoniepiszącą się pracę licencjacką (tematu swojej magisterki nie pamiętam do tej pory…). To, że mój kalendarz wypełnił się notatkami o ślubach (nie tylko książęcych), wyjazdach i spotkaniach, na których trzeba pokazać ryjka – pominę.

Skoro już wspomniałam o książęcym ślubie – a jak, oglądałam, oglądałam. Co więcej, urwałam się nawet z zajęć, żeby dobiec na czas do telewizora, poganiając tramwaje i wypluwając płuca podczas lotu przez zaspowy wiadukt.  Tak jak wielu obserwatorów, w projekcie sukni doszukałam się podobieństwa do kiecy Grace Kelly, co mnie jednak nieco rozczarowało, gdyż spodziewałam się wieeelkiej bezy, jak na królewskie salony przystało. Nie, żeby mi się to jakoś specjalnie podobało, ale mogłoby wyglądać ciekawie, gdyby próbowali upchać Kate do karocy z kilogramami falban, drutami, koronkami… Tylko po to pędziłam jak na złamanie karku 🙂

Niestety wraz z książęcym ślubem legły w gruzach moje marzenia o mieszkaniu w pałacu, jeżdżeniu powozem z dyni i 5 o’clockach w towarzystwie królowej. Pół życia ćwiczyłam machanie i pozdrawianie tłumu, wsłuchiwałam się w tętent końskich kopyt – i pozamiatane. Chociaż „Harry jest ciągle do wzięcia”, z tym, że mądrości ludowe przekazują, i „rude jest fałszywe”, a ja nie jestem na tyle odważna, żeby chcieć się o tym przekonać.

Teraz trzeba zejść na ziemię, więc razem z N. mamy nowy plan na życie – chcemy zostać pogodynkami, biorąc przykład z naszej uczelnianej koleżanki. N. ćwiczy nawet „bycie pogodynką”, ustawiając się w pozycji: „Proszę Państwa, na Suwalszczyźnie możemy spodziewać się znacznych opadów śniegu”. Ja ograniczam się do czekania, aż zachwyci się mną jakiś producent telewizyjny. Tak czy siak plany na „po studiach” nabierają kształtów, zapewniając dobry humor po każdej prezentacji niżu na zachodzie, turlając się ze śmiechu na korytarzu UG 😀

A jak już mowa o pogodzie – wiosna mnie zawodzi, marznę niesamowicie, dlatego muzycznie potrzebuję słonecznych klimatów. I śpiewam głośniej z każdym dniem: „There will be sun, sun, sun all over our bodies” 🙂