Archive for Czerwiec 2011

I feel tigerific!

Czerwiec 30, 2011

Składanie, szukanie, foliowanie – pakowanie. Przywykłam już do tego, że albo muszę się pakować, bo trzeba zmienić mieszkanie, albo dlatego, że po 9 miesiącach nauki przychodzi czas na 3miesięczny powrót do domu. Do perfekcji opanowałam siadanie na walizkach w ten sposób, żeby dopięły się bez psucia zamka (chociaż przyznaję, czasem się zagapię i raz na x czasu zdarza się jakaś drobna wpadka), potrafię poukładać wszystko tak, żeby mniej więcej orientować się, gdzie, co i jak. Żałuję jednak, że nie jestem mistrzem, jak ten pan:

Upchawszy wszystko do granic możliwości, opieram się teraz o walizki i patrzę na ściany, które wydają mi się wyjątkowo puste i zimne. Oby nigdy więcej mieszkania w pudełku po butach. Chyba się starzeję, bo zaczynają mi się marzyć przestrzenie – domki z ogródkiem, a przynajmniej mieszkanie ze sporym balkonem.  Jednak co tutaj przeżyłam to moje. Na nudę narzekać nie mogłam 🙂

Teraz już tydzień w domu, a potem zabieram się za bieganie po Wielkiej Brytanii. Już dawno nie byłam aż tak podekscytowana. Czuję się, jak fanka Myszki Mickey wpuszczona do Disneylandu (a naśladując Tygryska ze Stumilowego Lasu, mogłabym rzec:”I feel tigerific!”). Kiedy nie mogę w nocy zasnąć, próbuję przypomnieć sobie wszystkie zwroty potrzebne w przeróżnych sytuacjach: od pytania o drogę (chociaż zakładam, że tym razem wyjątkowo się nigdzie nie zgubię), po prośbę o większy rozmiar sukienki w sklepie, bo tyłek nie wchodzi mi w tę z wystawy (świadomość niedoskonałości nie jest moim kompleksem, ale lepiej przygotować się na brak zrozumienia ze strony innych).

Za Gdańskiem ani za Zieloną Górą tęsknić nie będę, bo – przypominając sobie moje poprzednie wyjazdy do Anglii – wiem, że będę czuła się tam dobrze. Z tęsknotą do ludzi jest inaczej. I to właśnie ich będzie mi brakowało.

Reklamy

Wakacje czas zacząć

Czerwiec 28, 2011

Jejku, jejku, jejku, jak mnie tu dawno nie było! Sesja jednak dała mi w kość, więc sami rozumiecie, że wpisy były ostatnią rzeczą, o której myślałam, zawalona książkami i pisaniem pracy, której już szczerze nienawidzę.

Muszę jednak przyznać, że dowiedziałam się ciekawych rzeczy, jeśli już o sesji mowa. Przede wszystkim okazało się, że historie o wielogodzinnym czekaniu pod gabinetami wykładowców to nie mit, a true story, bo nauczyciel akademicki sam wyznacza sobie godziny konsultacji, ma prawo nie reagować na maile lub kolejki ustawiające się pod drzwiami , a jego cechą charakterystyczną jest ignorowanie studenta. No cóż, my – studenci też podpadamy, więc widocznie sesja jest czasem, kiedy ów wykładowca może sobie „to odbić”.

Takie czekanie pod gabinetem jest jednak możliwością nawiązania nowych znajomości i wymianą doświadczeń (co głównie sprowadza się do narzekania na konkretny sposób prowadzenia zajęć przez wykładowcę, bądź niesprawiedliwy [jak zawsze] system oceniania egzaminów – wszak marudzenie to najlepsza rozrywka Polaków, zwłaszcza kobiet, które w czasie sesji przejawiają ciągły syndrom napięcia przedmiesiączkowego). W ramach zabicia nudy w statki można zagrać nawet z osobą poznaną chwilę temu, do której odczuwa się niezwykłą sympatię, wynikającą z dzielenia studenckiego losu.

W tym miejscu dziękuję nauczycielom, którzy szanują studenta i jego czas, chociaż takich jest jak na lekarstwo.

Teraz już tylko przyszło mi cieszyć się wakacjami. Zastanawiam się nawet nad wytatuowaniem sobie na czole napisu: „No thinking involved”. Czekam na lepsze, weselsze i oby cieplejsze dni 🙂

Kiedy już mogłam odłożyć na bok wszystkie notatki, zabrałam się za nadrabianie filmowych zaległości. Zdecydowanie polecam „Pokutę” na podstawie książki Iana McEwana. Ciekawy sposób przedstawienia retrospekcji, miłość w pięknej scenerii przerwana, między innymi, wojną– takie historie Agata lubi najbardziej. A Keira Knightley nabija sobie punkty na liście moich ulubionych aktorek.

Do kina wybrałam się na “Kac Vegas w Bangkoku”. Przyznaję – to nie był mój pomysł i nie byłam nim zachwycona. Nie widziałam jeszcze wtedy pierwszej części, więc spodziewałam się facetów rodem z serialu „Świat według Kiepskich”, pijących piwo, puszczających bąki i podrywających przypadkowe dziewczyny, a takich od zatrzęsienia na ławkach pod blokiem, więc oglądanie ich na dużym ekranie do mnie nie przemawiało. Jednak wychodząc z kina bolały mnie mięśnie twarzy od śmiania się. Komedia głupkowata, ale zabawna w swej głupocie, zdecydowanie dobre dialogi… i chyba tego było mi trzeba. Chociaż cieszę się, że, odpukać, nigdy nie miałam kaca, bo obudzić się w obcym mieście, z obcymi ludźmi, bez kilku ludzi – to nie może być przyjemne 🙂

I ostatnia sprawa, o której muszę napisać po tej przerwie: Dzień Ojca. Mój tata, jako najwierniejszy fan tego wordpressa, mógłby mi nie wybaczyć, gdybym o nim nie wspomniała 🙂

Niestety jestem jedynaczką, ale co za tym idzie – córeczką tatusia. Chociaż od mojego rozpoczęcia studiów w innym mieście przeżywa on „syndrom opuszczonego gniazda”, myślę, że żaden mężczyzna nigdy mnie nie pokocha tak bezwarunkowo, jak tata. Chociaż wie, że i tak zrobię po swojemu, w każdej rozmowie stara się przekonać mnie do powrotu do Zielonego Miasta. Pamiętam, jak od małego czekałam na powrót Taty z pracy, bo wiedziałam, że zawsze wstąpi do sklepu, żeby mi coś kupić. Kiedy odbierał mnie z przedszkola stałym punktem był sklep z Kinder Niespodziankami – staliśmy wtedy przy tych czekoladowych jajkach i potrząsaliśmy nimi tak długo, aż usłyszeliśmy figurkę, a nie jakieś kiczowate modele do sklejania, co już nie dziwiło pań ekspedientek (bo – jak mówią – co ręka fachowca, to nie torba narzędzi). To Tata pod domem orientował się, że wypuścił mnie z przedszkola w kapciach, kiedy ja szukałam księcia z bajki – robił za konia i do upadłego woził mnie na plecach (dopóki mój tyłek nie urósł do rozmiarów szafy gdańskiej), on opowiadał mi bajki na dobranoc (mama zna tylko dwie i to nudne, chociaż całe życie upiera się, że jej miały chociaż morał). W liceum uparł się, że nauczy mnie matematyki – skończyłam z płotkiem z jedynek w dzienniku (jeśli chodzi o liczenie, w dalszym ciągu obserwuje się u mnie znacznie osłabienie władz umysłowych)… Trzeba przyznać, że cierpliwy ten mój tata. A cierpliwych ludzi kocha się jeszcze bardziej :*

Sesja, sesja i dzień dziecka

Czerwiec 1, 2011

W roku akademickim najbardziej lubię październik, kiedy to można leżeć plackiem i oglądać seriale (na które – o dziwo! – nie było czasu w wakacje), bądź okres zaraz po sesji. Tego, co dzieje się teraz zdecydowanie nie lubię. I znów mogę mieć pretensje tylko do siebie, że mam tendencje do robienia rzeczy „na ostatnią chwilę”. Oczywiście między jednym egzaminem, pracą zaliczeniową, a kolejnym egzaminem, musi znaleźć się czas na relaks. Jak nigdy, doceniam teraz spontaniczne wyjścia do kina, spacery, czy spotkania ze znajomymi, choćby tylko „na herbatę”.

Ostatnio ja i moje koleżanki logopedki miałyśmy okazję do naszej (już tradycyjnej) ulubionej rozrywki, jaką są gry planszowe (pracując z dziećmi posiadamy zarówno Chińczyka, jak również Tabu czy Kalambury, myślę, że to akurat nic dziwnego w tym zawodzie). I cieszy mnie, że mam czasem okazje do spotkań w gronie samych dziewczyn. To prawie jak „piżama party”, tylko nie z malowaniem paznokci po nocach, ale z masą dobrego jedzonka (przepraszam, Panowie, ale Wy potraficie zapakować czipsy do miski. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale czasem i na sałatkę, i na zupę mam ochotę, a podczas sesji dziewczyny lubią eksperymentować w kuchni), Kultem w głośnikach i tematyką logopedyczną w tle. Uwielbiam 🙂 [klik na zdjęcie, aby powiększyć]


Do sesji nie pasuje też taka ładna pogoda. Przeprosiłam sandały i spódnice, ale żal mi serce ściska, kiedy trzeba dreptać w nich na uczelnię, a nie na plażę (morza szum to duży plus mieszkania w Gdańsku, nawet, jeśli chodzenie po plaży to przyjemność stosunkowo rzadka).

Dziś jest Dzień Dziecka (teraz każdy powód do świętowana jest dobry, chociaż generalnie upieram się, że „(Mamooo) przecież jestem już dorosła”. Z tej okazji życzę Wam tych dziecięcych, szalonych pomysłów. I żebyśmy tak jak dzieci właśnie, po każdym upadku potrafili wstać i iść dalej, jak gdyby nigdy nic 🙂

Muzycznie czas umila Dev, chociaż zwykle marszczę się i stękam na tego typu muzykę…

… oraz przecudowne „Because I do”, w której zakochałam się od pierwszego wysłuchania, czyli klimatowo dwie zupełnie różne rzeczy. No, ale przecież trwa sesja 🙂