Wakacje czas zacząć

Jejku, jejku, jejku, jak mnie tu dawno nie było! Sesja jednak dała mi w kość, więc sami rozumiecie, że wpisy były ostatnią rzeczą, o której myślałam, zawalona książkami i pisaniem pracy, której już szczerze nienawidzę.

Muszę jednak przyznać, że dowiedziałam się ciekawych rzeczy, jeśli już o sesji mowa. Przede wszystkim okazało się, że historie o wielogodzinnym czekaniu pod gabinetami wykładowców to nie mit, a true story, bo nauczyciel akademicki sam wyznacza sobie godziny konsultacji, ma prawo nie reagować na maile lub kolejki ustawiające się pod drzwiami , a jego cechą charakterystyczną jest ignorowanie studenta. No cóż, my – studenci też podpadamy, więc widocznie sesja jest czasem, kiedy ów wykładowca może sobie „to odbić”.

Takie czekanie pod gabinetem jest jednak możliwością nawiązania nowych znajomości i wymianą doświadczeń (co głównie sprowadza się do narzekania na konkretny sposób prowadzenia zajęć przez wykładowcę, bądź niesprawiedliwy [jak zawsze] system oceniania egzaminów – wszak marudzenie to najlepsza rozrywka Polaków, zwłaszcza kobiet, które w czasie sesji przejawiają ciągły syndrom napięcia przedmiesiączkowego). W ramach zabicia nudy w statki można zagrać nawet z osobą poznaną chwilę temu, do której odczuwa się niezwykłą sympatię, wynikającą z dzielenia studenckiego losu.

W tym miejscu dziękuję nauczycielom, którzy szanują studenta i jego czas, chociaż takich jest jak na lekarstwo.

Teraz już tylko przyszło mi cieszyć się wakacjami. Zastanawiam się nawet nad wytatuowaniem sobie na czole napisu: „No thinking involved”. Czekam na lepsze, weselsze i oby cieplejsze dni 🙂

Kiedy już mogłam odłożyć na bok wszystkie notatki, zabrałam się za nadrabianie filmowych zaległości. Zdecydowanie polecam „Pokutę” na podstawie książki Iana McEwana. Ciekawy sposób przedstawienia retrospekcji, miłość w pięknej scenerii przerwana, między innymi, wojną– takie historie Agata lubi najbardziej. A Keira Knightley nabija sobie punkty na liście moich ulubionych aktorek.

Do kina wybrałam się na “Kac Vegas w Bangkoku”. Przyznaję – to nie był mój pomysł i nie byłam nim zachwycona. Nie widziałam jeszcze wtedy pierwszej części, więc spodziewałam się facetów rodem z serialu „Świat według Kiepskich”, pijących piwo, puszczających bąki i podrywających przypadkowe dziewczyny, a takich od zatrzęsienia na ławkach pod blokiem, więc oglądanie ich na dużym ekranie do mnie nie przemawiało. Jednak wychodząc z kina bolały mnie mięśnie twarzy od śmiania się. Komedia głupkowata, ale zabawna w swej głupocie, zdecydowanie dobre dialogi… i chyba tego było mi trzeba. Chociaż cieszę się, że, odpukać, nigdy nie miałam kaca, bo obudzić się w obcym mieście, z obcymi ludźmi, bez kilku ludzi – to nie może być przyjemne 🙂

I ostatnia sprawa, o której muszę napisać po tej przerwie: Dzień Ojca. Mój tata, jako najwierniejszy fan tego wordpressa, mógłby mi nie wybaczyć, gdybym o nim nie wspomniała 🙂

Niestety jestem jedynaczką, ale co za tym idzie – córeczką tatusia. Chociaż od mojego rozpoczęcia studiów w innym mieście przeżywa on „syndrom opuszczonego gniazda”, myślę, że żaden mężczyzna nigdy mnie nie pokocha tak bezwarunkowo, jak tata. Chociaż wie, że i tak zrobię po swojemu, w każdej rozmowie stara się przekonać mnie do powrotu do Zielonego Miasta. Pamiętam, jak od małego czekałam na powrót Taty z pracy, bo wiedziałam, że zawsze wstąpi do sklepu, żeby mi coś kupić. Kiedy odbierał mnie z przedszkola stałym punktem był sklep z Kinder Niespodziankami – staliśmy wtedy przy tych czekoladowych jajkach i potrząsaliśmy nimi tak długo, aż usłyszeliśmy figurkę, a nie jakieś kiczowate modele do sklejania, co już nie dziwiło pań ekspedientek (bo – jak mówią – co ręka fachowca, to nie torba narzędzi). To Tata pod domem orientował się, że wypuścił mnie z przedszkola w kapciach, kiedy ja szukałam księcia z bajki – robił za konia i do upadłego woził mnie na plecach (dopóki mój tyłek nie urósł do rozmiarów szafy gdańskiej), on opowiadał mi bajki na dobranoc (mama zna tylko dwie i to nudne, chociaż całe życie upiera się, że jej miały chociaż morał). W liceum uparł się, że nauczy mnie matematyki – skończyłam z płotkiem z jedynek w dzienniku (jeśli chodzi o liczenie, w dalszym ciągu obserwuje się u mnie znacznie osłabienie władz umysłowych)… Trzeba przyznać, że cierpliwy ten mój tata. A cierpliwych ludzi kocha się jeszcze bardziej :*

Reklamy

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: