Archive for Lipiec 2011

I LOVE MY BLOG MORE THAN A NERD LOVES MATH

Lipiec 27, 2011

18 lipca 2009 roku w internetowym świecie pojawiła się nowa witryna pod nazwą http://www.chwilopylnie.wordpress.com. Została ona nazywana przez autorkę jej „trzecim dzieckiem”, zaraz po „Międzysercowej” i „Chwilopylnie”, od której wzięła się ww. nazwa witryny. Strona ta powstała z uwielbienia do słowa pisanego, jak również dzięki sztuce przekonywania osób, które swoje wordpressy posiadały prawdopodobnie już wtedy, gdy skrzypy i widłaki kładły się pod węgiel. Wpis, który aktualnie czytacie jest 110 pozycją.

Padło tutaj mnóstwo słów opatrzonych zdjęciami, obrazkami, jak też muzyką, która akurat chodziła mi głowie i którą mogę nazwać „agatową listą przebojów” (gdyby miał powstać film o moim życiu, chciałabym, żeby to właśnie te piosenki pojawiły się jako jego soundtrack). Odsyłałam Was do stron, które, wg mnie, zasługują na uwagę, prezentowałam linki do znajomych i przyjaciół, którzy, podobnie jak ja, zostawiają w internecie jakiś ślad po sobie.

Wy zostawialiście komentarze pod wybranymi wpisami, smsy i inne wiadomości na mojej poczcie, które motywowały i motywują do dalszego pisania. Nie macie pojęcia, jaka duma mnie rozpierała, kiedy fragmenty mojej „paplaniny” odnajdywałam w opisach na Waszych komunikatorach, bądź kiedy przytaczaliście je w rozmowach ze mną i naszymi znajomymi. Kiedy działalność została przez chwilę zawieszona – gorąco namawialiście do powrotu, nawet, jeśli czasem nie mogliście zrozumieć, „co autor miał na myśli”.

Lubię przebywać w towarzystwie ludzi, do których mogę powiedzieć: „Pamiętasz?”. Ta strona poniekąd umożliwia mi przywoływanie wspomnień przez zdjęcia, muzykę, a także moje przemyślenia, które na daną chwilę wydawały mi się istotne, a których byliście bohaterami, bądź dzieliliście ze mną studencki los i mogliście się z nimi utożsamiać. Mam nadzieję, że jeszcze przez dłuższą chwilę pozostanę takim mózgotrzepem za jakiego się uważam i nie zabraknie mi historii do opisywania. Liczę również na to,że drugie urodziny wordpressa to dopiero początek i że w dalszym ciągu będziemy kierowali się zasadą trzech el: Live, love, laugh.

Dziękuję za czas poświęcony na czytanie i zostawiam Was z niesamowicie pozytywną piosenką i przezabawnym teledyskiem:

‚I go back to black’

Lipiec 24, 2011

Amy Winehouse nie żyje. Można to było przewidzieć po tym, jak od kilku lat media śledziły jej problemy z depresją, bulimią, uzależnieniami od alkoholu, narkotyków, tytoniu i kij ją wie, od czego jeszcze. Pomimo tego, szkoda mi kobiety, bo zmarnowała swój olbrzymi talent. Ludzie naprawdę nie potrafią docenić swoich zdolności.

Wielka Brytania to kraj niezwykle Amy oddany. Koszulki z jej wizerunkiem łatwo dostać w sklepach, „Rehab” (wydawać by się mogło, jej carpe diem) można było usłyszeć z samochodów praktycznie każdego dnia. Mam wrażenie, że dzisiaj każda angielska rodzina słucha jej płyt, a telewizory są włączone jedynie po to, żeby dowiedzieć się o szczegółach jej śmierci (co tam zamachy w Norwegii…), większość stacji przypomina jej teledyski, a w radiu nie mówią już o niczym innym, tylko o tłumie ludzi zebranych pod jej londyńską posiadłością.

Publicysta Piotr Bratkowski w artykule „Tylko martw Amy jest dobrą Amy” napisał: „mam nieodparte wrażenie, że Amy Winehouse umarła, bo nikomu nie zależało, by żyła. Także branży muzycznej. Weźcie to za teorię spiskową ale podejrzewam że przeprowadzono w tej  sprawie kalkulację. I wyliczono, że martwa Amy opłaca się bardziej niż Amy żywa. Bo cóż po żywej? Od  pięciu lat nie udało jej się nagrać płyty, niedawny come back zakończył się kompromitacją. Żywa Amy generowała raczej koszta niż zyski. Na Amy martwej i przerobionej na legendę można by ten niekorzystny bilans poprawić: Presley i Lennon wciąż należą do najlepiej zarabiających muzyków na świecie. A dzisiejszym pięknym i zdolnym, jakoś odechciało się w skali masowej młodo umierać. Trup Amy Winehouse tę dotkliwą lukę rynkowa świetnie wypełni. / Nie potrafię i nie chcę o niej myśleć jako o przyszłej legendzie. To dla mnie dzieciak, pozostawiony w samotności tak strasznej, że nie umiem sobie tego wyobrazić.” [całość do przeczytania tutaj]

Być może są to słowa prawdy, bo już dzień po jej śmierci w internecie można kupić koszulki z napisem: „Amy nie umarła”, co przypomina mi wydarzenia z 2009 roku, kiedy media trąbiły o śmierci Jacksona. Aż boję się pojechać do centrum Hastings, bo jestem w stanie wyobrazić sobie te „pamiątki” w każdym sklepie. Liczba jej fanów na facebooku znacznie wzrosła, tak, jak pewnie wzrośnie sprzedaż jej płyt w ciągu najbliższych kilku dni. Widać nawet na śmierci można nieźle zarobić, bo wyżej wspomniana koszulka kosztuje niecałe 20 euro, a nie będę zaskoczona, jeśli przynajmniej 1/3 Brytyjczyków będzie chciała taką mieć. W sumie można byłoby wyprodukować całą serię takich t-shirtów i czekać tylko, aż Pete Doherty czy Lindsay Lohan, tak, jak wczoraj Amy, przegrają walkę z uzależnieniem (czego, oczywiście, nie życzę).

Tak czy siak, ja do fanów głosu Amy się zaliczam i żałuję, że wyprodukowała zaledwie 2 albumy studyjne.

Zostawiam Was z moimi ulubionymi kawałkami Amy:

Finger Art

Lipiec 21, 2011

Buszując po internecie, przypadkowo trafiłam na zdjęcia tzw. Finger Art, czyli tworzenia obrazków z tego, co mamy (dosłownie) pod ręką. Kolejny raz przekonałam się, że wyobraźnia to wielki skarb, bo ze zwykłych rzeczy – w tym przypadku naszych palców – można stworzyć coś ciekawego i zabawnego.

Niech zdjęcia poniżej będą chwilową odskocznią od przygód Agaty w UK 🙂




Chociaż słowo „sztuka” to – wg mnie – lekkie nadużycie, bawi mnie jednak oglądanie obrazków, których mnóstwo możecie znaleźć na stronach internetowych. W pewnym stopniu identyfikuję się z twórcami, bo kto z nas nie mazał długopisami po rękach, powiedzmy z nudów na wykładach?

London girl

Lipiec 20, 2011

Oczywiście musiałam, po prostu MUSIAŁAM pojechać do Londynu. Uwielbiam to miasto. Ciągle trzeba przepychać się między wycieczkami lub radzić sobie z fleszami aparatów błyskających po oczach, jednak ludzie tutaj wydają mi się zrelaksowani, spokojni. Green Park to krajobraz rodem z jakiejś plaży: dziadkowie wylegujący się na leżakach, dziewczyny różnych narodowości opalające się na trawie, dzieci i młodzież rzucające frisbee. I jeszcze architektura, zabytki  pachnące angielską historią z każdej strony. Może to ta kultura, może język, a może po prostu Anglia – ale zdecydowanie lubię tu wracać.

Chcąc zobaczyć Pałac Buckingham, trafiłam na ceremonię zmiany warty. Panowie w misiowatych czapach kojarzyli mi się zawsze z pewnego rodzaju sztywniactwem, a tu, ku mojemu zaskoczeniu, odegrali na bębnach główną ścieżkę dźwiękową z musicalu „Fame”. Aż zapragnęłam dołączyć do ich ekipy 🙂 Chociaż z moimi zdolnościami muzycznymi mogłabym grać jedynie na trójkącie.

Jeszcze nigdzie nie nasłuchałam się tylu komplementów, co w Londynie właśnie. Dużo osób pytało mnie skąd pochodzę, bo podobno akcent mnie nie zdradza, a typ urody myli. Dla przeciętnego Brytyjczyka równie dobrze mogłabym być Kanadyjką, tak przynajmniej twierdzą. To dobrze, bo porównanie do Robin Scherbatsky mi schlebia, a wyjaśnianie, że jestem „Polish and Proud” stało się ostatnio moim ulubionym zajęciem.

Gdybyście chcieli wybrać się do Londynu, polecam odwiedzić Akwarium przy London’s Eye. Dobrze zainwestowane 20 funtów, bo chodzenie po tunelu, nad którym pływają płaszczki wielkości stołu bilardowego, czy możliwość policzenia zębów u rekina to jednak przeżycie niesamowite. Wszystkie szyby zamontowane są w ten sposób, że ma się wrażenie podziwiania obrazu w kinie 3D, kiedy podpływają do nich koniki morskie, pingwiny, krokodyle, meduzy czy inne stwory, które w większości wyglądają mi jak surowe filety rybne. A i widok niebieskich oraz żółtych żab pozostanie mi na długo w pamięci.

Może przeżywam to akwarium tylko dlatego, że ja – biedne dziecko – nigdy nie zostałam zabrania do zoo (w Zielonym Mieście do tej pory nie ma, a do najbliższego zawsze było za daleko), więc w moim dorosłym życiu próbuję sobie odbić utracone chwile. Aż zacieram ręce na myśl, że może uda mi się jeszcze wybrać do zoo w Londynie. Moim celem na najbliższe 3 miesiące jest zobaczyć orangutana.

Brytyjczycy ciągle nie wyszli z zachwytu nad królewskim ślubem – w każdym sklepie kupić można pocztówki z podobiznami Młodej Pary, wszelkiego rodzaju suweniry – począwszy od koszulek, na zastawie obiadowej skończywszy. Pierścionki i sukienki Kate podobne do tych z ogłoszenia zaręczyn w dalszym ciągu sprzedawane są jak ciepłe bułeczki za koszmarne pieniądze. Mam wrażenie, że Kate i William są wszędzie, aż dziwne, że ta „moda” jeszcze londyńczykom bokami nie wychodzi.

Czytając gazety widzę, że Brytyjczycy w osobie Kate znaleźli nową Dianę. Przestały ich jednak interesować kreacje w jakich występuje – teraz tematem z okładki jest jej niska waga („powtórka z rozrywki” z bulimią księżnej Walii), co może sugerować problemy z zajściem w ciążę, a wczorajsze programy śniadaniowe dyskutowały nad jej „wakacyjnymi planami w towarzystwie królowej”, w jednej z tych olbrzymich posiadłości, w której pewnie nawet się nie spotkają.

Kolejną obsesją jest tutaj najnowsza ekranizacja Harrego Pottera. Voldemort celuje różdżką w przechodniów dosłownie z każdego autobusu. Chyba obejrzę z ciekawości, chociaż filmowa wersja przygód młodego czarodzieja nigdy do mnie nie przemawiała.

Jak każdy porządny turysta kupiłam bluzę z napisem „I ❤ London”, niczym Japończyk zrobiłam mnóstwo zdjęć i – jak to bywa w tym mieście – zmokłam niesamowicie. Ale bez względu na to, jak potoczą się nadchodzące tygodnie, wakacje uważam za udane 🙂

Smak i zapach Indii

Lipiec 17, 2011

Moim ulubionym miejscem w Hastings, gdzie obecnie mieszkam, jest indyjska restauracja, w której miałam już wcześniej okazję pracować i która zatrudnia mnie podczas tegorocznych festiwali. Nie będę ukrywała, że korzystam z uprzejmości moich znajomych i obżeram się indyjskimi specjałami jak dziki bąk. Uwielbiam tę kuchnię – to jedna z tych, które doceniają magię przypraw, przez co jest ona niezwykle aromatyczna, ostra i dość konkretna. Cebulowe Bhajee, Papadumsy, chleb Naan wypiekany w specjalnych piecach przytaszczonych z Indii (kupiłam taki w Polsce – nasz nawet nie leżał koło takiego wynalazku), Samosa (wyglądem przypominająca trójkątne pierogi) z kurczakiem lub warzywami (jakoś nie mogę przekonać się do owcy, biorąc pod uwagę, że od zatrzęsienia biega tego po okolicznych łąkach)… I nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o indyjskiej herbacie, czyli mieszance liści czarnej herbaty ze wszystkimi możliwymi przyprawami tej kuchni – nawet w smaku jest ostra, przez co świetnie rozgrzewa, chociaż nie powiem, że jest to mój ulubiony napar. Smakuje zawsze inaczej, w zależności, kto ją przygotowuje i ile składników ma aktualnie pod ręką.

Jeśli chodzi o ludzi pochodzących z Indii to mogłabym mówić o nich godzinami. Ci, których znam z Hastings są jak jedna wielka rodzina, bardzo pozytywnie nastawiona do Polaków, opisująca nas jako „crazy people”. Jest to jednak środowisko dość hermetyczne, jedynie obsługa i tzw. management znają angielski w stopniu komunikatywnym, reszta pracowników kończy rozmowę na kilku podstawowych zwrotach, dlatego nigdy nie wiem, czy dyskutują o posiłkach, czy mnie obgadują 🙂

Język indyjski jest dla mnie banalny jeśli chodzi o powtarzanie, jednak totalnie nie do zapamiętania, bo słowa ciężko z czymkolwiek skojarzyć. Ja jednak osiągam zadowalające rezultaty jako nauczycielka: obsługa i dostawcy powtarzają już większość zwrotów grzecznościowych, wszystkie znane mi wersje: „Masz duże cycki”, frazy i wyrazy takie jak: „Piwo jest drogie, idź do domu”, „Cześć, mała”, „Spier****j” (na ich prośbę i wyraźne zainteresowanie, przez co teraz nadużywają tego słowa), naturalnie „Kocham cię” oraz  „kilof” i „poziomica”, do tej pory nie wiem, dlaczego i po co im te dwa ostatnie.

Reasumując, chciałabym zabrać kawałek tego miejsca – zwłaszcza kuchnię – do domu. No, może tylko te śmierdzące kadzidełka zostawiłabym tutaj.

London, so we meet again

Lipiec 7, 2011