Archive for Sierpień 2011

When life gets you down… bake a cake

Sierpień 30, 2011

Wielka Brytania. Kraj, w którym przeceny są całoroczne, a torebki kosztują tyle samo, co paczka chipsów. Kraj, gdzie w samochodach montuje się kierownicę po prawej stronie, a w kontaktach świnki z dziwnymi ryjkami, do których Polacy potrzebują adapterów. Kraj królowej, którą wszyscy przeklinają, bo za dużo kosztuje.

Jeżeli ulicą przechodzi przystojny mężczyzna, mam pewność, że jest obcokrajowcem. Typowy Anglik pół życia spędza w ferdkowym podkoszulku, spodniach odsłaniających majtki  Calvina Kleina, z różańcem na szyi, wydziarany od stóp do głów (ciężko znaleźć tu kogoś, kto nie ma tatuażu).  Brytyjki będące w moim wieku wychowują już przynajmniej 2 dzieci (jeszcze kilka miesięcy temu dostawały od państwa taki dodatek, że nic innego, jak rodzić maluchy w UK, bo był to interes lepszy, niż codzienne chodzenie do pracy). Większość młodzieży nie studiuje –  osoba, która decyduje się na pójście do koledżu, powiedzmy: uczyć się robić tipsy i farbować włosy, jest tu uznawana za wykształciucha. 15latek bez problemu dostanie tu pracę w fabryce jako pracownik fizyczny.

Anglik nadużywa określeń typu: „sweetie”, „darling” i „suck my dick”, w zależności od okoliczności. Przymiotnikiem  „lovely” określa zarówno betoniarkę, jak i szczeniaki. Nałogowo gra w Toto Lotka i martwi się, że w jego ogrodzie grasują króliki (które tępione są tutaj tak, jak stonka ziemniaczana w Polsce).

Brytyjczycy zmęczeni są od samego rana, co obserwuję każdego dnia w pracy, kiedy zaraz po „Good morning” słyszę: „I need a cup of coffee”. Marudzą więcej niż ustawa przewiduje, ale, pomimo tego, ich pozytywne nastawienie zachwyca mnie za każdym razem – mogą być zmęczeni do granic możliwości, a większość z nich zawsze znajdzie czas, żeby zapytać, jak się czuję, jak minął mi dzień i „czy wszystko ok”, kiedy tylko się zamyślę, lub będę wyglądała na zakłopotaną. W Polsce, jeśli mijasz kogoś, kto idzie z naprzeciwka i się do niego uśmiechniesz, prawdopodobnie spojrzy się na Ciebie jak na wariata, co sprawi, że nigdy więcej nie będziesz próbował(a) uśmiechać się do niego ponownie. Tutaj Anglik będzie szczerzył się do Ciebie tak długo, aż zobaczy na Twojej twarzy takiego „banana”, że będzie w stanie policzyć wszystkie Twoje zęby. Prawda jest taka, że przeciętny Anglik w sytuacji kryzysowej zapomni o marudzeniu, a skupi się na wykorzystaniu swojego sarkastycznego, czarnego humoru do obrócenia problemów w żart, co uważam za niezwykle przydatną umiejętność.

Chociaż tutejsze krowy dają 0.1procentowe mleko, a deszcz pada przynajmniej co drugi dzień – przeciętny Brytyjczyk  żyje powiedzeniem: „When life gets you down… bake a cake”, bierze parasolkę i maszeruje do pracy. Większość Anglików ma duży dystans do siebie i raczej trudno ich obrazić, choć – oczywiście – zdarzają się wyjątki.

Angielskie gazety rozpisują się w tragediach. Newsy powtarzane są co 10 minut i nie napawają optymizmem, bo o tych pozytywnych wydarzeniach raczej się tu nie wspomina (gazeta, która próbowała to robić szybko upadła i wycofano ją z rynku). Gdybym zostawiła włączony telewizor na wiadomościach przez cały dzień, po tygodniu bałabym się wychodzić z domu, myśląc, że ktoś zamorduje mnie za rogiem.

Największym szokiem było dla mnie obalenie herbacianego mitu. 5 o’clocki to bzdura, a jeśli już ktoś zaparza herbatę, to nie używa do tego filiżanek tylko kubków, dolewa mleka robiąc tzw. bawarkę i nadużywa cukru. Ludzie nie wiedzą tutaj, co to „zielona herbata liściasta”, a jeśli już o niej słyszeli, to tylko jako składnik kosmetyków. Nawet w Londynie sklepów z herbatami można szukać ze świecą (jeśli już takie spotkałam, to chwaliły się one granulowaną herbatką rozpuszczalną, co – moim zdaniem – wcale nie jest powodem do dumy).

Wielka Brytania to kraj nienudzącej się monotonii. Radio do znudzenia powtarza te same piosenki (chociaż dżingiel zapewnia: „More music variety”, tylko, że ja nie widzę tej różnorodności), w telewizji w ciągu jednego dnia mogę obejrzeć 3 razy ten sam odcinek „Przyjaciół”, a ludzie boją się tu eksperymentów. Najgorsze jest to, że rutyna, którą sobie wypracowali, podoba im się. Nawet ja mam już dość słuchania jednej piosenki, a oni, po 100 wysłuchaniu tej samej nuty, ciągle podrygują kopytkami (jedynym wyjątkiem jest ta piosenka, która nawet mój tyłek rusza z kanapy)

Cokolwiek powiedziałabym o Anglii, czuję się tu jak ryba w wodzie. Coraz lepiej wychodzą mi sarkastyczne komentarze zamiast ciągłego: „Whaaat?!” (btw kupiłam sobie koszulkę z tym napisem, robią je chyba specjalnie dla obcokrajowców), powoli przyzwyczajam się do deszczowej pogody, a po 2 miesiącach mieszkania tutaj, nawet angielskie kabarety wydają mi się prześmieszne. Chciałabym przyjechać tu kiedyś na zdecydowanie dłużej, zamieszkać w jednej z kamieniczek, rozwiązywać angielskie krzyżówki podczas śniadania…

Tak, mam plany na przyszłość. Ciekawe tylko, czy przyszłość ma takie same plany na mnie.

Ps ❤

Reklamy

I <3 Hastings

Sierpień 20, 2011

Ponieważ tegoroczne wakacje spędzam w Hastings, wypadałoby coś Wam o tym miejscu powiedzieć na wypadek, gdybyście chcieli tu kiedyś zawitać, a warto. Uprzedzam jednak, iż zdjęcia nie wyszły spod ręki profesjonalnego fotografa, więc proszę przemilczeć ich jakość.

Wg mnie Hastings to miasto pełne sprzeczności: na jednej ulicy można zobaczyć cudne zabudowy z wyrzeźbionymi portretami królowej Wiktorii nad drzwiami wejściowymi, ogrody pełne kwiatów podlewane nawet w czasie ulewy, z drugiej strony – slumsy zaciągające biedą, tynk odpadający ze ścian i tabliczki w bramach: „No entry”,„Beware of the dog” lub „Private property keep out”.

Ludzi, którzy urodzili się i wychowali w tym miejscu, jest jak na lekarstwo. Za to od zatrzęsienia tutaj Łotyszy, Hindusów i – oczywiście – Polaków, których zawsze łatwo poznać po słownictwie rodem spod trzepaka. Czarnoskórych jest tu więcej, niż białych, taka prawda. Tak czy siak, rasistom w tym kraju musi być ciężko.

W Hastings jesień trwa przez cały rok. Dla odmiany zdarza się, że w ciągu jednego dnia można zaobserwować 3 pory roku, a na uparciucha nawet 4, jeśli przytulę się do lodówki. Anglicy we wczesnym dzieciństwie uczeni są, jak przygotować się do tych pogodowych zmian. Jeśli od rana świeci słońce – wciągają na siebie krótkie portki i sandały, ale w torbę/do bagażnika samochodu zawsze pakują sweter i parasol (jeśli mowa o sandałach: audycja w radiu nt Polaków i ich uwielbienia do nierozłącznej pary: klapki Kubota i skarpetki po kolana rozśmieszyła mnie do łez, pomimo tego, że jestem Polką i ww połączenie nie powinno mnie dziwić).

Tutaj nie można przeżyć dnia bez kawy, ponieważ ciśnienie skacze częściej, niż kangury w Australii (nic dziwnego, skoro słońce wychodzi już 2 minuty po burzy). Za to praktycznie w każdym sklepie można kupić Hubbę Bubbę i Magiczne Gwiazdki Milky Waya, co zdecydowanie poprawia humor.

Jak się dowiedziałam, dawno, dawno temu, podczas osiedlania się na nowych ziemiach, można było otrzymać tzw. działkę budowlaną za darmo, o ile będzie się w stanie wybudować na niej dom w określonym, bardzo krótkim czasie. Tym sposobem centrum miasta „zagracone” jest małymi kamieniczkami wzdłuż wąskich ulic (stawianie domów obok siebie było oszczędzaniem na ścianach).


Tutejsze lasy wyglądają jak kopie lasów z ekranizacji sagi o wampirach, w których zamiast wilków grasują koguty. Poważnie, kiedy usłyszałam pianie za pierwszym razem, myślałam, że właśnie w Anglii przyszło mi zwariować do reszty. Swoją drogą, Hastings w dawnych czasach było miastem zsyłkowym dla ludzi starszych i obłąkanych, coś w rodzaju miasta – satelity Londynu, dlatego jest tu sporo szpitali i domów opieki.

Osobiście uwielbiam to miejsce. Nie ma tu bloków, praktycznie każda rodzina posiada ogród, o który niesamowicie dba, jakby był ich wizytówką. Czasem mam wrażenie, że mieszkam na wsi, bo jest tak zielono. Kwiaty, które moja mama hoduje w doniczce rosną tu dosłownie „za płotem”. Tak, mogłabym tu zostać na dłużej.