I <3 Hastings

Ponieważ tegoroczne wakacje spędzam w Hastings, wypadałoby coś Wam o tym miejscu powiedzieć na wypadek, gdybyście chcieli tu kiedyś zawitać, a warto. Uprzedzam jednak, iż zdjęcia nie wyszły spod ręki profesjonalnego fotografa, więc proszę przemilczeć ich jakość.

Wg mnie Hastings to miasto pełne sprzeczności: na jednej ulicy można zobaczyć cudne zabudowy z wyrzeźbionymi portretami królowej Wiktorii nad drzwiami wejściowymi, ogrody pełne kwiatów podlewane nawet w czasie ulewy, z drugiej strony – slumsy zaciągające biedą, tynk odpadający ze ścian i tabliczki w bramach: „No entry”,„Beware of the dog” lub „Private property keep out”.

Ludzi, którzy urodzili się i wychowali w tym miejscu, jest jak na lekarstwo. Za to od zatrzęsienia tutaj Łotyszy, Hindusów i – oczywiście – Polaków, których zawsze łatwo poznać po słownictwie rodem spod trzepaka. Czarnoskórych jest tu więcej, niż białych, taka prawda. Tak czy siak, rasistom w tym kraju musi być ciężko.

W Hastings jesień trwa przez cały rok. Dla odmiany zdarza się, że w ciągu jednego dnia można zaobserwować 3 pory roku, a na uparciucha nawet 4, jeśli przytulę się do lodówki. Anglicy we wczesnym dzieciństwie uczeni są, jak przygotować się do tych pogodowych zmian. Jeśli od rana świeci słońce – wciągają na siebie krótkie portki i sandały, ale w torbę/do bagażnika samochodu zawsze pakują sweter i parasol (jeśli mowa o sandałach: audycja w radiu nt Polaków i ich uwielbienia do nierozłącznej pary: klapki Kubota i skarpetki po kolana rozśmieszyła mnie do łez, pomimo tego, że jestem Polką i ww połączenie nie powinno mnie dziwić).

Tutaj nie można przeżyć dnia bez kawy, ponieważ ciśnienie skacze częściej, niż kangury w Australii (nic dziwnego, skoro słońce wychodzi już 2 minuty po burzy). Za to praktycznie w każdym sklepie można kupić Hubbę Bubbę i Magiczne Gwiazdki Milky Waya, co zdecydowanie poprawia humor.

Jak się dowiedziałam, dawno, dawno temu, podczas osiedlania się na nowych ziemiach, można było otrzymać tzw. działkę budowlaną za darmo, o ile będzie się w stanie wybudować na niej dom w określonym, bardzo krótkim czasie. Tym sposobem centrum miasta „zagracone” jest małymi kamieniczkami wzdłuż wąskich ulic (stawianie domów obok siebie było oszczędzaniem na ścianach).


Tutejsze lasy wyglądają jak kopie lasów z ekranizacji sagi o wampirach, w których zamiast wilków grasują koguty. Poważnie, kiedy usłyszałam pianie za pierwszym razem, myślałam, że właśnie w Anglii przyszło mi zwariować do reszty. Swoją drogą, Hastings w dawnych czasach było miastem zsyłkowym dla ludzi starszych i obłąkanych, coś w rodzaju miasta – satelity Londynu, dlatego jest tu sporo szpitali i domów opieki.

Osobiście uwielbiam to miejsce. Nie ma tu bloków, praktycznie każda rodzina posiada ogród, o który niesamowicie dba, jakby był ich wizytówką. Czasem mam wrażenie, że mieszkam na wsi, bo jest tak zielono. Kwiaty, które moja mama hoduje w doniczce rosną tu dosłownie „za płotem”. Tak, mogłabym tu zostać na dłużej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: