Archive for Wrzesień 2011

Home is where they love you

Wrzesień 16, 2011

Prawie 3 miesiące w Anglii minęły jak z bata strzelił. Oczywiście, że tęskniłam za tymi, których zostawiłam w Polsce. Za maminymi kotletami i polskimi piosenkami w radiu też. Ale muszę przyznać, że nie spieszy mi się do powrotu.

Tutaj zachwyca mnie absolutnie wszystko (no, może oprócz pogody): zakochuję się po uszy w każdym facecie, który mówi z brytyjskim akcentem, a chcę mieć dziecko ze Szkotem, bo – wg mnie – Szkoci mówią i wyglądają jak piraci, a wszem i wobec wiadomo, że jak skończę studia, to moim marzeniem jest zaciągnąć się na statek i „pływać po morzach i oceanach” („ho ho ho and the bottle of rum!”), o ile nie doczekam się listu z Hogwartu.

Przywykłam do drobnych uprzejmości, którymi obdarzają się Anglicy typu żegnanie się z kierowcą autobusu i dziękowanie za „przyjemną podróż”, lub okazywanie zainteresowania moim samopoczuciem i stanem zdrowia, nawet, jeśli to tylko zwykła fraza, którą wypowiadają każdego dnia, bo są do niej przyzwyczajeni. Uwielbiam zakupy w angielskim supermarketach, w których można dostać potrawy z prawie każdej kuchni świata, nie wydawać na nie majątku i jeszcze skorzystać z promocji „buy 1 get 2”, która obowiązuje tu na większości moich ulubionych produktów. Będę musiała wrócić do starego nawyku zamawiania pizzy zamiast prawdziwej chińszczyzny od prawdziwego Chińczyka, chociaż składniki na pizzy mogę z łatwością zidentyfikować, a kij go wie, co Pan Chińczyk przynosił w tych swoich plastikowych pudełeczkach.

Już tęsknię za ludźmi, których tu poznałam i dziękuję w duchu mądrym ludziom, którzy wymyślili Facebooka, Skajpa i inne komunikatory, które z pewnością pozwolą mi na oglądanie ich angielskich ryjków, nawet siedząc w gdańskim mieszkaniu.

Teraz tylko pozostało mi ogarnąć mój polsko – angielski bałagan, upchać w walizkę wszystko to, co nie chce w nią wejść dobrowolnie, wrócić do domu i wrzasnąć pod progu: „Mamooo, schabowego z kapustą!”.

Accidents Happen

Wrzesień 10, 2011

Zrobiliście kiedyś coś tak całkowicie do przewidzenia, że śmialiście się przez łzy z własnej głupoty? No cóż, mnie zdarza się to dość często. Czasem po prostu wystarczy mi uderzyć się lub przewrócić w jakiś dziwny sposób. Innym razem spowoduje to sytuacja, kiedy wrzucałam puszkę z resztką syropu do śmieci (a puszka odbiła się od innych śmieciowych kartonów i cała zawartość prysnęła na mnie z niesamowitą siłą). Ostatnio zapomniałam podłożyć kubek pod automat do kawy, co uświadomiłam wszystkich osobom siedzącym w stołówce, kiedy wydałam z siebie okrzyk mordowanego prosiaka, bo nie wiedziałam, czy w pierwszej kolejności mam lecieć po ścierkę do podłogi, czy podstawiać jakąkolwiek filiżankę.

Należę do grona osób, które potrafią przewrócić się na prostej drodze (Boże, uchowaj od wysokich obcasów, jeśli mam dożyć kolejnych urodzin), uderzyć absolutnie wszystkim, ba, nawet wejść na szklane drzwi, bo „przecież są przeźroczyste i ich nie widać”. Mój piszczel lokalizuje kanty mebli w mieszkaniu, a dywany są bezpieczniejsze niż panele na podłodze, bo trudniej się na nich poślizgnąć. Tak, jestem osobą, która podnosząc upuszczony wcześniej widelec, drugą ręką strąca talerz, a na drobne wypadki innych reaguje hasłem: „Choć raz to nie ja”.

Nie robię tego wszystkiego specjalnie. Uważam na siebie, staram się patrzeć pod nogi, odsuwam od siebie ostre przedmioty, bo ich używanie kończy się zwykle opróżnianiem apteczki ze wszystkich plastrów. Przeznaczenia jednak nie da się oszukać – ostatnio koleżanka wylała na mnie gorącą herbatę, co zakończyło się lekkim poparzeniem (ale Mamo, nie martw się, to od żelazka było znacznie gorsze).

Moi rodzice, po latach zmagań ze mną, nauczyli się radzić sobie z moimi ułomnościami w ww. kwestii (będąc dzieckiem potrafiłam wakacjować na piaszczystej plaży i przewrócić się na kamieniu, podrzeć spodnie na tyłku o wystający gwóźdź z huśtawki na oczach starszych kolegów [w wieku podstawówkowym to trauma], bądź wrzucić do ogniska śmieć, który wystrzelił prosto w moje oko). Mama przetestowała już na mnie wszystkie sposoby redukowania blizn, a w domu nigdy nie brakowało wody utlenionej. Kryjące rajstopy sprawdzają się lepiej, ponieważ a) zakrywają siniaki, b) trudniej je podrzeć (chociaż to też nie jest reguła).

Myślę jednak, że dopóki nie doznaję poważnego uszczerbku na zdrowiu i – co więcej – dostarczam rozrywki ludziom zebranym wokół mnie, to na niektóre sytuacje wystarczy zareagować wyłącznie śmiechem. Boli wtedy zdecydowanie mniej 🙂