Archive for Październik 2011

Happy happy birthday

Październik 27, 2011

Kiedy osiągnęłam wiek pełnoletności, myślałam, że wiem wszystko. Na każdą rzecz miałam plan, poważne marzenia, wydawało mi się, że potrafię rozwiązać najdziwniejsze trudności. Pięć lat później nie wiem nic. Chciałabym powiedzieć, że kieruję się zasadą carpe diem, ale moje życie z dnia na dzień wynika z braku pomysłu, nie z wyboru. Interesuje mnie wszystko i nic konkretnego, więc decyzje rozważam, staram się nie mówić „nie” bez namysłu, nawet, jeśli coś wydaje mi się absurdalne. Nie udaję dorosłej, bo dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że dorosłym trzeba być przez większość życia, więc jeśli mam ochotę powygłupiać się, spędzić noc na dyskusjach o niczym – to jest najlepszy czas. Życie pokazało mi, że bycie dorosłą nie jest takie proste jak wtedy, gdy ma się pstro w głowie i o dorosłości świadczy metryka, dlatego korzystam z infantylności, jaka we mnie pozostała, najlepiej, jak potrafię.

Z pierwszych zmarszczek, które powstają od śmiechu, jestem dumna. Te – które pojawiają się od zmartwień i marszczenia czoła – ukrywam pod grzywką. Szukam pozytywnej strony tęczy, chociaż nie ukrywam, że czasem widzę same chmury, więc ratuję się głupimi pomysłami. Ciągle mam czas na odchowanie smoka, podziwianie bożonarodzeniowych choinek w Nowym Jorku, sesji zdjęciowej na okładce Vogue’a, wygranie pierwszego miliona w kasynie w Vegas i założenie herbaciarni, zawsze chciałam wziąć udział w programie „Ryzykanci”, pojechać na bezludną wyspę i zjeść pająka, żeby przestać się ich bać. Wyrabiam swoje „mięśnie śmiechowe”, żeby dorobić się dołeczków w policzkach, czekam, aż pojawią mi się piegi, które zawsze chciałam mieć. Na piracki statek też mam czas.

Przyjaciele i znajomi życzyli mi „zwariowanych i dziwnych rzeczy”. Oby wszystkie się spełniły, póki jeszcze mam czas na te najbardziej szalone, bo starzeć przyjdzie mi się na starość. Dziękuję, Kochani, za pamięć!

sharing a smile

Październik 19, 2011

Często mam wrażenie, że urodziłam się z jedną nogą na skórce od banana. Już nawet nie poświęcam czasu na zastanawianie się, skąd wzięłam niektóre siniaki, sprzęty w moim otoczeniu ulegają zadziwiającej, samoistnej destrukcji. Podobno w teologii żydowskiej, każdy ma imię znane tylko Bogu i tylko On może nas w danym imieniu przywołać. Moje z całą pewnością brzmi: „Sierota”.

Cieszę się jednak, że mam kogoś, kto nauczył się zbierać mnie z podłogi, otwierać szeroko drzwi na wypadek, gdybym miała zamiar na nie wejść, w plecaku nosi komplet śrubokrętów i przytula za każdym razem, kiedy w oczach staną mi łzy.

Myślę, że wordpress jest też miejscem na moją „chwilę prywaty”. Z tego względu zostawiam tu WIELKIE urodzinowe sto lat – słonecznej pogody za oknem i w sercu, M.

Wpis o zbiciu szyby

Październik 18, 2011

Zdarza się Wam, że w momencie krytycznym przypominacie sobie wszystkie rady, które kiedykolwiek usłyszeliście, zanim coś się zepsuło? Ja przez całe życie ignorowałam mamine „Nie bujaj się na krześle” (pomimo tego, że za dzieciaka huśtałam się na taborecie i podczas upadku przyrżnęłam głową w piekarnik), jak również „Nie kładź komputera na podłodze” (chociaż M. cierpliwie ratował już gniazdka od ładowarki po tym, jak 2 razy stanęłam na kabel).

Tym razem na trzask dochodzący spod krzesła, którym rozbiłam matrycę laptopa zareagowałam: „I po swetrze”, ponieważ – jak się dowiedziałam – nowa matryca wcale nie jest tania, więc jesienno – zimowe zakupy muszą poczekać. Co więcej, zepsucie matrycy obaliło moją teorię, iż w komputerach jest „szybka”, czasem „lustereczko”, w zależności od tego, czy mam pod ręką coś, w czym mogłabym się przejrzeć, kiedy wracam od fryzjera. Teraz każda osoba, która pojawia się na moim monitorze przypomina Harrego Pottera z blizną na czole, tudzież Okiem Saurona.

Nie pytajcie mnie, proszę, jak siada się krzesłem na komputer, bo nie wiem, jak do tego doszło. Jedno, co mnie zastanawia, to jeśli przyjąć, że matryca jest twarzą komputera – zbicie jej jest obiciem gęby komputerowi? Tak czy inaczej, dobre rady są w cenie, a siadanie na przedmiotach powoduje szybkie ich psucie się, więc bądźcie ostrożni.

Do następnego przeczytania –

– Wasza Ciocia Dobra Rada

Wpis o tym, że muffinki kurczą spodnie

Październik 10, 2011

Czasem czuję się, jakbym grała w filmach. I to w durnych, tandetnych komediach, w których człowiek wchodzi na szklane drzwi, kanapka spada mu masłem w dół, a ludzie pytają o poglądy polityczne głównego bohatera ze względu na jego nazwisko.

Ostatnio jednak przećwiczyłyśmy z dziewczynami motywy rodem z filmu: „Legalna blondynka”, robiąc tzw. babski wieczór. Pochłaniałyśmy wtedy niesamowite ilości różowych żelków, popijałyśmy je różowym winem, malowałyśmy siebie i nasze paznokcie, obgadując w tym czasie facetów. Na kilka godzin przed umówionym spotkaniem siedziałyśmy z A. w kuchni robiąc zupę i piekąc ciasto, a środek nocy uznałyśmy na idealną porę na gotowanie parówek w patelni. Na drugi dzień musiałam odmawiać jedzenia, tłumacząc, że „nie chcę muffinek, bo kurczą mi spodnie”.

Tak, czasem warto wskoczyć w piżamę i pośmiać się z samych siebie, wszechobecna powaga mnie przytłacza. Tym bardziej, kiedy za oknem robi się szaro, mokro i nieprzyjemnie. Co się stało ze złotą jesienią, ja się pytam? To określenie funkcjonuje już tylko jako nazwa funduszu emerytalnego lub Domu Spokojnej Starości? Z dnia na dzień przerzuciłam się na płaszcz i rękawiczki, a poważnie rozważam założenie zimowej kurtki i zakup ocieplanych kozaków. Przeoczyłam chyba lato, a nie zdziwię się, jak śnieg spadnie pod koniec października. Pogodo, zaskocz mnie pozytywnie.

Na jesienne wieczory polecam:

oraz

Uwaga, wzruszają z łatwością.

Powroty na nowe włości i inne agatowe radości

Październik 4, 2011

Ten blog istnieje, bez wątpienia, tylko potrzebowałam trochę więcej czasu na powroty, niż pierwotnie zakładałam.

Remonty, przeprowadzki, odwiedziny u rodziny… Nazbierało się tego wszystkiego, chociaż nie było mnie zaledwie 3 miesiące. A teraz Trójmiasto, nowe pokoje, starzy znajomi i – pierwszy raz w moim studenckim życiu – mieszkanie z widokiem na morze [haters gonna hate, sasasasa!]. Druga strona mieszkania prezentuje z okien widok na kościoły i bloki, co w nocy daje wrażenie pobytu w Rio, tylko zamiast Chrystusa widzę podświetlane krzyże. Tak czy siak, nakręcam się tymi widokami, bo kto wie, gdzie będę za rok o tej porze.

Semestr akademicki rozpoczęłam od choroby, co bym zrobiła wielkie wejście na uczelnię, zanosząc się kaszlem i pociągając nosem. Jeśli wypluję płuco, to z całą pewnością oddam je na Uniwersytet Medyczny, aby inni studenci byli nim męczeni.

A tak poza tym, pięknie jest wracać, jeśli jest gdzie i do kogo.