Archive for Listopad 2011

Prezenty, prezenty, czyli świąteczne propozycje zakupoholiczki

Listopad 17, 2011

Pamiętacie wpis o rzeczach, które chciałabym mieć w swoim mieszkaniu? Dziś kontynuacja.

Ostatnio przeglądam dużo stron internetowych w poszukiwaniu ciekawych pomysłów na świąteczne prezenty (tak, jestem osobą, która zastanawia się nad nimi pół roku przed Bożym Narodzeniem, a kupuje zawsze w ostatniej chwili). Niestety, zamiast planować prezenty dla kogoś, systematycznie powiększam własną listę dla Św. Mikołaja.

Poniżej kilka propozycji, które może pomogą Wam w przedświątecznych zakupach:

Miarka do gotowania makaronu

Mój odwieczny problem, ile makaronu muszę wrzucić do garnka, żeby wszyscy się najedli / nie zostało nic do wyrzucenia. Sprytne. Zawsze mam wyrzuty sumienia, jeśli – zwłaszcza jako studentka – wyrzucam jedzenie, a wiadomo, że makaron z poprzedniego dnia do najlepszych nie należy i, biedaczek, wszyscy nim gardzą.

Ciepłodajka na kubek

Zima idzie, co odczuwam po wątpliwej szczelności okien w moim pokoju (historia widocznie lubi się powtarzać…). A że herbatę piję litrami, sweter na kubek mógłby się przydać. Z tego, co widziałam, sklepy Home&You zaopatrzyły się w zestawy takich kubków połączone z innymi domowymi akcesoriami, np. metalowymi pudełkami na herbatę. Całość w granicach 30 zł.

Foremki do jajek

Pomysłów na śniadania zawsze mi brakuje, bo przecież ile można jeść jajecznicę i kanapki. Może dzięki takim foremkom polubiłabym jajka sadzone? Jak do tej pory widziałam, że można kupić je wyłącznie na zagranicznych stronach internetowych, w polskich sklepach ich jeszcze nie spotkałam, ale myślę, że pomysł klawy, szczególnie, jeśli ma się w domu małe niejadki. A musicie przyznać, że wyglądają cudnie.

Pokrowiec na deskę do prasowania

Nie oszukujmy się – to kobiety zajmują się prasowaniem, mężczyzna, który to robi – rzadki widok. A skoro już mamy, drogie Panie, godzinami prasować te sterty wymiętolonych ubrań, dlaczego nie umilić sobie tego zajęcia? Co więcej, można wybierać w różnych panach, którzy będą się rozbierali, bo pod wpływem ciepła ręcznik, którym są okryci, znika i żaden z panów nie będzie miał przed nami nic do ukrycia. Szukajcie na aukcjach internetowych.

Generator tęczy

Jako dziecko podkradałam kryształy z wiekowego żyrandola mojej babci, zawieszałam je na nitkach i mocowałam przy oknie, żeby odbijały światło. Do tej pory widok tęczy jest dla mnie zjawiskiem niesamowitym i pomysł, że mogłabym mieć własną, domową przypadł mi do gustu.

Wąsate poduszki

Motyw wąsów wykorzystywany jest dość często, dlatego nie dziwi mnie, że pojawił się również na pościeli. Chociaż zanim zabiorę się za kupowanie poduszek, powinnam zastanowić się, czy pod choinką zmieści się duże łóżko,a takim nie pogardzę.

Niby pomysłów sporo, a kiedy przychodzi do kupowania prezentów – coroczny dylemat. No, ale przecież nie o prezenty chodzi, ale o sam fakt zastanawiania się nad nimi. Dla mnie to najprzyjemniejszy etap, chociaż taki zajmujący. Bo – nie wiem, czy wiecie – ale ja uwielbiam robić prezenty. Nawet, jeśli kończą się na banalnych swetrach czy książkach, bo szukam ich z myślą o kimś. A jeśli jest o kim myśleć, to warto.

Reklamy

O filmach słów kilka

Listopad 14, 2011

Pora roku nie rozpieszcza. „Zimno, ciemno i do domu daleko”, chciałoby się powiedzieć. Jednak te chłodne, jesienne wieczory pasują mi do filiżanki herbaty i filmu, co też praktykuję w wolnych chwilach (bądź w tych, które wolne nie są, ale do marnowania się nadają).

Pierwszy z tych, które chcę Wam polecić, to „Wszyscy mają się dobrze” – dramat obyczajowy o facecie (Robert De Niro), który udaje się w podróż, aby odwiedzić wszystkie swoje – dorosłe już – dzieci. Jak to zwykle z podróżami bywa – kończą jako wycieczki w głąb siebie. Film dla jedynaka na emigracji smutny aż do bólu, prawdziwy. O czasie, który ucieka, a którego się nie docenia; o dorastaniu, przeżywaniu i starzeniu się; o problemach, które chciałoby się przemilczeć i radościach z dzielenia się nimi, z ludźmi, którzy są nam bliscy. Cudo.

„Listy do M.” perełką kinematograficzną nie są. Polska wersja „To właśnie miłość” z oklepaną obsadą aktorską i przewidywalnymi wątkami. Jak wiele świątecznych produktów, film ten trzeba było „opchnąć” przed Gwiazdką i, sądząc po wypełnionej po brzegi sali w kinie, twórcy dopięli swego. Polecam jednak, bo pierwszy raz w życiu rola młodego Stuhra mnie ruszyła (dziewczyny tak chyba mają, że nieogarnięci samotni ojcowie chwytają nas za serca) i stwierdziłam, że nie był zabawny w głupi sposób. Po „Testosteronie”, „Chłopaki nie płaczą” i „Baśń o ludziach stąd” trudno było mu wybić się poza ramy, w które go wsadziłam. Co więcej, skoro z wystaw sklepowych atakują nas już wystrojone choinki, a Justin Bieber śpiewa śpiewa swoje „Mistletoe”, dlaczego nie pójść na film, w którym przyjemnie sypie śnieg, a ludzie życzą sobie „Wesołych świąt”? Nawet taka produkcja była w stanie pozytywnie nastawić mnie do przedświątecznego szału zakupów i mordowania karpia.

Na koniec komedia. Tytułowa „Nowa dziewczyna” wprowadza się do wynajętego mieszkania, po tym, jak były zrobił ją w trąbę z inną. I tu Jess styka się z 3 współlokatorami, którzy, jak to faceci, zupełnie nie pojmują jej metod radzenia sobie po rozstaniu: oglądaniu „Dirty dancing” i pochłanianiu ogromnej ilości lodów. Serial o burzeniu stereotypów w zabawny sposób, humor rodem z „Jak poznałem waszą matkę”. Dla mnie świetne niecałe 30 minut za odcinek, a wnioskując z chichotów dochodzących z drugiego pokoju,  A. też została fanką tej historii.

Gdybyście obejrzeli coś, co Waszym zdaniem jest godne polecenia – zamieniam się w słuch. Zapasów herbaty mam jeszcze sporo, a pisanie prac dyplomowych nie idzie w parze z jesiennymi wieczorami.

Wariactwo. Luksus dla wyobraźni.

Listopad 11, 2011

Będąc małą dziewczynką wpadałam na przeróżne pomysły. Gdy pierwszy raz widziałam teledysk Madonny do „Evity” owijałam się kocem i stawałam z podniesionymi rękami, śpiewając: „Don’t cry for me Argentina” (motyw koca i podniesionych rąk sprawdzał się też podczas udawania Statuy Wolności). Kiedy w domu był remont i musiałam spać na podłodze, wmawiałam Mamie, że materac jest moją tratwą i jeśli chce ze mną porozmawiać – musi wskoczyć na pokład (nogi muszą być zakryte pod kołdrą, bo „w wodzie grasują rekiny, które odgryzają stopy”). Pamiętam też, że miałam kiedyś szalik z pomponami, które przypominały mi głowy lalek, więc odgrywałam nimi teatrzyk kukiełkowy w miejscach publicznych, co strasznie irytowało rodziców, gdy robiłam to np. podczas mszy w kościele.

Niestety z dziwnych pomysłów nie wyrosłam. Dwie drewniane łyżki posłużyły mi kiedyś za kijki od nart, dzięki którym dostałam się z kuchni do pokoju. Owinięta białym prześcieradłem udawałam niedźwiedzia polarnego, a zawsze, kiedy leżę w śpiworze, prezentuję tzw. gąsienicę. Wielokrotnie przyciągałam przedmioty zaklęciem „Accio” (czasem wypuszczam z nadgarstka sznur pajęczyny jak Spiderman), na robalach wlatujących latem przed otwarte okna testuję „Cruciatus”, nie wiem tylko, dlaczego moje zaklęcia nie działają tak, jak te rzucane przez Harrego Pottera. Nie mam już wyimaginowanych przyjaciół,ale zdarza mi się wdawać w dyskusje z różnymi sprzętami domowymi, zwłaszcza, jeśli odmawiają współpracy (też byście tak robili, gdyby Wasza lampa reagowała mruganiem jak w dyskotece, kiedy mówicie „Are you f*cking kidding me?”).

Czasem przeglądam strony internetowe i obrazki takie jak te bawią mnie do łez, bo mam wrażenie deja vu:

Może przestałabym tak robić, gdybym wyrosła na osobę mniej roztrzepaną, ale nie można oczekiwać cudów od kogoś, kto nie czyta ulotek i instrukcji, a potem wygląda jak Mała Syrenka, bo tyłek świeci mu się od wysmarowania balsamem z brokatem? Swoją drogą żyję w społeczności o dużym poziomie tolerancji, lucky me. Myślę, że gdybym urodziła się kilka wieków wcześniej, musiałabym mieszkać na odludziu, a rodzice straszyliby mną swoje dzieci, które zapuszczają się na skraj lasu.

Jedyne, w czym nie jestem dobra, to udawanie poważnej.

All I got is 5 minutes

Listopad 6, 2011

Jako dziecko miałam różne pomysły na zaistnienie. Kiedy odkryłam, że jestem za stara na bycie „małą miss”, chciałam zostać baletnicą. Potem dotarło do mnie, że nie nadaję się na bycie jakąkolwiek miss, o lekkiej jak piórko baletnicy w ogóle szkoda gadać. Marzyłam o wydaniu płyty jak Majka Jeżowska, zagraniu w filmie, kiedy pojawiły się pierwsze odcinki „M jak miłość”, chciałam zostać strażakiem, sławną skrzypaczką, nawet bioenergoterapeutą, pisarką i projektantką ubrań… Zaistniałam chyba tylko raz w życiu, kiedy to skakałam po ławce w kościele, aż mama musiała uszczypnąć mnie w tyłek, żebym przestała zwracać na siebie uwagę.

Nikt nie zrobił filmu ze mną w roli głównej, znajomym nie rozdaję płyt z autografem, a znana jestem jedynie z obijania się o szafki i psucia sprzętu domowego. Udało mi się jednak wydać 2 tomiki, które ostatnio przypomniały o sobie, i to w dość dziwny sposób.

Pewna studentka z Pomorza postanowiła napisać pracę licencjacką nt poezji, która ukazała się w „Pegazie Lubuskim”. Trafiła na moje teksty w sieci i postanowiła przeprowadzić ze mną wywiad. Ja – kobieta próżna, pragnąca wiecznej chwały – zgodziłam się bez zastanowienia. Odpowiedziałam jej na kilka pytań, z których to 3 Wam prezentuję:

D.S: – Od kiedy interesujesz się poezją?
A.K: – Nie mogę powiedzieć,że „interesuję się poezją”. Nigdy nie czytałam jej namiętnie do poduszki, nie jestem niczyją wielką fanką, jakoś specjalnie nie śledziłam i nie śledzę tego, co dzieje się na rynku wydawniczym. Pisanie nie bierze się u mnie z zainteresowania ładnymi słowami, tylko z chęci „wyrzucenia słów z siebie”, to jest potrzeba. A jeśli od czasu do czasu wpadnie mi w ręce jakiś tomik, przeczytam coś ciekawego, usłyszę gdzieś zdanie, które mnie poruszy – tylko się cieszyć i tak chyba było zawsze.

D.S: – Jakie wiersze lubisz pisać?
A.K: – Białe z mocną pointą. Lubię też bawić się słowotwórstwem, stąd moja „międzysercowa” oraz „chwilopylnie” – słowa, które na chwilę obecną żyją swoim własnym życiem i nie zamknęły się wyłącznie w tekstach.

D.S: – Jak długo zajmuje Ci napisanie wiersza?
A.K: – Nie lubię słowa „wiersz”. Dla mnie zawsze jest to „tekst”, bo nad nim pracuję. Wiersz brzmi dla mnie jak coś skończonego, a zwykle nawet po wydaniu swoich prac chciałabym coś zmienić, poprawić. Swoją drogą, nie czuję się jak „osoba, która pisze wiersze”. Początkowo bazgrolę słowa bez ładu i składu, jakiś ogólny zarys tego, co chcę powiedzieć. Następnie, jak już przetrawię emocje, zaczyna się dla mnie obróbka. Im więcej skreślę, tym lepiej się czuję, bo mam świadomość, że to, co czasem dla mnie ważne, dla odbiorcy może wydawać się banalne lub nieciekawe. To jest proces. Czasem napiszę tekst, który będzie skończony w ciągu kilku minut, bo poukładam coś sobie w głowie i zwyczajnie spiszę to na papier, czasem potrzebuję kilku lat, żeby przygotować się na podkreślanie, przekreślanie. Nie ma reguły.

Zabrzmiałam trochę jak znawca tematu, racja? Cóż, chodziło się na spotkania i wieczory poetyckie, wysłuchało się kilku osób, czegoś się od nich nauczyło. Prawda jest jednak taka, że ostatnio piszę wyłącznie „do szuflady”, prace dyplomowe zabijają we mnie wszelkie rodzaje kreatywności. Cieszę się jednak, że ktoś jeszcze pamięta o moich tekstowych dzieciach, że słyszę słowa zachęty. Dziękuję. Nie macie pojęcia, jaka duma mnie rozpiera, kiedy odwiedzam Was w mieszkaniach i widzę moje tomiki na półkach. I co z tego, że nie ma mojego nazwiska w twardej oprawie na ladzie w Empiku. Za kilkanaście lat i tak powiem swoim dzieciom: „Mama miała kiedyś swoje 5 minut”, nawet, jeśli spędziła ja na pisaniu nieskładnych słów, a nie na graniu w filmach, czy wydawaniu kolejnych płyt.