Archive for Grudzień 2011

Świątecznie

Grudzień 23, 2011

Święta, święta. W tym całym zamieszaniu brak mi słów. Może dlatego, że ciągle wpycham do paszczy moje ulubione (bo mamine) przysmaki. Gdyby nie one, nie czułabym atmosfery tego, co nadchodzi. I chyba nie jestem w tym osamotniona, bo chociaż śnieg to tylko chlapa i mróz, słyszałam postękiwania, że go brak. A jest on dość istotny, przynajmniej w Wigilię.

Życzę Wam spokoju, bo sama wiem, jak trudno go osiągnąć i czasu, który poświęcicie swoim bliskim. Ja w tym roku bardzo doceniam, że ich mam, tu w domu i tam trochę dalej.

Reklamy

I don’t need it but I really want it

Grudzień 18, 2011

Jakiś czas temu pojawił się na Chwilopylnie wpis o wyposażeniu mieszkania, które chciałabym mieć tylko po to, żeby na nie patrzeć, nawet jeśli do niczego nie pasuje (znajdziecie go -> tutaj ). Szukając świątecznych prezentów dla moich bliskich, znalazłam zdecydowanie więcej przedmiotów, które sama chciałabym mieć w posiadaniu. Postanowiłam więc kontynuować wątek mojego przyszłego mieszkania, przedstawiając Wam kilka, moim zdaniem, ciekawych rzeczy, które w każdym domu znaleźć się powinny:

Kuchnia

Jako najważniejsze pomieszczenie w całym domu, musi zostać otoczona specjalną opieką dekoratorską.A że ze mnie raczej kiepski matematyk, deska do krojenia, która dodatkowo sprawdza się jako waga, byłaby w niej mile widziana. Może to jest jakieś rozwiązanie mojego „gotowania na oko”.

Akcesoria kuchenne wcale nie muszą być „klasyczne”, a pieprzniczka i solniczka wyglądem przypominające baterie, to – wg mnie – zabawny i udany pomysł. Pod warunkiem, że nie usłyszę od M. „Przesoliłaś zupę, kobieto!” 🙂

Oryginalne pomysły na śniadania już mi się skończyły, a kanapki zdążyły znudzić. Dlatego patelnią, która zrobi jajka w kształcie serca – nie pogardzę. Sieć sklepów „Flo” sprzedaje takie w granicach 10 zł, ale ja nie znalazłam jeszcze serca.

Ludzie, jak to ludzie, lubią sobie komplikować życie. A ja bym chciała mieć w domu kilka przedmiotów, które mi to życie ułatwią, skoro mam już „robić sobie pod górkę” poza kuchnią.

Łazienka

Przyznaję, mam problemy z szybkim wychodzeniem z łazienki. I gdyby rachunki za wodę nie były dla mnie takim utrapieniem, chciałabym mieć swój prywatny wodospad. Najlepiej, żeby miał jeszcze wbudowane radio i wodoodporny mikrofon.

Pokój

Kącik do czytania książek? Dlaczego nie! Pod warunkiem, że będzie blisko okna, zaopatrzony w wygodne poduchy.

Łapię się na tym, że jako dziecko XXI wieku zegary ścienne nie są mi potrzebne, bo zwykle mam pod ręką telefon, który wyświetla godzinę. Ten jednak podoba mi się niesamowicie i kto wie, może kiedyś zawiśnie na mojej ścianie.

Przeglądając mnóstwo stron internetowych, natrafiłam na tysiące sukienek i butów, którymi z chęcią wypełniłabym wszystkie możliwe szafy w moim przyszłym mieszkaniu, książki, które chciałabym przeczytać, biżuterię i gadżety niepotrzebne do niczego, ale cieszące oczy. Może to i lepiej, że jako studentka muszę gardzić rozrzutnością.

Muzycznie

Ps Ciężko myśli mi się o nadchodzących świętach, jeśli za oknem ani grama śniegu. Skoro już i tak mam marznąć, to wolałabym chociaż bałwana ulepić na tym mrozie.

My friends say I’m crazy ’cause I sing all the time

Grudzień 7, 2011

Nie ukrywam, że cały temat wpisu zerżnęłam, za pozwoleniem, od K. (klik-> tutaj), pozwoliłam sobie jedynie wprowadzić drobne zmiany. Uznałam jednak, że takie zestawienie utworów, które znaczą coś w moim życiu jest ciekawe, biorąc pod uwagę, że muzyki słucham sporo, wydając przy tym straszliwe dźwięki.

Nie mam ulubionej piosenki, bo to, co akurat „jest na tapecie”, zależy od ludzi, z którymi przebywam, mojego humoru, pogody, nastawienia do życia etc. Sami zresztą zobaczycie, że ciężko byłoby określić wspólną kategorię dla wszystkich wymienionych przeze mnie utworów.

Korzystając z okazji i pomysłu K., prezentuję Wam więc listę piosenek, które w jakiś sposób miały/mają na mnie wpływ. Może akurat którąś dodacie do swoich zestawień:

  • Piosenka, którą uwielbiam: Mikromusic i „Dobrze jest”, chociaż jest to jedna z wielu, które mogłabym nazwać ulubionymi.
  • Piosenka, którą ostatnio lubię: Coma i „Jutro”, być może dlatego, że M. zabrał mnie niedawno na koncert i ciągle ich utwory siedzą mi w głowie. Chociaż do tego zespołu mam mieszane uczucia, Roguckiego uważam za totalnego świra, co idzie mu „na plus” w moich oczach, nawet, jeśli czasem jego twórczość zalatuje mi grafomanią.
  • Piosenka mojego ulubionego wykonawcy: „Siódmy rok” Kuby Badacha. Nie wiem, ile to już lat jestem bezgranicznie oddana temu facetowi. Mam taką fantazję, kiedy gaszę światło, a Kuba do mnie mówi. Może mi nawet recytować treści ulotek reklamowych z supermarketów, nie dbam o treść.
  • Piosenka z mojego ulubionego albumu:  „Gdy zostaniesz u mnie na noc” Pidżamy Porno z krótkiej „Zamiast burzy”. Ach, biegało się w glanach na koncerty do zadymionych klubów. Glany zamieniłam na obcasy, ale sentyment do muzyki pozostał.
  • Piosenka, którą dzielę z kimś: Być może ta osoba już o niej zapomniała. Ja pamiętam. „Biegnę” Harlemu.
  • Piosenka, która opisuje mnie: Nie poznałam jeszcze takiej, której co drugie słowo brzmiałoby: „Czekolada!”. Gdybym miała jednak wybrać jedną, która mówi coś o mnie, postawiłabym na „Dygoty” Strachów. Lubię w niej absolutnie wszystko, od tekstu z idealnym dla mnie: „Mam w głowie zawroty, daj mi jakiś znak”, po wykorzystane instrumenty.
  • Piosenka, w której znam wszystkie słowa: Jestem mistrzem w śpiewaniu pieśni pasyjnych. I nie znam nikogo innego, kto, zaraz po organiście, potrafiłby wyśpiewać wszystkie 14 zwrotek „Ciebie Boga Wysławiamy”. Nie wiem tylko, czy ten imponujący fakt z mojego życia nadaje się do zamieszczenia na liście.
  • Piosenka, która kojarzy mi się z jakimś miejscem: Kawałek Kulki, „Kolegi tata” i zamek na Zaspie. Moje 3. i – jak do tej pory najfajniejsze – mieszkanie w Gdańsku, prawdziwy akademik. Historie na kilka dobrych książek.
  • Piosenka, która kojarzy mi się z jakimś wydarzeniem: Garou to nie jest mój ulubiony wykonawca. Ale słysząc jego piosenkę, widzę przed oczami J. przyklejoną nosem do telewizora w jedną z sylwestrowych nocy. Uśmiecham się na wspomnienie tego widoku 🙂
  • Piosenka, której słucham, kiedy jestem wesoła: Julia Marcell ma, wg mnie, bardzo pozytywne piosenki z ciekawymi tekstami. Mój ulubiony fragment Billy’ego to: „(…) my friends say I’m crazy ’cause I sing all the time”, co jest prawdą, może dlatego tak mi się podoba.
  • Piosenka, której słucham, kiedy jestem zła: Serj Tankian „Baby”. Najgłośniej drę się na „nananana”, oczywiście. Nie wiem, na jakiej zasadzie działa ta piosenka, ale po wysłuchaniu jej z 10 razy, opuszcza mnie ochota rzucania przedmiotami.
  • Piosenka, po której nigdy nie spodziewałam się, że ją polubię: „Małgocha” Piotra Bukartyka. Mój stosunek do niej zmieniło cudne wykonanie, które miałam okazję usłyszeć, a którego wykonawcy za nic w świecie nie pamiętam: klik-> tutaj
  • Piosenka, która sprawia, że chce mi się tańczyć: Co mi przypomina, że chętnie poszłabym na wiejską potupaję do remizy. Kolejne marzenie na liście: „To do”.
  • Piosenka, która sprawia mi przyjemność: Wybrałam „Notion” Kings Of Leon, ale równie dobrze mogłaby to być każda inna nuta tego zespołu, bo niesamowicie pozytywnie mi się kojarzy.
  • Piosenka, którą chciałabym usłyszeć na własnym ślubie: Nic nie mogę poradzić na to, że poezję śpiewaną, stety – niestety, mam we krwi. Mówcie sobie, co chcecie, mnie to rozczula – Iwona Loranc „Naszej przestrzeni”: klik-> tutaj
  • Piosenka, którą chciałabym usłyszeć na własnym pogrzebie: A można zrobić mix przebojów?

To byłoby na tyle. Miłego słuchania.

December, please be good to me.

Grudzień 3, 2011

Absolutnie uwielbiam robić prezenty. Nie mówię tu o samym ich kupowaniu, wydawaniu na nie pieniędzy, ale o pakowaniu, wymyślaniu co i dla kogo, a potem ich dawaniu. Nawet, jeśli godzinami błąkam się po sklepach w poszukiwaniu czegoś sensownego, lubię wiedzieć, że robię to z myślą o konkretnej osobie. I chociaż moje prezenty zwykle są bardziej praktyczne, niż oryginalne, to i tak każda okazja do ich przygotowania wydaje mi się dobra. Bez względu na to, czy jest to Boże Narodzenie, czyjeś urodziny, lub Dzień Geologa.

Podchoinkowe niespodzianki mam już w większości gotowe, co pozwala mi spać spokojnie. W ogóle tegoroczny okres przedświąteczny jest dla mnie wyjątkowo opanowany. Jeszcze tylko spadnie pierwszy śnieg, wyciągnę z kartonu lampki, moją miniaturową, studencką choinkę i zacznę śpiewać: „Last Christmas I gave you my heart, but the very next day your body rejected the transplant and you died.” No cóż, każdy świętuje tak, jak lubi.

Oczami wyobraźni widzę już, jak mama robi krokiety, na kutię, makowce i pierogi z kapustą też nachodzi mnie ochota. Zanim jednak objem się jak dziki bąk i grawitacja zacznie jeszcze bardziej przyciągać mnie do paneli, przede mną cały grudzień. A lubię ten miesiąc, bo to bardzo fajny czas oczekiwania, nawet jeśli jest tak zimno, że muszę przytulać kuper do kaloryfera, do którego zwracam się czulej, niż do M.

Tak więc, December, please be good to me.