Archive for Styczeń 2012

Grzanie przez przytulanie

Styczeń 29, 2012

Zima nie jest najlepszą porą roku, jeśli chodzi o kreowanie modowego wizerunku. Ubieram się „na cebulkę”, więc nie dość, że wyglądam jak wielka kulka, to jeszcze każdy ewentualny upadek (a o taki na lodzie wcale trudno nie jest), kończy toczeniem się. Mogłabym przymierzyć milion czapek, ale w każdej wyglądam jak w wełnianym czepku kąpielowym. Nauszniki wcale nie są lepsze, bo w połączeniu z moją kitką przypominają nadajnik radiowy i znajomi śmieją się, że spokojnie mogłabym odbierać Radio Maryja. Nie będę już wspominała o rajstopach, które na siłę wciskam w spodnie, a które znacznie ograniczają ruchy. Z całą pewnością wygrałabym konkurs na „Robota roku”, jeśli ktoś posłałby mnie na takowy w zimowym ubraniu.

Szczerze przeklinam „kanarów” w tramwajach, którzy każą wyciągać mi bilet do kontroli: nie dość, że muszę grzebać w torebce (a każda kobieta wie, że w pośpiechu jest to ogromne wyzwanie), to jeszcze muszę szukać potem rękawiczek po całym przedziale, bo jak się nosi 2 pary, to bardzo łatwo którąś zgubić. Ciężko jest bowiem upilnować 2 niesforne rękawiczki, a co dopiero 4, szalik i mnóstwo rzeczy, które chcą w tym samym czasie wyjść z torebki.

Jednak bez względu na to, ile warstw swetrów, barchanowych majtek i innym kalesonów bym na siebie nałożyła i tak będę zamarzała, więc każdej zimy wyglądam jak Rudolf z czerwonym nosem. I chociaż uwielbiam tę porę za cudny krajobraz za oknem, kiedy tulę się czule do kaloryfera, tak wnioskuję, że w poprzednim życiu  na pewno urodziłam się w ciepłym klimacie. Swoją drogą, biedni ci ludzie, którzy opalają się przez cały rok. Może w swoim życiu zobaczą mnóstwo bałwanów, ale pewnie rzadko tych ze śniegu.

Moją ulubioną zimową czynnością jest „grzanie przez przytulanie”. O ile nie mam wpływu na zaszronione szyby i oblodzone ulice, tak wpływam na moje prywatne „roztopienie się w środku”, a to przydaje się na chłodne wieczory. I nie wiem, jak faceci to robią, ale działają jak najlepsze kaloryfery, więc czy M. tego chce czy nie, „grzanie przez przytulanie” stało się również jego rozrywką 🙂

Muzycznie grzeje mnie Ed, gdy śpiewa: „And if it’s dark in a cold December, I’ve got ya to keep me warm”:

Keep calm and drink tea

Styczeń 21, 2012

Mam ten komfort, że ani studia ani praca nie zmuszają mnie do wstawania bladym świtem. Korzystam więc z tego przywileju i gniję w łóżku ile się da, irytując tym samym moich współlokatorów, którzy muszą budzić się w środku nocy i wypominają mi to przy każdej nadarzającej się okazji. Ja jednak cieszę się, że mam czas, aby delektować się z rana herbatą bądź kawą, co uważam za chyba najprzyjemniejszy moment w ciągu całego dnia (chociaż ten, w którym zajadam się czekoladą również jest przyjemny).

A co robię podczas picia herbaty? Oczywiście przeglądam milion niepotrzebnych mi stron internetowych, na których znajduję cuda rujnujące zawartość mojego portfela. Dzisiejszy wpis poświęcam kubkom i filiżankom, z których chętnie popijałabym herbatę każdego ranka.




I filiżanki, czyli to, co uwielbiam najbardziej! Ubolewam nad tym, że przepiękne wzory filiżanek można znaleźć już tylko w mieszkaniach naszych cioć i babć, bo młodzi ludzie – przepraszam, ale tak wynika z moich obserwacji – nie potrafią prawidłowo ich trzymać, a co za tym idzie, zniechęcają się i wybierają kubki.

Ja często daję filiżanki w prezencie, głównie z okazji ślubów i rocznic. Istnieje mnóstwo firm, które malują na porcelanie, więc przy zamawianiu zwykle proszę o umieszczenie na nich fragmentów z moich tekstów – mam wtedy pewność, że nikt go nie powtórzy, a prezent staje się bardziej osobisty. Poza tym wydaje mi się, że jeśli, przykładowo, Młoda Para zaczyna swoje wspólne życie, to poranna kawa w 2 filiżankach jest widokiem dość romantycznym (wychowałam się na bajkach Disney’a, na mnie zrobiłoby to wrażenie).

Jak już będę stara i bogata, mam zamiar jeździć po świecie i kupować filiżanki w każdym kraju, który odwiedzę. Potem będę chwaliła się nimi w mojej kawiarni, poustawiam je na szafce i każdego dnia będę przecierała z nich kurz, jak stara matrona. Trzeba mieć przecież jakieś plany na przyszłość, prawda?





Ps W Gdańsku śnieg pada jak szalony. Ponieważ ogarnianie się życiowo nie idzie mi najlepiej, rozważam zjeżdżanie z górki dla relaksu. Nie mam sanek, ale myślę, że metoda „auf die Pupen” też się sprawdzi.

Paranormal activity

Styczeń 14, 2012

Nikt tak nie potrafi dowartościować nauczyciela jak jego uczniowie. Od moich dowiedziałam się, że jestem jakimś paranormal activity, bo przeprowadziłam ćwiczenia o „szóstym zmyśle” i wszystkie pytania w quizie wyszły mi pozytywne, im nie.

Całe życie myślałam, że to naturalne widzieć kolory lub kształty, które otaczają ludzi. Czasem myśląc o danej osobie mam w głowie też konkretny dźwięk, który mi się z nią kojarzy i takie zjawisko towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Ale jeszcze nikt mi nie potwierdził, że aura jest nieodłącznym elementem jego myślenia o konkretnych jednostkach.

Często śnią mi się ludzie, którzy już nie żyją. Mama zawsze mówiła, że trzeba się wtedy za nich modlić, bo są w czyśćcu i widocznie pokazują nam przez sny, że potrzebują naszej pomocy, aby się stamtąd wydostać. Ciekawe, co na to Pan Freud?

Nie, nie oglądam horrorów, boję się potem siedzieć sama w mieszkaniu, bo Tryb Ninja nie jest trybem energooszczędnym. Jednak jest coś w opowieściach o zjawiskach paranormalnych w stylu: „Marcin powiedział, że jego tata powiedział…”, co mrozi krew w żyłach, jeśli nie da się tego wyjaśnić naukowo, a czego już „od dzieciaka” bardzo lubiłam słuchać, chociaż potem płakałam rodzicom, że nie chcę sama spać, a czego w pustych mieszkaniach nie lubię do tej pory. Pamiętam, jak oglądałam z kuzynką „Nie do wiary” i „Strefę tajemnic”. Ona jednak po emisji każdego odcinka straszyła mnie i gasiła wszędzie światła, co wywoływało u mnie napady paniki i być może miało wpływ na moje obecne zachowania.

Być może mam w sobie jakieś zalążki szóstego zmysłu, być może tylko zbyt rozwiniętą wyobraźnię i dlatego trzęsę portkami na słowa o niewyobrażalnych historiach. Uważam jednak, że są rzeczy, których wyjaśniać nie trzeba, bo są zadziwiająco – zachwycające same w sobie. Przykładowo – ja jestem wielką fanką górskiego Widma Brockenu, czyli monitorowania własnego cienia na chmurze znajdującej się poniżej obserwatora. Ponieważ cień zwykle otoczony jest obwódką w barwach tęczy (tzw. glorią), ludzie, którzy takie zjawisko widzieli, zwykle myślą o duchach i ci, których znam, takie spostrzeżenia mi potwierdzili. Nic dziwnego, skoro każdy widzi tylko swoje Widmo Brockenu…

I uroczyście przysięgam… wszystkie wzloty, każdy dół dzielić z Tobą pół na pół

Styczeń 8, 2012

Uważam, że nie ma nic piękniejszego, niż śmiech z samego siebie. A jakie to zdrowe! Być może dlatego ludzie starają się przekształcić te najbardziej stresujące chwile w życiu w zabawne sytuacje, które można potem wspominać latami.

Zwykle zaczyna się od zaręczyn, na które trzeba mieć pomysł:

Kiedy już nadchodzi dzień ślubu, trzeba pokazać światu:

a)wielkie wejście…

b)…pierwszy taniec…

c)…i jak ładnie bawią się goście wraz z Młodą Parą. Amerykanie robią to tak:

Polacy kopiują i jest w tym też coś uroczego:

A kiedy goście rozejdą się już do swoich domów, Zakochani do sypialni wprowadzają… kamerzystę (chociaż nigdy nie zrozumiem, dlaczego i po co niektórzy to robią):

Mnie osobiście marzy się stworzenie listy piosenek z największymi tanecznymi przebojami, począwszy od „Lambady”, po „Rhythm is a dancer”, na „Kokodżambo” i „Majorce” skończywszy. Nie jestem bowiem przekonana do „instytucji” wodzireja i zamiast brać udział w żenujących konkursach, wolałabym potańczyć. Zostawiałabym jedynie zwyczaj rzucania bukietem, bo jest parę dziewczyn, którym dobrze życzę i chciałabym je pacnąć wiązanką kwiatów na szczęście (w tym miejscu muszę wspomnieć o moim Tacie, który za każdym razem jak jesteśmy na rodzinnym weselu, powtarza Pannie Młodej: „Ale pamiętaj, jak się umawialiśmy – tylko nie w Agatę”).

Bo jeśli ślub ma być wydarzeniem na całe życie, to resztę życia można spędzić uśmiechając się na jego wspomnienie 🙂

Somebody that I used to know

Styczeń 8, 2012

Zdarzyło Wam się, że zgodziliście się z absolutnie każdym słowem w jakiejś piosence? Mam w sercu 3 takie, które – przyznaję – do najweselszych nie należą. No cóż, jakie wybory w życiu podejmujemy, takie słowa nam o nich przypominają. Gotye razem z Kimbrą stworzyli zdania idealne, ale w tej wersji – moim zdaniem – wybrzmiewają one mocniej, dosadniej:

Dla porównania oryginał:

Myślę, że ta piosenka skończy jak jej dwie poprzedniczki: chociaż będzie mi wychodziła bokami od słuchania jej częściej, niż ustawa przewiduje, za każdym razem rozczulę się w środku jeszcze trochę. Bo przecież każdy „can get addicted to a certain kind of sadness”.

2012

Styczeń 4, 2012

Witajcie w Nowym Roku!

Za nami już święta i huczny Sylwester. Przed nami nowe dni, nowe marzenia, nowe przez wielkie N, jak każdego Nowego Roku. Jak to mówią, jesteśmy starsi niż kiedykolwiek byliśmy, a jednak młodsi niż kiedykolwiek będziemy, więc chyba wypada się z tego cieszyć. Ja osobiście nie mam nic przeciwko, bo lubię niespodziewajki i jeśli coś ma mnie w tym roku zaskoczyć, to jestem otwarta na propozycje.

Co do Sylwestra, dzięki M. spędziłam go w ciekawym towarzystwie, które udowodniło, że prawdziwy mężczyzna gardzi sałatkami i przed północą wyjmuje w lodówki swojską kiełbasę, a ludzie najlepiej gibią słoninką w rytm „Lambady” i „Kokodżambo”, nawet, jeśli trzeba kogoś wziąć na ręce i znieść z parkietu, żeby przestał skakać jak sprężyna.

Pomimo tego, że 1. dzień Nowego Roku rozpoczęłam od przywitania się z Orbitrekiem, po świątecznym obżarstwie jestem doskonałym przykładem działającej grawitacji, a moim środkowym imieniem mogłoby być „Kulka”, gdyż zamiast chodzić – toczę się. Nie tracę jednak motywacji, co więcej mam kilka postanowień, które wprowadzę w tym roku w życie. I nie będą to: „Więcej się uczyć”, lub „Przestać być takim leniem”, gdyż te – jak już wiem z doświadczenia – raczej sprawdzają się do pierwszego styczniowego weekendu. Ja zamierzam raz w miesiącu kupić nową sukienkę, żeby zwiększyć poziom swojej atrakcyjności, bo noszenie spodni podobno znacznie go obniża. I to się nazywa noworoczne postanowienie, hej! Chciałam też zrezygnować z nadmiernej ilości słodyczy, ale dziewczyna współlokatora odwiedziła mnie z czekoladą, więc już wiem, że ten cel będzie trudny do osiągnięcia…

Najpiękniejszego w 2012! 🙂