Archive for Luty 2012

Byle do wiosny.

Luty 27, 2012

Czuję wiosnę. Może nie tę wiosnę za oknem, ale z całą pewnością tę w środku mnie. Zaczyna się ona przypływem energii, więc mam milion pomysłów na minutę i jak tak dalej pójdzie to pracę magisterską napiszę w mgnieniu okna (ba! nawet doktorat!).

Podobają mi się trendy, jakie mają zapanować w modzie na tegoroczne ciepłe miesiące. Intensywne, gorące kolory, a z drugiej strony – pastele. Zainwestowałam już nawet w marki, których nie powstydziłaby się nawet Kasia Tusk i już za kilka tygodni zobaczycie mnie w turkusowych żakietach, sukienkach koloru musztardowego i wściekłego różu – jak szaleć, to szaleć! Stęskniona za słońcem i wylegiwaniem się na plaży, kupiłam nawet w strój kąpielowy, a na „bieganie po mieście” – błękitne trampki (tak, jestem dzieckiem wyprzedaży, nie da się ukryć). Zachorowałam na kolor pistacjowy, więc czekam tylko na wygraną w Toto Lotka, aby zainwestować w buty i torebkę w tym kolorze. Kiedyś jeszcze przyjdzie ten dzień, gdy na wordpressie przedstawię Wam moje stylizacje i – jak wspomniana wyżej Kasia – wygram nagrodę na Blog Roku, a co! 🙂 Swoją drogą nic dziwnego, że ta dziewczyna ma ponad 100 000 wejść dziennie na swojego bloga. Ja ze swoim nazwiskiem powinnam mieć 2x tyle 😀

Wiosną mam zawsze więcej odwagi, więcej ochoty na nowości, wyzwania. Widać to nie tylko w mojej szafie i kuchni, ale również w sposobie myślenia – czas wykorzystuję intensywniej, nastrajam się pozytywniej. Życie płynące spokojnym rytmem – to zimą, kiedy większość czasu spędzam romansując z kaloryferem. Wiosną chce mi się tańczyć [a ci, którzy mnie znają wiedzą, że zwykle unikam robienia tego publicznie, by – wymachując rękami – nie doprowadzić do większych szkód w otoczeniu], na plażę biegałabym każdego dnia, gdybym tylko mogła, rozważam zrobienie tatuażu z napisem: „Ahoj, przygodo!”.

Jak uroczo, jak pięknie będzie, kiedy „świat zazieleni się na śmierć”. Czekam. Cała jestem czekaniem.

addicted to love

Luty 22, 2012

Zdziwiło mnie Wasze zainteresowanie moim ostatnim wpisem. Już dawno nie otrzymałam aż tylu pozytywnych komentarzy, które docierały do mnie różnymi drogami (nawet wyczerpującymi mailami).

To dość zabawne, jak bardzo lubimy słuchać (i czytać) o miłości. Niby otacza nas ona na co dzień, a jednak Walentynki przyciągnęły Was do monitorów, jakbyśmy dostrzegli ją dopiero w tym dniu. Chociaż narzekamy na wszechobecną komercję, wzruszamy się mimo wszystko. Cieszę się, że w jakimś stopniu mogłam Wam towarzyszyć i umilić te chwile. Uwagi i komentarze są dla mnie zawsze niezwykle motywujące, a – jak już wspomniałam – napłynęło ich wyjątkowo dużo, za co dziękuję.

Jako nastolatka wydawało mi się, że wszystko przeżywam intensywniej. Nie oznacza to jednak, że teraz przeżywam mniej, że dziwię się rzadziej. Nie jest też tak, że więcej rozumiem i wiem, co z tym moim przeżywaniem robić. Myślę jednak, że czasem, już jako dorosła osoba, muszę wskoczyć w czyjeś buty, obwiązać problemy szalikiem wokół szyi i wyjść na spacer, ukochać to, z czym trudno sobie poradzić.

Z miłością jest tak samo, trochę jak z łazienką: można kupić mieszkanie z pięknym, nowym wystrojem, ale prędzej czy później ze ścian zacznie odpadać tynk, może nawet zagości na nich wilgoć. I wtedy już nie będzie czasu na przeżywanie. Będzie za to czas na remont. Mały, duży – nieważne. Trzeba będzie zabrać się do roboty, jeśli przyzwyczailiśmy się do pięknych wnętrz. Jestem kobietą – remonty mnie męczą, ale jest w nich coś ciekawego. W miłości, jak w każdej innej dziedzinie naszego życia, myślę, że to nuda mogłaby nas wykończyć.

Z Waszych komentarzy wynika, że chyba ciągle warto mówić o uczuciach. To trochę tak, jakby każdy lubił słuchać o remontach innych ludzi, bo może akurat my dowiemy się czegoś nowego. A jeśli nie, to przynajmniej się zatrzymamy, może wzruszymy, pomyślimy, że i nam ciągle zależy.

Baby, love is all that you need.

Luty 13, 2012

„Jeśli nie chcesz mojej zguby, daj na fejsa dostęp, luby” – przeczytałam kiedyś w „Metrze”. Amerykańska organizacja PEW Internet poinformowała, że ponad połowa uczniów szkół licealnych udostępnia partnerom login i hasła do skrzynki mailowej lub facebooka, uznając to za największy wyraz uczucia. Część badanych ustawia takie samo hasło do kont. Zaufanie, jak to z nim bywa, nie jest jednak bezgraniczne, bo uczniowie przyznają się do zakładania nowych kont, jeśli tylko okaże się, że ich wpisy można odnaleźć w wyszukiwarce typu google. Ja się więc pytam: gdzie w tym sens? O co chodzi z tą miłością?

Chyba się starzeję, bo uważam, że są inne sposoby okazywania tego, co leży na sercu.

Jeśli chodzi o uczucia, mam w głowie aż zbyt wiele przemyśleń. Kiedyś uważałam, że nie wolno mówić „kocham cię” zbyt często, bo ten zwrot może stracić na wartości. Dziś wiem, że nie jest możliwe, aby kochać za dużo.

Wiem też, że w miłości nic nie leży jak należy. Zawsze znajdzie się coś, o co będzie można się pokłócić, co nam będzie przeszkadzało. I nie mówię tutaj o przysłowiowych „porozrzucanych skarpetkach”. Obserwuję siebie i dostrzegam, jak mój egoizm uczy się współpracy z egoizmem M. i odwrotnie. A przynajmniej nie wchodzą sobie w drogę, może dlatego jeszcze ze sobą wytrzymujemy. Chociaż przyznaję – nie jest łatwo, ale, jak to mówią, „droga do sukcesu jest ciągle w budowie”.

Urzekł mnie kiedyś gościnny felieton Kory do „Zwierciadła”, w którym pisała:

„Miłość mierzy się czasem. Do rozmowy, do wspólnego obiadu, wspólnego śniadania, spaceru, do przytulenia, do pocałunku, do spraw domowych i tak dalej potrzebna jest miłość, przyjaźń i jakieś umysłowe porozumienie, wzajemne wspieranie się. To jest jak warkocz. Gdy nie ma warkocza, to nie ma nic.”

Myślę więc, że czasem dzielenie z kimś łóżka nie wystarczy. Trzeba umieć dzielić stół i podłogę. Krzesła i widoki na życie. A potem rachunki sumienia. To chyba nie jest łatwe, ale musi dawać mnóstwo satysfakcji, a podejrzewam,że właśnie o to chodzi. Każdy z nas szuka kogoś, z kim mógłby się dzielić. Robienie czegoś z myślą o drugiej osobie jest niesamowicie przyjemne.

Cena za cywilizacyjny postęp

Luty 8, 2012

Myślę, że blog jest dobrym miejscem na wyżalenie się. Otóż jestem alergikiem. Nie mogę jeść sztucznych, „farbowanych” rzeczy pełnych konserwantów (a takie lubię najbardziej), głaskać futerkowych zwierząt i hodować kotów z kurzu. Kiedy byłam dzieckiem, mama kąpała mnie w krochmalu, a tata sprowadzał z Niemiec proszki do prania dla alergików właśnie. Ludzie pytali mnie, dlaczego wyglądam jak czerwony muchomorek i dlaczego wstydzę się chodzić na basen. Jako studentka przeżyłam wykonywanie wszystkich czynności domowych w lateksowych rękawiczkach, które współlokatorka paczkami znosiła z wydziału chemii, bo ręce wysuszały mi się do tego stopnia, że pękała skóra i wyglądałam jak narkoman. Na własne życzenie poszłam do szpitala, żeby zminimalizować objawy, co pomogło na 2 lata.

Dziś na nowo oduczam się jedzenia barwionego jedzenia i smaruję grabie oraz kopytka śmierdzącymi maściami. To duża niesprawiedliwość, że maści na alergie śmierdzą. Powinny pachnieć Hubbą Bubbą. Albo chociaż fiołkami. Pomijam fakt, że powinny działać i kosztować grosze, a nie pół królestwa (razem z księżniczką).

Poniekąd cieszę się, że bycie alergikiem jest usprawiedliwieniem mojego lenistwa i nie muszę opiekować się psem, którego trzeba wyprowadzać każdego dnia na spacery. Nie muszę też wiosną chodzić zasmarkana, co jest dużą oszczędnością na chusteczkach higienicznych. W dzisiejszych czasach nie jest jednak łatwo unikać konserwantów w jedzeniu (i kosmetykach). Pytam więc, dlaczego nie mogę być uczulona na ryby, których z łatwością mogłabym sobie odmówić? Drobiowe żołądki, ozorki czy gotowany mózg świni też nie występują w moim menu. Z coca – colą, ice tea i czekoladą pożegnać się zdecydowanie trudniej, nie ukrywam.

Słodkości do granic możliwości

Luty 6, 2012

Każdy z nas jest od czegoś uzależniony, przyznaję, że ja też mam swoje słabości.

Nigdy nie ukrywałam, że moim uzależnieniem jest dobre jedzenie, zwłaszcza to, co słodkie do granic możliwości. Nawet gdyby ciastka wyglądały tak, też nie potrafiłabym im odmówić:

Chociaż ostatnio na nowo odkrywam szpinak i niedługo będę wyglądała jak Popeye, brakuje mi tylko fajki w zębach, ponieważ na moich „salonach” zagościła tarta szpinakowa.

Namiętnie kolekcjonuję też lakiery do paznokci, chociaż zwykle używam maksymalnie 5 kolorów (w tym 3 różniących się odcieniami). Mam zły nawyk kupowania butów, które są ciasne, bo wmawiam sobie, że „się rozejdą”, a do czego nigdy nie potrafię ich zmusić. Zmuszam więc siebie do chodzenia w nich, a M. do słuchania, jak to bolą mnie nogi. O mojej niegasnącej miłości do herbaty mówiłam już tak często, że chyba nie ma sensu znów się powtarzać.

Nałogowo czytam książki, które nic do mojego życia nie wnoszą, a które bawią mnie do łez uświadamiając, że prawdopodobnie jestem spokrewniona z niejedną Bridget Jones. Kupuję cienie do powiek, chociaż nie potrafię się malować i jedzenie, którego nie lubię, ale uważam za zdrowe, a potem przekonuję samą siebie, że te małe nałogi i przyzwyczajenia nie są groźne.

Od filmów też jestem uzależniona. I w tym miejscu polecę Wam taki, który ostatnio wzruszył mnie do łez, a o którym pewnie już dawno słyszeliście –  „Służące”, bo lubię takie przejmujące dramaty i głos Emmy Stone:

Serialom też oprzeć się nie mogę – „2 broke girls”:

‚Na dobre, na niedobre i na litość boską’

Luty 2, 2012

Odeszła Wisława Szymborska. Nie będę ukrywała, że dla mnie to szczególnie wielka strata. Jej „Portret kobiecy” kilka lat z rzędu nosiłam w kalendarzu, a ci, co mnie znają wiedzą, że wychodząc z domu mogę zapomnieć głowy, ale nie kalendarza, dlatego długo miałam go przy sobie.

Zawsze chciałam pisać jak ona, uwielbiałam (i ciągle uwielbiam) analizować jej teksty. Przemówienie, które wygłosiła w ’96 czytałam tak długo, aż zapamiętałam moje ulubione zdania [całość -> tutaj]. To jest właśnie fenomen poety: on nie umiera, bo jego słowa są żywe.

„Portret kobiecy”

 

Musi być do wyboru.

Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.

To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.

Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,

czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.

Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.

Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.

Naiwna, ale najlepiej doradzi.

Słaba, ale udźwignie.

Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.

Czyta Jaspersa i pisma kobiece.

Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.

Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.

Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,

własne pieniądze na podróż daleką i długą,

tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.

Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.

Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.

Albo go kocha, albo się uparła.

Na dobre, na niedobre i na litość boską.

/Wisława Szymborska 1923 – 2012/

„Wygląda na to, że poeci będą mieli zawsze dużo do roboty”, szczególnie bez niej.