Archive for Marzec 2012

Poczucie bezpieczeństwa, proszę nie przeszkadzać.

Marzec 28, 2012

Jak pewnie większość kobiet mam w sobie niegasnącą potrzebę przytulania się i bycia przytulaną. Zapala mi się wtedy w głowie lampka z napisem: „Poczucie bezpieczeństwa, proszę nie przeszkadzać”.

Przytulanie zarezerwowane jest wyłącznie dla męskich ramion. Fanką damskiego przytulania nie jestem, a cmoki na boki rozmazują mi makijaż. Pomadki i błyszczyki traktuję bardzo osobiście – nie potrzebuję obcych na policzkach. Więc o ile do kobiecych czułości podchodzę z rezerwą, tak w ramionach M. czuję się jak ryba w wodzie. Ukokoszam się w nich.

Mówiąc szczerze, nie rozumiem fenomenu przytulania. Teoretycznie nie ma w tym nic przyjemnego – gorąco, klaustrofobicznie wręcz. Podobno ma ono jednak właściwości leczniczo – terapeutyczne. Naukowcy z Kanady, na podstawie badań małych dzieci, wykazali bowiem, że przytulanie się do mam zmniejsza w organizmach krasnali produkcję białek prozapalnych, co umożliwia zmniejszanie wystąpienia ryzyka depresji i chorób sercowo – naczyniowych. Brzdące, które wychowywały się w Domach Dziecka i nie były przytulane tak często, jak dzieci z pełnych rodzin, znacznie częściej zapadały na choroby górnych dróg oddechowych i powracające gorączki.

Ja nie potrzebuję badań, żeby zauważyć, że podczas przytulania moje endorfiny urządzają maraton. Znam takich, co przytulają się do drzew (ma to nawet własną nazwę – sylwoterapia), ale osobiście uważam to za dziwactwo, bo taka brzoza, dla przykładu, ani nie pomizia po włosach, ani nie powie, że wina leży po stronie pralki, która kurczy spodnie, nie mojej.

Tak czy siak, przytulanie polecam. Jest to jedna z tych rzeczy, z których się nie wyrasta, bo zawsze można przytulić mocniej, powiedzieć więcej.

Ciocia Agata Dobra Rada

O plastycznym wariactwie

Marzec 18, 2012

Ludzie, którzy zajmują się działalnością plastyczną, wg mnie, mają coś z wariatów i budzą we mnie dziki niepokój. Po prostu się boję, że wyjmą z kieszeni pędzle i zaczną we mnie nimi celować. Nie jestem w stanie zrozumieć ich fascynacji strukturami tkanin, kolorami i zapachem terpentyny. Może wynika to z tego, że jakiekolwiek zdolności plastyczno – grafomotoryczne zostały stłamszone w zarodku na dość wczesnym etapie mojej edukacji, kiedy to usłyszałam w przedszkolu, że „źle koloruję”. Nie rozumiałam wtedy (i nie pojmuję do tej pory), jak można negatywnie ocenić umiejętność kolorowania, jeśli dziecko mieści się w wyznaczonych ramkach obrazka, co nie zmienia faktu, że skutecznie zniechęciło mnie to do dalszej twórczości na tym polu.

Plastyka była więc dla mnie lekcją, którą poświęcałam na rozmowy z koleżankami, wykorzystując materiały plastyczne do szerzenia „wariacji na dany temat”. I, o dziwo, wszystkie szkoły skończyłam z ocenami celującymi na świadectwie z tego przedmiotu, tylko i wyłącznie dlatego, że zamiast umiejętności malowania posiadam umiejętność „lania wody”, która okazywała się skuteczna w przekonywaniu, że kilka pociągnięć pędzlem na kartce papieru zawiera w sobie niezwykle głęboki przekaz, na co łapały się moje nauczycielki. Na obecnym etapie mojego życia, talent plastyczny ogranicza się więc do rysowania „uśmiechniętych słoneczek”.

Gdybym miała wyobrazić sobie miejsce na horror z moim udziałem, zdecydowanie byłaby to pracownia plastyczna. Sterty dziwnych materiałów, zapach schnącej farby, słoje pełne brudnych pędzli i stoły, o które lepiej się nie opierać, bo można się do nich przykleić. Nie lubię takiego bałaganu. Na stare lata włącza mi się pedantyzm i coś, czego nie jestem w stanie posegregować, powkładać w oznaczone pudełka przyprawia mnie o zawrót głowy, kompletnie nie potrafię się w tym odnaleźć.

Nie mówię jednak, że nie doceniam sztuki, wręcz przeciwnie. Będę należała do tych matek, które trzymają na lodówce wszystkie świstki papieru zabazgrane przez swoje dzieci, ze stoicyzmem zamierzam temperować stosy kredek i inwestować w rozwijającą (i niebrudzącą) ciastolinę. Zachwycam się ręcznie wykonaną biżuterią i scrapbookingiem, ale cieszę się, że mnie nikt nie zmusza do klejenia, przycinania, rysowania i utwierdzania się w przekonaniu, że każdy człowiek ma w sobie coś z Van Gogha.

Ps Pozdrawiam koleżanki  logopedki, które na arteterapii walczą z klejem i kartonami.

Krótka instrukcja obsługi kobiety

Marzec 7, 2012
  • Kobiety miały, mają i zawsze będą miały problemy, których mężczyźni nigdy nie będą w stanie zrozumieć. Dla przykładu: jeśli spotykałeś się w przeszłości z inną kobietą, to bez znaczenia jest, jak bardzo Twoja obecna dziewczyna może podziwiać tę kobietę, lubić z nią rozmawiać, spotykać się i chwalić jej fryzurę – Twoja była zawsze będzie na liście ograniczonego zaufania, w większości przypadków nawet na liście „to kill”. Bo tak.
  • Płeć piękna odnajduje poczucie bezpieczeństwa w gromadzeniu przedmiotów, zwłaszcza ubrań i akcesoriów typu: buty, torebki – często w tym samym kolorze. A ponieważ nie ma czegoś takiego jak „pełna szafa”, nie spodziewaj się, że jej frustracje to okres przejściowy. Po prostu kupuj.
  • Używanie określeń typu: „skarbie”, „kotku”, „kochanie” (NIGDY: „papużko”, „rybeczko”, „pultasku” ) to konieczność. Większość kobiet lubi być nazywana w taki sposób, im częściej, tym lepiej, o ile określenia te są wcześniej przez nie zaakceptowane i dopuszczone do użytku publicznego.
  • Kobiety rozmyślają. Za dużo. Pytania: „W co ja się dziś ubiorę?”, „Dokąd idziesz?” i „Czy Ty mnie jeszcze kochasz?” są u nich na porządku dziennym. Nie warto jednak odpowiadać na nie wyłącznie krótkim „Tak, kochanie”, gdyż rodzi to zwykle kolejną falę myśli i pomysłów, przechodzących w fazę absurdu, jeśli z brakiem wyczerpującej odpowiedzi trafisz na ich comiesięczne dni [*Comiesięczne dni – czas, który powinieneś poświęcić na adorowanie kobiety. Idealnym pomysłem jest zmiana wykonywanej profesji na około tydzień – bycie taksówkarzem, cukiernikiem, czy masażystą okazuje się niezwykle przydatne].
  • Zachłanność to często drugie imię kobiety. Pogódź się z tym, że jeśli już zdecydujesz się dać jej pierścionek, to równie dobrze możesz pożegnać się z zawartością portfela i hasłami do kont bankowych. Ty poprosisz ją o rękę, prędzej czy później ona poprosi o pełne prawa do Twojego testamentu.
  • Kobieta zakochana to skarb. Determinacja gna ją do robienia – do tej pory dla niej nieosiągalnych – rzeczy. Jeśli przed rozpoczęciem związku z Tobą potrafiła ugotować wszystko, co mieściło się do tostera, możesz liczyć teraz na trzydaniowe posiłki. Jest też zwykle bardzo wydajna, gdyż może robić kilka czynności jednocześnie – życie z nią to przysłowiowa sielanka. Jeśli jednak ją zdenerwujesz – potrafi wziąć kija i pogonić Cię gdzie pieprz rośnie, uznając to za najlepszy środek antykoncepcyjny, a równocześnie mszcząc się na Twoich ulubionych sprzętach i gadżetach. Nie wolno więc ryzykować, mówiąc np. że kobiety mają mniejsze stopy, dlatego potrafią bliżej stawać przy zlewie i łatwiej im zmywać naczynia. Nie chcesz przecież przymierać głodem, prawda?
  • Na palcach jednej ręki można policzyć kobiety, które otwarcie przyznają się do swojego wieku, nawet, jeśli Matka Natura nie poskąpiła im urody i wdzięku. Tłumaczą to faktem, iż niewielu mężczyzn zachowuje się odpowiednio do swojej metryki, dlatego nie mogą zbytnio wyróżniać się w ich towarzystwie.

Ww instrukcja ma charakter wyłącznie humorystyczny. Autorka nie ponosi odpowiedzialności za zawarte w niej punkty, gdyż przyznaje, iż pisała je na głodzie czekoladowym i miała dość zachwiany punkt widzenia.

– być kobietą, być kobietą –

Marzec 2, 2012

Zbliża się Dzień Kobiet, a mnie nachodzą pewnie przemyślenia, jak zwykle przy wpisach okazjonalnych.

Myślę,że ja – jako kobieta – nie odbiegam zbytnio od utartego wzorca. Mam mnóstwo ubrań, których nie noszę, bo nic mi do nich nie pasuje, a po prostu uśmiechały się do mnie w sklepie i nie mogłam ich tam, sierotek, zostawić samych; butów na obcasach, w których nie potrafię chodzić czy bibelotów, które „kiedyś mogą się jeszcze przydać”. Mam też wahania nastrojów niezrozumiałe nawet dla mnie w pewnych okolicznościach, potrzebę otaczania się ładnymi rzeczami (to wyjaśnia zakupoholizm) i ciągoty w stronę sklepów ze słodyczami.

Nigdy nie jestem w pełni usatysfakcjonowana wizytami u fryzjera, swoją wagą i umiejętnościami kulinarnymi. Doceniam komplementy, (w ilości niewystarczającej) złoszczę się na ich brak. Łazienkę potrafię okupować dłużej niż ustawa przewiduje, rozczulam się na widok szczeniaków, pulchnych bobasów i butów Louboutina. Niczym Karin Stanek mam słabość do mężczyzn z gitarą. Piszczę na widok robactwa wszelakiego, wykorzystuję współlokatorów przy wymianie żarówek, ale sama potrafię składać meble i układać kafelki, o ile usłyszę wyraźny komunikat: „Rób tak, tego nie dotykaj”.

Są rzeczy, które przekraczają moją kumatość i w tym przypadku zwykle chodzi o mężczyzn. Jak pisała Stephenie Mayer „bez chromosomu Y nigdy nie będę w stanie w pełni zrozumieć ich ekscytacji” piłką nożną czy samochodami. Byli tacy, którzy próbowali nauczyć mnie rozpoznawania marek poszczególnych aut, zawsze kończyło się na rozpoznaniu koloru, co w zupełności mi wystarczy.

Osobiście należę do kobiet o typie nadwrażliwca: przejmuję się różnymi rzeczami, chociaż wiem, że nie powinnam, wzruszam na tanich, romantycznych komediach, tęsknię też za przedmiotami i osobami, które są poza moim zasięgiem. A jeśli już postanowię starać się dla kogoś lub o coś: osiągam absurdalny wręcz poziom perfekcjonizmu. Nie jest więc łatwo być kobietą, ale przynajmniej nie jest nudno.