O plastycznym wariactwie

Ludzie, którzy zajmują się działalnością plastyczną, wg mnie, mają coś z wariatów i budzą we mnie dziki niepokój. Po prostu się boję, że wyjmą z kieszeni pędzle i zaczną we mnie nimi celować. Nie jestem w stanie zrozumieć ich fascynacji strukturami tkanin, kolorami i zapachem terpentyny. Może wynika to z tego, że jakiekolwiek zdolności plastyczno – grafomotoryczne zostały stłamszone w zarodku na dość wczesnym etapie mojej edukacji, kiedy to usłyszałam w przedszkolu, że „źle koloruję”. Nie rozumiałam wtedy (i nie pojmuję do tej pory), jak można negatywnie ocenić umiejętność kolorowania, jeśli dziecko mieści się w wyznaczonych ramkach obrazka, co nie zmienia faktu, że skutecznie zniechęciło mnie to do dalszej twórczości na tym polu.

Plastyka była więc dla mnie lekcją, którą poświęcałam na rozmowy z koleżankami, wykorzystując materiały plastyczne do szerzenia „wariacji na dany temat”. I, o dziwo, wszystkie szkoły skończyłam z ocenami celującymi na świadectwie z tego przedmiotu, tylko i wyłącznie dlatego, że zamiast umiejętności malowania posiadam umiejętność „lania wody”, która okazywała się skuteczna w przekonywaniu, że kilka pociągnięć pędzlem na kartce papieru zawiera w sobie niezwykle głęboki przekaz, na co łapały się moje nauczycielki. Na obecnym etapie mojego życia, talent plastyczny ogranicza się więc do rysowania „uśmiechniętych słoneczek”.

Gdybym miała wyobrazić sobie miejsce na horror z moim udziałem, zdecydowanie byłaby to pracownia plastyczna. Sterty dziwnych materiałów, zapach schnącej farby, słoje pełne brudnych pędzli i stoły, o które lepiej się nie opierać, bo można się do nich przykleić. Nie lubię takiego bałaganu. Na stare lata włącza mi się pedantyzm i coś, czego nie jestem w stanie posegregować, powkładać w oznaczone pudełka przyprawia mnie o zawrót głowy, kompletnie nie potrafię się w tym odnaleźć.

Nie mówię jednak, że nie doceniam sztuki, wręcz przeciwnie. Będę należała do tych matek, które trzymają na lodówce wszystkie świstki papieru zabazgrane przez swoje dzieci, ze stoicyzmem zamierzam temperować stosy kredek i inwestować w rozwijającą (i niebrudzącą) ciastolinę. Zachwycam się ręcznie wykonaną biżuterią i scrapbookingiem, ale cieszę się, że mnie nikt nie zmusza do klejenia, przycinania, rysowania i utwierdzania się w przekonaniu, że każdy człowiek ma w sobie coś z Van Gogha.

Ps Pozdrawiam koleżanki  logopedki, które na arteterapii walczą z klejem i kartonami.

Reklamy

Komentarze 2 to “O plastycznym wariactwie”

  1. consilio2 Says:

    🙂 🙂 🙂

  2. szpiegowsky Says:

    zapewniam cię, że nawet pędzelki można ułożyć w porządku alfabetycznym ;-))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: