Archive for Maj 2012

Look at all the f*cks I give

Maj 31, 2012

Męczy mnie już całe to Euro. Gdzie się nie ruszę, tam dopada mnie „czyste szaleństwo”. Tak, szaleństwo, bo na prawie każdym dziale w sklepach, na ulicach: strefy i miasteczka  kibica. A gdzie strefy ignoranta, ja się pytam?

Wszystko drożeje i po Euro nic się nie zmieni. Ja, osoba z absolutnie obojętnym nastawieniem wobec piłki nożnej, czuję się poszkodowana, że muszę płacić za droższe bilety komunikacji miejskiej (które po meczach wcale nie wrócą do poprzedniej ceny), lub nie mogę rozpocząć poszukiwania mieszkania, bo ich właściciele liczą na horrendalne zyski za wakacyjny wynajem. Biało – czerwone Euro Koko Wdzianka Spoko nie są w moim guście, nie chcę gry „FIFA12” w moim telefonie, co więcej – nie lubię, kiedy ktoś mi rozkazuje hasłami typu: „Wpadnij w piłkoszał” i „Uwolnij swoje emocje już teraz”.

Fajnie, że coś się w naszym kraju dzieje, że remonty, załatane drogi, że jednoczymy się w hejterzeniu polskiego hymnu Euro, ale kto będzie utrzymywał stadiony, nowe autobusy i tramwaje, kiedy całe to zamieszanie ucichnie?

Przyznaję, jeśli miałabym oglądać mecz, to tylko wtedy, jeśli ktoś postawiłby przede mną paczkę chipsów. Na chwilę obecną wkładem w futbolowe szaleństwo będzie dla mnie robienie kanapek, jeśli głód zmorzy wrzeszczących kibiców bliskich memu sercu. Za ojczyznę się jednak nie napiję.

Reklamy

♥ ♥ ♥

Maj 26, 2012

Kiedy byłam mała, Mama nauczyła mnie piosenki:

(… ) Słoneczko nasze, rozchmurz buzię,
Bo nie do twarzy ci w tej chmurze,
Słoneczko nasze, rozchmurz się,
Maszerować z tobą będzie lżej !
Słoneczko nasze, rozchmurz pyska,
Bo nie do twarzy ci w chmurzyskach,
Słoneczko nasze, rozchmurz się,
Maszerować z tobą będzie lżej ! (…)

Im jestem starsza, tym bardziej zaczynam traktować ten tekst jak prywatne carpe diem.

Wszystkiego najpiękniejszego, Mamuś! :*

Muzycznie o banałach

Maj 19, 2012

Czasami przemawia do mnie taka prostota. Banalne słowa, pomyślicie? Być może. Według mnie niosą wiele prawdy.

Tak czy siak, mogę słuchać na okrągło.

Córeczka Tatusia

Maj 17, 2012

Och, jak ja kocham felietony! Będąc w klasie dziennikarskiej marzyłam o tym, by je pisać, dziś – zamieniając dziennikarstwo na nauczycielstwo – pozostaje mi ich czytanie. I tu, w niedawnym numerze Newsweeka (19/2012), znalazłam felieton taki, który mnie wzruszył i rozbawił, a wszystko za sprawą Marcina Mellera, chociaż do autora uczucia mam mieszane. „ (…) o amoku planowanym i plastikowej wanience” pisze tak, że dotyka pokładów mojego instynktu macierzyńskiego, a rozczulając anegdotami o swoim tacie wręcz nakazuje mi zadzwonić do mojego.

„(…) A potem w Bieszczadach poszedłem myć kochery w strumieniu i zobaczyłem byka, i uciekałem do taty, który mi tłumaczył zapłakanemu, że to krowa, a nie byk, ale naczynia szlag trafił. I siedziałem mu na kolanach, i prowadziłem samochód na polnych bezdrożach. I czułem się, jakbym był wicekrólem świata na dworze mojego supertaty.”

I wspominam, i myślę, że miałam szczęśliwe dzieciństwo na kolanach rodziców. „Córeczka tatusia”, mówili, co było zgodne z prawdą, bo tylko on pozwalał wchodzić sobie na głowę – dosłownie – gdy zakładałam mu krawat i udawałam woźnicę. Mama bajek opowiadać nie umiała. Tata nie dość, że miał wyobraźnię, to jeszcze potrafił obsługiwać przedpotopowy rzutnik. Gdy odbierał mnie z przedszkola zawsze szliśmy do sklepu, jak dwóch myśliwych na polowaniu, czailiśmy się na figurki z Kinder Niespodzianki. Niedziela była od gofrów, supermarkety od „weź sobie tę czekoladę”, a kiedy opychałam się nią bez umiaru, żartował: „Jedz, jedz, dłużej z nami zostaniesz”. Bezskutecznie próbował nauczyć mnie matematyki, twierdząc, że „z pisania chleba nie będzie”, ale gdy odbierałam jedną z pierwszych nagród za wiersze, jako jedyny z całej auli wstał z fotela, klaszcząc tak zawzięcie, iż myślałam, że przegrzeją mu się dłonie.

Instrukcji obsługi do rozwrzeszczanego bachora nikt mu nie dał, a on stawiał moje stopy na jego stopach i robiąc „krok dostawny” godzinami kołysał nas w lewo i w prawo. I pewnie dalej by tak robił, widząc, jaką przyjemność sprawiał mi ten taniec, gdyby moje stopy nie urosły na długość rasowego kopyta.

„(…) I kiedy ludzie mnie pytają: „Skąd w tobie tyle optymizmu i apetytu na życie?”, odpowiadam: bo mnie tak wychowano. W poczuciu, że życie jest piękne i że chodzi o miłość, przyjaźń, lojalność, uczciwość i dobre chwile. I parę jeszcze rzeczy, ale wszystkie ze znakiem plus.”

W brzuchu mamy byłam „zapowiedzianym szaleństwem”, teraz jestem życiową rewolucją mojego Taty. I myślę, że właśnie dziś najtrudniej patrzy mu się na odbicie własnych cech w upartej studentce. Od czasu, kiedy wyjechałam do Gdańska, przechodzi on Syndrom Opuszczonego Gniazda. Nieustannie namawia mnie do powrotu, a kiedy widzi, że to nie skutkuje, wypomina fakt, że tylko on w naszej rodzinie nie jest jeszcze dziadkiem, licząc, że darmowa opieka nad przyszłym potomstwem, skłoni mnie do osiedlenia się bliżej rodzinnego miasta.

„(…) Bo przypomni sobie pierwsze tygodnie, na totalnym haju, kiedy ekstaza miesza się z paniką, gdy wracasz z kuchni do pokoju, patrzysz i on naprawdę jest, nie żadne tamagotchi, nie, to twój syn albo córka na wieki wieków. I odkrywasz, co to znaczy miłość absolutna, bezwarunkowa, że aż cię skręca w środku.”

I pewnie kiedyś docenię wszystko bardziej, zmięknę w środku jeszcze trochę, gdy trzymając na rękach śliniącego się bąbla, powiem: „Wiesz, jak z Dziadkiem szliśmy ulicami, to wymienialiśmy wszystkie przedmioty w zasięgu naszego wzroku na literkę „z”. I jak podrośniesz to też tak będziemy się razem bawić.”

Marzenia do spełnienia

Maj 9, 2012

Długi weekend wyleżałam w łóżku, więc miałam sporo czasu na zaległości filmowe. I tak trafił do mnie, dość stary już film, The Bucket List. Muszę przyznać, że sam film specjalnie mnie nie zachwycił, jednak zainspirowało mnie samo stworzenie listy rzeczy, które chciałabym zrobić w życiu.

Nie będę tu pisała o rzeczach oczywistych, ale o pomysłach, na które być może nigdy nie zbiorę wystarczająco dużo odwagi, bo niektóre z nich są wręcz absurdalne, albo nieosiągalne. Przykładowo chciałabym:

  • Późno w nocy wychodzić z łopatą do ogrodu i przekopywać grządki, aby dać sąsiadom powód do zastanawiania się.
  • Pójść na pokaz rasowych psów i krzyknąć na całą salę: „Who let the dogs out?”
  • Wziąć udział we FlashMobie, najlepiej takim, gdzie tysiące ludzi zatańczy „YMCA”.
  • Wychylić się przez szyberdach auta i z rozdziabanymi w górze rękami śpiewać na całe gardło: „My heart will go on”.
  • Dać przypadkowemu przechodniowi walizkę i powiedzieć: „Wiesz, co masz dalej robić”.
  • Jak Artur Orzech nauczyć się języka obcego tylko przez czytanie słownika.
  • Zatańczyć „Lambadę” albo inne „Kokodżambo” na weselu, zamiast sztywnego walca w ramach Pierwszego Tańca Młodej Pary.
  • Przejechać rowerem (najlepiej różowym, ze wstążkami na kierownicy, koralikami w szprychach i białym maltańczykiem w koszyku) cały Bulwar Zachodzącego Słońca.
  • Wystroić się jak stróż w Boże Ciało, wejść do kasyna i wygrać chociaż drobną sumę na automatach, które pokazałyby np. 3 wisienki.
  • Zobaczyć jeszcze parę razy spadającą gwiazdę i pomyśleć o życzeniu. A potem je spełnić.

A. podsunęła mi jeszcze kilka ciekawych pomysłów, z którymi absolutnie się zgadzam i dopisuję je do mojej listy „to do”:

  • Zaprosić osobę bezdomną na Wigilię.
  • Stanąć na Końcu Świata ( a jest coś możliwe !).
  • Spakować się w małą walizkę, pójść na lotnisko i powiedzieć: „Poproszę bilet na najbliższy lot”.
  • Postawić stopy na każdym kontynencie.
  • Stanąć na środku pola i ugotować coś jak Robert Makłowicz (oczywiście popijając wino i dodając je do jedzenia).

Muzycznie Matt Corby przytakuje naszym pomysłom:

Piksele

Maj 6, 2012

Od dłuższego czasu zachwycam się Pikselami Agaty Dębickiej. O ile nie znam się zupełnie na walorach graficznych, tak przekaz mnie inspiruje. Być może dlatego, że z większością z nich potrafię się w jakiś sposób identyfikować.

Poniżej kilka moich ulubionych, więcej znajdziecie na: http://agde.blox.pl/html

Wiosna to stan umysłu

Maj 3, 2012

Długi majowy weekend raczej nie mija mi pod znakiem grilla i zabawy, bo niestety przez prawie cały ten czas uprawiam łóżking, spaning i kompresing do oporu. Mam już jednak za sobą pierwsze wycieczki rowerowe i spacery po plaży.

Prawie letnią pogodę czuje się w powietrzu i widzi za oknem: zazieleniło się do granic możliwości, panie wyciągają z szaf kusikiece i kusimajty, panowie wkładają skarpety w sandały. W kuchni podwórkowej królują kiełbaski z grilla i nadziewane pieczareczki z rusztu, lody topią się w dłoniach, a w okolicach plaży pachnie już smażona rybka. Osobiście do kompletu potrzebne mi jeszcze tylko plenerowe koncerty i przygody – przygód mi się chce.

Przyszła wiosna i doszło do tego, że połowa moich koleżanek przeszła na dietę. Ja do osób asertywnych nie należę i komu jak komu, ale jedzeniu nie umiem powiedzieć „nie”. I dopóki mieszczę się jeszcze w kiece z działu dziecięcego (rzadko, bo rzadko, ale jednak), to nie mam zamiaru tego zmieniać, bo jedzenie uważam za przyjemność. Niestety producenci czekolad nie rozumieją mojego braku asertywności i pakują w tabliczki zbyt dużo kostek. Myślę, że jeszcze kiedyś ktoś ich za to pozwie.

Istnieje wiele teorii odchudzania. Można przeistoczyć się w królika i wciągać marchewki czy inne sałaty. Można też zastosować dietę „MŻ”, czyli „mniej żreć” i szybciej wstawać od stołu. Osobiście wolę wciągnąć brzuch. Co więcej, nie lubię słowa „tyć”, wolę już „puchnąć”, a każdy centymetr więcej w pasie tłumaczę faktem, iż mam po prostu zbyt duże pokłady uczuć, które czasem wychodzą tłuszczykiem, tworząc tzw. oponki miłości (które wraz z wiosną przyszło zmienić z zimowych w letnie). Więc wina nie moja, a wszystko przez M.

Wiosną mój gust muzyczny zależy już tylko od ilości słońca wpadającego przez otwarte okna. Raz sięgam po Mando Diao…

…innym razem tańczę przy dźwiękach, moim zdaniem najpiękniejszej kobiety Wielkiej Brytanii, Cheryl Cole:

Ps Bawcie się dobrze jeszcze przez te kilka wolnych dni i pamiętajcie: wiosna to nie wyłącznie piękna pogoda – to stan umysłu 🙂