Archive for Czerwiec 2012

Lie to me.

Czerwiec 23, 2012

Trwa sesja, czyli bardzo gorący okres, w którym to odczuwam niesamowity Weltszmerc. Mam nadzieję, że na obronie promotor powie: „Lie to me”, bo czuję, iż do egzaminu mój mózg nie przyjmie już więcej informacji. Nic dziwnego, że w ramach relaksu – kiedy pogoda raczej nas nie rozpieszcza – nadrabiam zaległości filmowe. I dziś właśnie nastał ten dzień, kiedy to Ciocia Agata chciałaby Wam polecić kilka produkcji.

Nie od dziś wiadomo, że Sandra Bullock jest jedną z ulubionych aktorek. I chociaż mam sentyment do romantycznych komedii, wolę ją w poważniejszym wydaniu. W filmie „Przeczucie” wciela się w rolę zdesperowanej żony, która za wszelką cenę stara się nie dopuścić do wypadku męża. Przez cały film po głowie chodziła mi jedna myśl: nikt nie jest przygotowany na tragedie, to jasne. Co jednak, jeśli wiemy, że ta tragedia się wydarzy, że ktoś, na kim nam zależy nas opuści? Czy rzeczywiście można to przewidzieć? Więcej – czy można się na to przygotować i jednocześnie zostać przy zdrowych zmysłach? Film przedstawiany jest jako thriller/dramat psychologiczny, ale skoro ja się nie bałam, to chyba można oglądać go przy zgaszonym świetle.

Następnym obrazem jest – stosunkowo nowy – „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”. Kolejny dramat rodziny po 11 września. Dramat dziecka, które chce rozwiązać zagadkę pozostawioną przez ojca. Film długi, ale ciekawy, piękne obrazy i przesłania. Światło można zgasić, ale należy zaopatrzyć się w paczkę chusteczek.

A NA DESER serial dla wszystkich dziewczyn, które mają dość czirliderek z Miami Dolphins, a lubią przyglądać się przystojnym i niesamowicie inteligentnym panom w 3częściowych garniturach (bo która z nas tego nie lubi?). I gdyby ktoś pytał: tak, mam słabość do prawników. Przed Wami „W garniturach”.

Street Art

Czerwiec 16, 2012

Jestem wielką fanką sztuki ulicznej. Często proste formy niosą w sobie dużo treści i myślę, że nie ma znaczenia, gdzie się pojawiają – ważne, że zachwycają, rozweselają, skłaniają do refleksji.

A. podsunęła mi pomysł, aby na wordpressie powstał wpis właśnie o sztuce ulicznej, co też z miłą chęcią czynię. Poniżej zamieściłam zdjęcia, które należą do moich ulubionych. Są one dowodem na to, że wyobraźnia nie zna słowa „ograniczenia”.

Stayed on purpose

Czerwiec 9, 2012

Po wpisie dotyczącym The Bucket List, czyli listy rzeczy, które chciałabym zrobić w życiu, nadszedł czas na inne listy, te mniej lub bardziej poważne. Całkowicie pochłonęło mnie więc myślenie o rzeczach, które uwielbiam.

Za oknem pogoda prawdziwie wakacyjna. Na kuchennym parapecie rośnie nam dolina Rospudy z bazylią, szczypiorkiem i pietruszką, z głośników dobiegają taneczne hity, truskawki i lody zajmują pół lodówki, a w pokoju kwitną mi piwonie. I jak tu się uczyć, kiedy duszą i sercem opiekam się na plaży?

Wyszłam z założenia, że właśnie w czasie sesji muszę skupić się na rzeczach pozytywnych, bo jednak na chwilę obecną – gdy zerkam w kierunku książek – jest więcej takich, których nienawidzę całym sercem. Przedstawiam Wam więc top 10 rzeczy, które absolutnie uwielbiam:

  1. Śmiać się tak mocno, żeby dostać czkawki od braku tchu.
  2. Zapominać, dlaczego krztusiło się od śmiechu.
  3. Charkać i tupać w rytm muzyki, jakbym była gwiazdą rocka na wielkiej scenie.
  4. Rozmawiać ze zwierzętami (i wierzyć, że rozumieją).
  5. Obserwować, jak ludzie porozumiewają się bez słów.
  6. Wzruszać się na bajkach Disney’a.
  7. Przybierać groźną minę, aby potem móc powiedzieć: „Żartowałam!”
  8. Oglądać zdjęcia, zwłaszcza te, na których ludzie się śmieją.
  9. Spieszyć się, bo ktoś na mnie czeka.
  10. Spotykać kogoś przez przypadek, zostawać z wyboru (stayed on purpose).

Ps Korzystajcie z tych wolnych, ciepłych dni, tylko uważajcie na siebie, żeby nie skończyć jak ja: pociągająca (oczywiście nosem), kaszląca, z kieszeniami wypchanymi chusteczkami higienicznymi.

Muzycznie w tym okrutnym przeziębieniu przygrywa mi Amy Macdonald:

D jak „Dajcie mi spać”

Czerwiec 7, 2012

Jestem świetna w łóżku. Ba, w czasie sesji powiedziałabym, że nawet rewelacyjna – mogłabym spać caaały dzień.  Moja produktywność na chwilę obecną jest odwrotnie proporcjonalna do ilości materiału, który powinnam zapamiętać przed egzaminami.

Ludzie lubią spać w różnych pozycjach – na wznak, na brzuchu (czego ja za młodzieńczych lat długo nie robiłam, uparcie wierząc, że maleje od tego biust), z kołdrą między nogami, bez poduszki… Ja lubię spać długo, a swoje łóżko obdarzam miłością wręcz absolutną.

Nauki i pisania prac mam już dość aż po kokardę, więc wolę, aby moje ciało w stanie daleko posuniętego sesyjnego rozkładu leżało przykryte kołdrą. A ponieważ spanie do południa w dni wolne, jak dla przykładu dzień dzisiejszy, w nauce na egzamin mi nie pomaga, podejrzewam, że przed samą obroną będę mogła porównać się do aktywistek ruchu Radia Maryja – już tylko modlitwa może zdziałać cuda.

Primum: non krzycere

Czerwiec 4, 2012

Tak się w moim życiu porobiło, że musiałam odbyć Kurs Wychowawcy Kolonijnego. Po 3 bitych weekendowych dniach zapoznawania się z przepisami, możliwościami i sankcjami,  doszłam do wniosku, że jedynie bardzo dobre zarobki mogłyby mnie skłonić do dobrowolnego podjęcia pracy w charakterze wychowawcy. Posługując się słownictwem prowadzących, których rozbrajająca szczerość często wywoływała u mnie okrzyk: „O, zgrozo!”, postaram się wyjaśnić, dlaczego „opiekę nad cudzymi dziećmi uważam za brak instynktu samozachowawczego”.

Każdy, kto chociaż raz – jak ja – pracował z dziećmi w szkole wie, jak ciężko sprawować kontrolę nad uczniami (przeważnie) siedzącymi  w ławkach. Dzieci na wakacjach, pozbawione kontroli rodzica, przyjeżdżają na kolonię z carpe diem na ustach: „Hulaj dusza, piekła nie ma”…I tu zaczynają się przysłowiowe schody dla ich wychowawców.

Oczy dookoła głowy 24h/d to wysiłek często nieproporcjonalny do zarobków. Bo każdy z nas dzieckiem był i doskonale wie, że jak się chce – można dokonać rzeczy niemożliwych, nawet przejść przez płot pod napięciem czy rów przypominający Wielki Kanion. A że opiekun też spać musi, współczuję tym, którym nastolata wymknie się przez okno, zabawi w „słoneczko”, a alimentami obciąży tegoż wychowawcę (jak w przypadku pewnej pani, której podopieczne, bliźniaczki w dodatku, szukały wśród kolegów atrakcji wzrokowo – dotykowych i biedna nauczycielka dorabia teraz po godzinach, wykładając na 2 obcych jej krasnali).

Już chyba wolałabym, by dzieci wypełzały z pokojów na lesbijskie randki – co też się podobno zdarza – i oby Bóg prowadzić je raczył w miejsce bezpieczne, bo nikt z asfaltu dzieci zbierać nie chce, jeśli takie wpadną pod jakieś auto, w czasie, gdy ja  oczami wyobraźni będę widziała je wystrojone w piżamki w swoich łóżkach. Jeśli taka randka będzie miała miejsce, to przynajmniej nikt nie każe mi wykładać pieniędzy z tytułu niepożądanej ciąży (a w sądzie trudno udowodnić, że w relacji damsko – męskiej była ona pożądana w przypadku 15latki). O dziwo, dowiedziałam się, że można się przed tym zabezpieczyć, wykupując dobrowolne ubezpieczenie, zabawnie ochrzczone: ubezpieczeniem przed ciążą.

Szkoda czasu na mówienie o alkoholu, oparach różnego rodzaju, kradzieżach dóbr koleżeńskich czy wyciąganiem podopiecznych z krzaczorów, choć takie sytuacje też mają miejsce i – jako wychowawca – muszę być na nie wyczulona.

Okazuje się, że wszystkie uprawnienia pedagogiczne, jakie zdobyłam w swoim życiu na nic mi się zdadzą, jeśli na kolonii pod moją lupą zdarzy się wypadek. Wtedy pozostanie mi już tylko „modlitwa o rozsądny skład sędziowski”, w najgorszym wypadku – o miłosierdzie osób płatnych z góry [ i tu muszę pochwalić organizatorów za wyjaśnienie ustaw i ewentualnych kar mi grożących]. Dla przykładu:

  • Jeśli dzieciaka coś użre w siedzenie, bez względu na to, czy będzie to robal, czy kolega, mogę jedynie przytulić zapłakańca do serca, gdyż żadnych leków podać mu nie mam prawa (byle nie zbyt czule, co by mnie nikt o molestowanie nie posądził). To samo obowiązuje w przypadku, jeśli delikwentowi w czasie jazdy busem zrobi się niedobrze – mogę się tylko modlić, by „nie nastąpiła erupcja tego wulkanu” i latać z siatką, oceniając stopień gotowości do wymiotów po kolorze twarzy.
  • Z chwilą wejścia do Unii, obowiązuje zakaz spożywania pokarmów w autobusach. Konia z rzędem temu, kto zechce odmówić krasnalowi o minie szczeniaczka zjedzenia batona w ciągu kilku godzin jazdy. Jeszcze się taki nie urodził, co by się na to nie zgodził, ale może odpowiednia kara pieniężna wymusi  przymusową głodówkę małych żołądków bez dna.
  • Z prawnego punktu widzenia, dzieciom piłki do gry dać nie mogę. A to dlatego, że nie mam kwalifikacji trenera sportowego czy nauczyciela wychowania fizycznego. Bo jeśli zadziała „dobór naturalny” i dziecko zabije się w obecności wuefisty, to istnieje szansa wybronienia się „nieszczęśliwym wypadkiem”. Jeśli zrobi to przy mnie – widoki na najbliższe lata mogę mieć przesłonięte kratami.

Pomysły dzieciaków na Nagrodę Darwina są tak wymyślne, że wychowawca musi się wystrzegać, żeby po akcji „nie wykorzystywał metod Rutkowskiego, aby opiekunom wydać skompletowane zwłoki”. Dla mnie dwa ekstrema trudne do opanowania to:

  • Góry – Niech mnie ręka boska broni przed takim pomysłem. Jak powiedział prowadzący, „anatomii dzieciaków ze skał raczej nikt uczyć się nie chce”. Co zabawne, nie mogę prowadzić wycieczki w czasie burzy, śnieżycy czy gołoledzi, ale żaden przepis nie zabrania mi realizowania jej podczas tsunami czy burzy piaskowej, ot, gdybym miała na to ochotę.
  • Wycieczka rowerowa – osobiście się nie podejmuję, bo zassanego spod tira dzieciaka wyjmować też nie chcę.

Gdybym miała jednak się przejmować, że dzieci to małe petardy, doszłabym do wniosku, że „po obozie biega kostucha i tylko czeka, aż któryś z moich podopiecznych wystrzeli”. Rodzice natomiast są zagrażającym wychowawcy materiałem roszczeniowym, który myśli, że jesteśmy Kolekcjonerami Kości. Nie, nie chcę nikomu zrobić krzywdy, ale jeśli – Drodzy Państwo – nie otrzymam na karcie kolonisty adnotacji, że dziecko ma rozszczep kręgosłupa lub żółtaczkę typu C, o czym się czasem „zapomina”, to proszę mnie potem, z łaski swojej, po sądach nie ciągać.

Niesamowitych historii nasłuchałam się w ciągu kursu na temat autokarów. Pojazd ten w 80% składa się z tworzyw sztucznych, więc płonie 4 minuty, a po 8 zostają już wyłącznie elementy konstrukcyjne. Wypada więc tylko modlić się, by jakiemuś gówniarzowi do głowy nie przyszło zabunkrowanie się w toalecie i palenie papierosów. Nie ma też nic do ukrycia w tym, że po polskich drogach jeżdżą „autobusy typu Tir [Trasa i Remont]”, bo mercedesami na kolonię dzieci nikt jeszcze nie wiózł, więc znów trzeba wznieść wzrok ku niebu, by zza krzaka nie wyjechał jakiś jeździec apokalipsy. Co więcej, szczególną uwagę należy zwrócić na 5 miejsc z tyłu autokaru, które zwykle są polem bitwy i uciech wszelakich, jeśli nie chcemy, by nasi podopieczni przekazywali innym kierowcom środkowy palec jako międzynarodowy znak pokoju. Plus jest jednak taki, że obsługa grup autokarowych w restauracjach typu McDonald stołuje się za darmo.

Istnieją pewne prawidłowości, które trzeba wziąć pod uwagę: dzieci kochają jedzenie palcami, wypchane zwierzęta i zabawy w błocie. Jeśli od czasu do czasu urządzimy Dzień Jaskiniowca, będziemy ich The One And Only. Haczyk w tym, że im większe uwielbienie w stosunku do nas, tym więcej błota i kawałków kotleta w naszych włosach, ot taka forma okazania uczuć, liczyć się z nią jednak trzeba.

Odpowiedni dobór słów to kwestia podstawowa. Jeśli powiem: „Leć na drzewo” czy „Schowaj pieniążki tak, by ich nikt nie znalazł”, bardzo prawdopodobne, że mojego podopiecznego będzie trzeba ściągać z najwyższego dębu, a pieniądze zostaną ukryte tak, że nawet ich właściciel nie będzie potem wiedział, gdzie one są.

Oczywiście są dzieci grzeczne, dzięki którym takie wyjazdy mogą być niezapomnianą przygodą, więc nikogo od takiego pomysłu odciągać nie chcę. Jednak nie oszukujmy się – można dokonać wszelkich starań, ale wypadki chodzą po ludziach, a taki wychowawca kolonijny odpowiada za kilkunastu małych krasnali, nie tylko przez prawo, ale też własne sumienie.

Dzień Dziecka

Czerwiec 1, 2012

Dziś Dzień Dziecka, więc nie mogłam się powstrzymać z zamieszczeniem wpisu okazjonalnego.

Osobiście jestem na takim etapie, kiedy zastanawiam się, czy wypada mi jeszcze obchodzić to święto. Bo mentalnie chyba nigdy nie dojrzeję, ale z każdym rokiem oczekiwania wobec mnie rosną, rosną i końca nie widać (do pracy trzeba w szpilach, kiedy ja mogłabym się nie rozstawać z różowymi trampkami, „Agata, zdejmij tę koszulkę z Kermitem!” i powaga, strasznie dużo powagi). Jeśli bycie dorosłą i odpowiedzialną wiąże się z brakiem jakiegokolwiek poczucia humoru i sztywnymi ramami, które narzuca Sama Nie Wiem Kto, to dziękuję, zgłaszam brak chęci do wykonania zadania.

Rozumiem, że dorosłe problemy wymagają głębszej refleksji, bo – jak pisała W. – to już nie jest kwestia rozbitego kolana, które było dla nas największym utrapieniem w dzieciństwie, ale często złamanego serca czy potarganych emocji. Nie mówię już o kryzysie seksualno – ekonomicznym („Zaglądam do portfela, a tam *uj”) czy roli w społeczeństwie, chociaż ja nie mam nic przeciwko określeniu „kura domowa”.

Dorosłość wymusiła na mnie rozwój pewnych umiejętności: odkąd nie mieszkam z rodzicami zaglądam do miejsca o dziwnej nazwie pasmanteria, zrezygnowałam z samodzielnego gotowania wody na twardo na rzecz pełnowartościowych posiłków, ba, potrafię zrobić ciasto i nie wmawiać sobie, że przepadam za zakalcami. Po 5 latach nie przypalam już ulubionych bluzek, a rozgrzane żelazko staram się odkładać na deskę do prasowania, nie na włochaty dywan. Skrzydlate robale raczej  wypuszczam na wolność, nie zostawiam już plaskatych śladów po kapciach na wszystkich możliwych ścianach, jeśli zapragnę wiosną otworzyć okno. Co nie zmienia faktu, że jeszcze nie potrafię stworzyć czegoś z niczego, trudniejsze dziury wiozę do zacerowania Mamie i nie znam tysiąca sposobów na wywabianie plam. Nie wiem też, jak moi rodzice poradzili sobie z wychowaniem takiego wrzeszczącego potwora, jakim byłam w dzieciństwie, co uznaję za najtrudniejszy warunek bycia dorosłą i odpowiedzialną.

I dopóki nie muszę jeszcze całkowicie sprawdzać, jak radzę sobie w tym dorosłym świecie, pozwalam swojemu dziecięcemu alter ego na szaleństwa. Bo myślę, że to jeszcze ten czas, kiedy mogę bezradnie rozłożyć ręce i w kilku sytuacjach powiedzieć: „samo się zrobiło”, przejmując odpowiedzialność za to, co jestem już w stanie samodzielnie kontrolować.