Primum: non krzycere

Tak się w moim życiu porobiło, że musiałam odbyć Kurs Wychowawcy Kolonijnego. Po 3 bitych weekendowych dniach zapoznawania się z przepisami, możliwościami i sankcjami,  doszłam do wniosku, że jedynie bardzo dobre zarobki mogłyby mnie skłonić do dobrowolnego podjęcia pracy w charakterze wychowawcy. Posługując się słownictwem prowadzących, których rozbrajająca szczerość często wywoływała u mnie okrzyk: „O, zgrozo!”, postaram się wyjaśnić, dlaczego „opiekę nad cudzymi dziećmi uważam za brak instynktu samozachowawczego”.

Każdy, kto chociaż raz – jak ja – pracował z dziećmi w szkole wie, jak ciężko sprawować kontrolę nad uczniami (przeważnie) siedzącymi  w ławkach. Dzieci na wakacjach, pozbawione kontroli rodzica, przyjeżdżają na kolonię z carpe diem na ustach: „Hulaj dusza, piekła nie ma”…I tu zaczynają się przysłowiowe schody dla ich wychowawców.

Oczy dookoła głowy 24h/d to wysiłek często nieproporcjonalny do zarobków. Bo każdy z nas dzieckiem był i doskonale wie, że jak się chce – można dokonać rzeczy niemożliwych, nawet przejść przez płot pod napięciem czy rów przypominający Wielki Kanion. A że opiekun też spać musi, współczuję tym, którym nastolata wymknie się przez okno, zabawi w „słoneczko”, a alimentami obciąży tegoż wychowawcę (jak w przypadku pewnej pani, której podopieczne, bliźniaczki w dodatku, szukały wśród kolegów atrakcji wzrokowo – dotykowych i biedna nauczycielka dorabia teraz po godzinach, wykładając na 2 obcych jej krasnali).

Już chyba wolałabym, by dzieci wypełzały z pokojów na lesbijskie randki – co też się podobno zdarza – i oby Bóg prowadzić je raczył w miejsce bezpieczne, bo nikt z asfaltu dzieci zbierać nie chce, jeśli takie wpadną pod jakieś auto, w czasie, gdy ja  oczami wyobraźni będę widziała je wystrojone w piżamki w swoich łóżkach. Jeśli taka randka będzie miała miejsce, to przynajmniej nikt nie każe mi wykładać pieniędzy z tytułu niepożądanej ciąży (a w sądzie trudno udowodnić, że w relacji damsko – męskiej była ona pożądana w przypadku 15latki). O dziwo, dowiedziałam się, że można się przed tym zabezpieczyć, wykupując dobrowolne ubezpieczenie, zabawnie ochrzczone: ubezpieczeniem przed ciążą.

Szkoda czasu na mówienie o alkoholu, oparach różnego rodzaju, kradzieżach dóbr koleżeńskich czy wyciąganiem podopiecznych z krzaczorów, choć takie sytuacje też mają miejsce i – jako wychowawca – muszę być na nie wyczulona.

Okazuje się, że wszystkie uprawnienia pedagogiczne, jakie zdobyłam w swoim życiu na nic mi się zdadzą, jeśli na kolonii pod moją lupą zdarzy się wypadek. Wtedy pozostanie mi już tylko „modlitwa o rozsądny skład sędziowski”, w najgorszym wypadku – o miłosierdzie osób płatnych z góry [ i tu muszę pochwalić organizatorów za wyjaśnienie ustaw i ewentualnych kar mi grożących]. Dla przykładu:

  • Jeśli dzieciaka coś użre w siedzenie, bez względu na to, czy będzie to robal, czy kolega, mogę jedynie przytulić zapłakańca do serca, gdyż żadnych leków podać mu nie mam prawa (byle nie zbyt czule, co by mnie nikt o molestowanie nie posądził). To samo obowiązuje w przypadku, jeśli delikwentowi w czasie jazdy busem zrobi się niedobrze – mogę się tylko modlić, by „nie nastąpiła erupcja tego wulkanu” i latać z siatką, oceniając stopień gotowości do wymiotów po kolorze twarzy.
  • Z chwilą wejścia do Unii, obowiązuje zakaz spożywania pokarmów w autobusach. Konia z rzędem temu, kto zechce odmówić krasnalowi o minie szczeniaczka zjedzenia batona w ciągu kilku godzin jazdy. Jeszcze się taki nie urodził, co by się na to nie zgodził, ale może odpowiednia kara pieniężna wymusi  przymusową głodówkę małych żołądków bez dna.
  • Z prawnego punktu widzenia, dzieciom piłki do gry dać nie mogę. A to dlatego, że nie mam kwalifikacji trenera sportowego czy nauczyciela wychowania fizycznego. Bo jeśli zadziała „dobór naturalny” i dziecko zabije się w obecności wuefisty, to istnieje szansa wybronienia się „nieszczęśliwym wypadkiem”. Jeśli zrobi to przy mnie – widoki na najbliższe lata mogę mieć przesłonięte kratami.

Pomysły dzieciaków na Nagrodę Darwina są tak wymyślne, że wychowawca musi się wystrzegać, żeby po akcji „nie wykorzystywał metod Rutkowskiego, aby opiekunom wydać skompletowane zwłoki”. Dla mnie dwa ekstrema trudne do opanowania to:

  • Góry – Niech mnie ręka boska broni przed takim pomysłem. Jak powiedział prowadzący, „anatomii dzieciaków ze skał raczej nikt uczyć się nie chce”. Co zabawne, nie mogę prowadzić wycieczki w czasie burzy, śnieżycy czy gołoledzi, ale żaden przepis nie zabrania mi realizowania jej podczas tsunami czy burzy piaskowej, ot, gdybym miała na to ochotę.
  • Wycieczka rowerowa – osobiście się nie podejmuję, bo zassanego spod tira dzieciaka wyjmować też nie chcę.

Gdybym miała jednak się przejmować, że dzieci to małe petardy, doszłabym do wniosku, że „po obozie biega kostucha i tylko czeka, aż któryś z moich podopiecznych wystrzeli”. Rodzice natomiast są zagrażającym wychowawcy materiałem roszczeniowym, który myśli, że jesteśmy Kolekcjonerami Kości. Nie, nie chcę nikomu zrobić krzywdy, ale jeśli – Drodzy Państwo – nie otrzymam na karcie kolonisty adnotacji, że dziecko ma rozszczep kręgosłupa lub żółtaczkę typu C, o czym się czasem „zapomina”, to proszę mnie potem, z łaski swojej, po sądach nie ciągać.

Niesamowitych historii nasłuchałam się w ciągu kursu na temat autokarów. Pojazd ten w 80% składa się z tworzyw sztucznych, więc płonie 4 minuty, a po 8 zostają już wyłącznie elementy konstrukcyjne. Wypada więc tylko modlić się, by jakiemuś gówniarzowi do głowy nie przyszło zabunkrowanie się w toalecie i palenie papierosów. Nie ma też nic do ukrycia w tym, że po polskich drogach jeżdżą „autobusy typu Tir [Trasa i Remont]”, bo mercedesami na kolonię dzieci nikt jeszcze nie wiózł, więc znów trzeba wznieść wzrok ku niebu, by zza krzaka nie wyjechał jakiś jeździec apokalipsy. Co więcej, szczególną uwagę należy zwrócić na 5 miejsc z tyłu autokaru, które zwykle są polem bitwy i uciech wszelakich, jeśli nie chcemy, by nasi podopieczni przekazywali innym kierowcom środkowy palec jako międzynarodowy znak pokoju. Plus jest jednak taki, że obsługa grup autokarowych w restauracjach typu McDonald stołuje się za darmo.

Istnieją pewne prawidłowości, które trzeba wziąć pod uwagę: dzieci kochają jedzenie palcami, wypchane zwierzęta i zabawy w błocie. Jeśli od czasu do czasu urządzimy Dzień Jaskiniowca, będziemy ich The One And Only. Haczyk w tym, że im większe uwielbienie w stosunku do nas, tym więcej błota i kawałków kotleta w naszych włosach, ot taka forma okazania uczuć, liczyć się z nią jednak trzeba.

Odpowiedni dobór słów to kwestia podstawowa. Jeśli powiem: „Leć na drzewo” czy „Schowaj pieniążki tak, by ich nikt nie znalazł”, bardzo prawdopodobne, że mojego podopiecznego będzie trzeba ściągać z najwyższego dębu, a pieniądze zostaną ukryte tak, że nawet ich właściciel nie będzie potem wiedział, gdzie one są.

Oczywiście są dzieci grzeczne, dzięki którym takie wyjazdy mogą być niezapomnianą przygodą, więc nikogo od takiego pomysłu odciągać nie chcę. Jednak nie oszukujmy się – można dokonać wszelkich starań, ale wypadki chodzą po ludziach, a taki wychowawca kolonijny odpowiada za kilkunastu małych krasnali, nie tylko przez prawo, ale też własne sumienie.

Reklamy

Tagi: , , ,

komentarzy 5 to “Primum: non krzycere”

  1. Ania Says:

    …postaram się wyjaśnić, dlaczego „opiekę nad cudzymi dziećmi uważam za brak instynktu samozachowawczego” – pierwszy akapit i już mnie położył na łopatki 😛 Ostatnio rozmawiałam z koleżanką uczącą matmy w liceum – ma takie same prawa a uściślając zero praw… tragedyja…
    zaczynam szanować nauczycieli, niedługo ten zawód wpiszą na listę najniebezpieczniejsze zawody świata 😛

  2. Kasia Foryś Says:

    z perspektywy osoby, która ma za sobą kilka turnusów bez żadnego szwanku – wszystko da radę załatwić. jeśli dziecko ma chorobę lokomocyjną – wystarczy papierek od lekarza i możesz mu podać leki, omijając perspektywę „erupcji wulkanu”. jeśli dzieciak zachoruje w trakcie kolonii, od lekarza dostajesz upoważnienie do podawania np. antybiotyków. na jednym z turnusów miałam adrenalinę u siebie w lodówce – dzieciak był uczulony na wiele rzeczy… dobry pracodawca zapewnia wychowawcom ubezpieczenie NNW – więc wszelkie złamane ręki, nogi ( a z racji obozów na które jeździłam było ich sporo) nie są dla nas problemem prawnym i finansowym. co do alkoholu i nieszczęśliwych wypadków w nocy – jeśli jesteś w stanie udowodnić, że w tym czasie byłaś na terenie ośrodka i nie byłaś sama pod wpływem alkoholu, nikt Cię do więzienia nie wsadzi. a co do ciąży – przyznam szczerze, że pierwszy raz słyszę o precedensie przyznania alimentów wychowawcy. bo wprawdzie istnieje paragraf na brak nadzoru(tzn. balowanie poza ośrodkiem i picie w trakcie pracy), ale na „ciążę” na szczęście żaden z naszych możnowładnych jeszcze nie wpadł. nie mówię, praca ma wiele minusów, ale te wymieniane na kursach niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. pozdrawiam 🙂

    • Agata Says:

      Kasiu,
      oczywiście,że wszystko da się zrobić,jak wspomniałam,nikogo tym wpisem zniechęcić nie chciałam.Sama też się dziećmi opiekowałam i jeszcze żadne mi w kalendarz nie kopnęło 🙂 Co nie zmienia faktu,że na kursie uświadomili mi sporo rzeczy,ja je przekazałam tutaj w takiej,a nie innej formie.
      O lekach i ubezpieczeniach napisałam,bo zdarza się,że tych papierków,o których mówiłaś nie mamy,a pracodawca oszczędza na pełnym pakiecie ubezpieczenia.
      A wpisy takie jak mój czasem warto potraktować z przymrużeniem oka,bo korzyści z wyjazdów na kolonie z całą pewnością są:)

  3. Kasia Foryś Says:

    ah, ja się tak emocjonuję bo miałam przypadek inteligentnego rodzica, który myślał, że mu wszystko wolno i po tym jak jego 13 letni syn upił się wódą o 10 rano chciał nas podać do sądu za rozpijanie nieletnich 😛 i właściwie z tego wszystkiego to chciałam tylko przekazać, że na kursach to zazwyczaj głupoty mówią nie przekładające się na rzeczywistość… a już hitem są INTERNETOWE kursy!

    • Agata Says:

      Wiesz,ja nie poszłam na kurs „zielona”,a uważam,że mój był poprowadzony sensownie,bo zawierał dużo informacji z działu „skargi,wnioski,zażalenia od rodziców i kary,jakie może nałożyć sąd w razie w”.Po tym,co usłyszałam,prowadzenie półkolonii mi wystarczy,wolę się nie porywać na opiekę nad cudzymi dziećmi 24h/d.
      A internetowe kursy to ma być pomysł przyszłości,ja załapałam się na ostatnią turę stacjonarnego od tego organizatora 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: