Archive for Wrzesień 2012

Bara bara bere bere

Wrzesień 28, 2012

Chociaż nie lubię się przeprowadzać, muszę przyznać, że ostatnie dni na starych mieszkaniach zawsze są ciekawe. Być może dlatego, że wszyscy jesteśmy już zmęczeni pakowaniem i przenoszeniem, foliowaniem i dźwiganiem, sprzątaniem i układaniem, więc mówiąc kolokwialnie: odbija nam.

Dla przykładu: dziś od samego rana odbywała się w kuchni dyskusja dotycząca preferencji co do sztućców. Okazało się bowiem, że każdy ma swoją ulubioną łyżeczkę, a niektóre widelce mają niewygodnie krótkie ząbki. Zapotrzebowanie na tłuczki przeliczaliśmy na ilość przygotowanych przez rok schabowych, uświadomiliśmy sobie straty w postaci rozbitego szkła i braków w kompletach naczyń. Pralka w łazience pracuje non stop, w korytarzu buty szykują się do wyjścia jak w Andrzejki.  Niektórzy przypomnieli sobie o istnieniu pewnych rzeczy („Ooo, patrz! Tu mam jeszcze buty!”), z niektórymi trudno było się rozstać.

Tym sposobem zamknęliśmy kuchnię, łazienkę i 4 pokoje w niezliczonej ilości kartonów, worków, walizek i skrzynek.

Przy okazji zrobiliśmy dancing w korytarzu, tańcząc do „Bara bara bere bere” i „Czeczererecze”, stwarzając tym samym listę piosenek, na których autorzy tekstów z pewnością zbyt wiele nie zarobili, ale przy których znakomicie ogarnia się bałagan.

Postanowiłam nie rezygnować  z tego studenckiego klimatu mieszkania, wprowadzając się do nowego, z jeszcze większą ilością współlokatorów (żartując, że „teraz to dopiero będę żyła jak w komunie” ) i kontynuując naukę. Bo przecież jeśli można wydłużyć sobie okres szalonych młodzieńczych lat, to dlaczego z tego nie korzystać? Za 10 czy 20 lat pewnie już nie będzie mi wypadało śpiewać do rury od odkurzacza. I gdzie ja będę spotykała tak ciekawych ludzi, jak nie na studiach właśnie?

Reklamy

Keep calm and drive on

Wrzesień 27, 2012

Miało być o samochodach i będzie. Problem polega na tym, że w moim przypadku niespecjalnie jest się czym chwalić. Chociaż po ulicach jeżdżę brawurowo jak Kubica i – o dziwo – bardzo mi się podoba jazda samochodem, są przepisy, które interpretuję na swój własny sposób. Trochę żałuję, że za dzieciaka nie przepadałam za grą: „Poznaj znaki drogowe”. Nie wiem, jak to się dzieje, że na skrzyżowaniu zwykle wiem co zrobić, a rozwiązując testy nie potrafię wyobrazić sobie konkretnej sytuacji. Moje odpowiedzi kończą się więc ogólnym stwierdzeniem: „A co mnie obchodzi, kto na tym obrazku ma pierwszeństwo?”, albo „Jeeeeszcze więcej samochodów trzeba było tu ustawić!”.

Trzy moje ulubione znaki przedstawiają widelec, łóżko i filiżankę, ale jeszcze nie spotkałam się z testem, który zadałby o nie jakieś pytanie. Doszłam również do wniosku, że nie trzeba patrzeć na światła, bo prędzej czy później ktoś użyje klaksonu, żeby nas poinformować o ich zmianie.

Ja i mój instruktor mamy inne pojęcie o kierunkach, jak również o kolorach samochodów. Co więcej, kiedy ja uważam, że jadę przepisowo, on mówi coś o przekraczaniu prędkości, a M. podkreśla, że za mandaty płacę sama. Nigdy nie zrozumiem facetów.

Jednego jestem pewna: jak już kiedyś będę miała prawo jazdy, zainwestuję w auto o pięknym kolorze: niebieskim, co by mi pasowało do oczu, albo czerwonym, bo przecież wszyscy wiedzą, że czerwone samochody jeżdżą szybciej.

Polish and Proud

Wrzesień 24, 2012

Zdarza się, że rozmawiając z moimi zagranicznymi znajomymi mówię: „To dla Ciebie takie typowe”, albo: „Mogłam się tego spodziewać”. Oni z kolei, często powtarzają:„What the f***?”, co również może (chociaż nie musi) świadczyć o mojej przynależności kulturowej i szeroko pojętym patriotyzmie.

Przykładowo taki Anglik nie może pojąć, że zupą można się najeść, po prawej stronie też można jeździć, a „Jesteś szalona” to nuta na najlepszą potupaję. Czego jeszcze nasi zagraniczni znajomi nie zrozumieją?:

Jak doprowadzić współlokatora do rozpaczy

Wrzesień 10, 2012

Jak wiadomo, Nonsensopedia to mój ulubiony rodzaj encyklopedii. A ponieważ ma ona wiele haseł poświęconych współlokatorom, pomyślałam, że mogę z niej skorzystać i nawiązać do poprzedniego wpisu.

Dziś przytoczę poradnik, jak doprowadzić współlokatora do rozpaczy, który – muszę przyznać – jest dość pomysłowy:

  1. Kup komplet noży. Ostrz je każdej nocy, spoglądając na współlokatora i mrucząc pod nosem: Już niedługo… Już niedługo.
  2. Pod nieobecność współlokatora wyszyj na każdej parze jego majtek swoje inicjały. Potem oskarż go o ich kradzież pytając, co twoje gacie robią na jego półce.
  3. Za każdym razem, kiedy twój współlokator wróci do domu, krzycz: „Hurra, hurra wróciłeś!”, tak głośno, jak potrafisz. Przez dziesięć minut tańcz i skacz dookoła pokoju. Potem usiądź. Bez przerwy zerkaj na zegarek, okazuj oznaki zniecierpliwienia i pytaj go, czy przypadkiem się gdzieś nie wybiera.
  4. Zacznij kolekcjonować ziemniaki. Domaluj im twarze i nadaj imiona. Jednego z nich nazwij imieniem swojego współlokatora i posadź go na widocznym miejscu. Wieczorem kładź ziemniaka w łóżku współlokatora i nie pozwalaj mu się na nim położyć tłumacząc, że to miejsce jest już zajęte. Za każdym razem, kiedy będziesz zwracał się z czymś do współlokatora, mów do ziemniaka [My przez długi czas mieszkaliśmy z jabłkiem, na którym narysowane były wąsy i które udawało kota, po jakimś czasie rzeczywiście rozmawiało się z nim wchodząc do kuchni]
  5. Każdej nocy udawaj, że mówisz przez sen. Zachwycaj się ciałem swojego współlokatora i snuj plany zdobycia go. Lunatykuj. Pakuj się do jego łóżka. Rano udawaj, że nic nie pamiętasz, ale nie zapominaj od czasu do czasu klepnąć go po tyłku. Jeśli jest gejem, masz pecha.
  6. Postaw butelkę na środku pokoju. Dwa razy dziennie oddawaj jej hołd, co godzinę śpiewaj piosenki na jej cześć. Nie pozwalaj współlokatorowi wejść do pokoju bez zdjęcia butów i oddania butelce pokłonu. Nadaj współlokatorowi nowe, debilne imię i zwracaj się nim do niego mówiąc, że butelka ci to nakazała. Znoś do domu wiadra gnijących liści i urządzaj procesje, rozsypując je po wszystkich kątach.
  7. Rozpowiedz miejscowym pijaczkom, że twój współlokator pędzi wyśmienity bimber. Dodaj, że oddaje litr za 10 kilo makulatury i odśpiewanie wybranej piosenki Krzysztofa Krawczyka.
  8. Notoryczne wyżeraj z lodówki wszystko, co zostało przywiezione przez współlokatora. Potem głośno narzekaj i wytykaj mu, że jedzenie było niedobre i nieświeże. Wyrażaj przypuszczenie, że chciał cię otruć. Jeśli będzie protestował, nazwij go egoistą. Swoje jedzenie zabezpiecz w małej lodóweczce zamykanej na kłódkę.
  9. Ścieraj kurze ulubionymi ubraniami współlokatora. Chwal jego gust mówiąc, że ubrania jego ulubionych marek idealnie wchłaniają kurz i brud.
  10. Zacznij słuchać country. Potem zacznij grać country, pisząc piosenki o twoim współlokatorze i prosząc go o ich wysłuchanie i ocenę. Oglądaj westerny. Kup sobie pistolet na kapiszony i strzelaj w stronę współlokatora wykorzystując element zaskoczenia. Powyrzucaj jego ulubione płyty cd tłumacząc mu, że tylko country zasługuje na miano prawdziwej muzyki. Zwieź do mieszkania 100 kilogramów nawozu końskiego mówiąc, że tylko otoczony takim zapachem jesteś w stanie egzystować. Od czasu do czasu zapytaj czy współlokator nie mógłby dla ciebie wejść w rolę krowy, bo jeśli nie poćwiczysz rzucania lassem, zapewne niedługo wyjdziesz z wprawy.

Nonsensopedia podaje oczywiście pewne ekstremum. Osobiście uważam, że można kogoś wykończyć poprzez odgrzewanie słoika z bigosem w mikrofali lub podgrzewaniem w niej masła. Nie polecam – huk słoika może doprowadzić do zawału, a masło niepokojąco „strzela”, moi współlokatorzy już to przetestowali, smród niesamowity. Można też wrzucić po północy buty na koturnie do pralki – kiedy zaczynają wirować w bębnie ma się wrażenie, że ktoś rozpętał III wojnę światową w mieszkaniu – też już u nas było…

Życie w komunie

Wrzesień 9, 2012

Jeśli powiem, że przeprowadzam się (po raz 7 (!)) do kolejnego mieszkania, to raczej nie powinno Was to zdziwić. Prawda jest taka, że w jakimś sensie mieszkam na walizkach, chociaż z Martyną Wojciechowską na podróże konkurować raczej bym nie mogła. No, chyba, że na anegdotki, a w każdym kolejnym mieszkaniu udało mi się ich trochę nazbierać.

Niedawno przeczytałam ciekawy tekst „Samca Alfy”, który w błyskotliwy sposób udzielał rad osobom zbierającym właśnie klamoty i idącym „na swoje”. Ponieważ jego przykazania, jak i rady osób go czytających, rozbawiły mnie do łez, pozwólcie, że kilka przytoczę:

„Dopóki nie awansujesz na wyższy level w praniu, grasz bezpiecznie: chodzisz w jasnych, brudzisz, robisz jasne pranie; chodzisz w ciemnych, kończą się, robisz ciemne. Rzeczy mokre rozwieszasz od razu, inaczej będziesz śmierdział, jak ten kolega, który nie rozwiesza od razu. Tego zapachu się potem nie da usunąć, wraca.”

Segregacja to ważna sprawa, szczególnie kiedy w białym praniu widzi się czarne skarpety współlokatora, który twierdzi, że „czarny to też kolor” (kobieca kontrola segregacji jest równie istotna). Warto też pamiętać, że spodnie na tyłku nie wyschną, przy -20 można sobie odmrozić to czy tamto, a kozaki suszone w piekarniku prędzej się rozkleją niż wysuszą.

„(…)jeśli toaleta powie poważnej kobiecie, że ostatnio ktoś otwierał w niej środki czystości rok temu, ona nie otworzy się przed Tobą w ogóle. Mówię tu o poważnych kobietach. Część pozna pewnie tylko drogę od drzwi do łóżka i z powrotem. Tam niech po prostu nie będzie potłuczonych szklanek i karaluchów. Właśnie, łóżko. Miej łóżko, nie materac, materac jest za blisko podłogi, kurzu i brudu. Ludzie wynaleźli łóżko nie bez przyczyny. Zajrzyj pod nie raz na kwartał, znajdź brakujące do pary skarpetki, wyrzuć opakowania po gumkach, odkurz. Z podobnych tematów: zbierz drobne spod poduszek kanapy i foteli. Ta, też byłem zdziwiony, ile tego czasem jest. Jeśli chcesz, możesz na imprezach korzystać z patentu mojego kolegi, który zostawia w toalecie puszkę i mówi, że jak ktoś ma gest, to może się zrzucić na panią Halinkę. Uczciwe, dorosłe.”

Odświeżacze do powietrza zostają u nas nazywane w zależności od naszego widzimisię przy zakupach: „kupa w lesie”, „kupa w morzu”, „kupa w pomarańczach”, wiem – brzmi obrzydliwie, ale ważne, że nie pachnie tym, czym zwykle pachnie w ubikacjach. Umiejętność empatii to dopiero dorosła cecha, a korzystanie z odświeżaczy świadczy o dorosłości.

„(…) każdy syf likwidujesz od razu. Nie dajesz mu zasychać. Mycie niektórych niewinnych rzeczy po zaschnięciu przypomina próby usunięcia tatuażu gąbką.”

Czasem, zwykle po imprezach, miałabym ochotę wpuścić do mieszkania Chajzera, który „doprałby wszystko do czysta” lub tę panią od płynu, która umyje milion naczyń jedną kroplą. Wiem, zawsze znajdzie się coś ciekawszego niż sterta talerzy, ale zlew to nie przechowalnia, im jestem starsza, tym bardziej doceniam to, gdy marzy mi się umycie warzyw w kuchni. Kiepsko szuka się uciekających marchewek na zupę wśród brudów, które widziały obiad 3 dni temu. God bless zmywarka na nowym mieszkaniu.

Każdy ma swoje patenty na czyste mieszkanie, a jeśli nie ma – prędzej czy później je wypracuje. Ja na stare lata przejawiam cechy pedantyczne, co w wynajmowanych 4 ścianach jest zbędne, wręcz irytującą dla ich posiadacza. Teraz będziemy mieszkali w 7 osób, jeśli to przeżyję – nic mnie nie złamie.

Ps Całość „10 przykazań mieszkania na swoim” do przeczytania-> tutaj

Nieświadomość zbiorowa

Wrzesień 5, 2012

Zwykle odwiedzam miasto rodzinne nie dłużej niż na 4 dni (z wyjątkiem Bożego Narodzenia). Ostatnio jednak przesiedziałam w Zielonym Mieście ponad tydzień i ze słowami „home sweet home” na ustach, rozkoszowałam się każdym „typowo zielonogórskim” widokiem.

W Trójmieście nikt nie zadaje mi pytania: „Co u Ciebie?”, tylko: „Dokąd lecisz?”. Wśród tłumu jestem anonimowa. Będąc w domu albo spotykam się ze znajomymi, albo spotykam znajomych lub ich mamy, rodzeństwo i znajomych znajomych. Czuję się tam, jakby wszyscy byli jedną „wielką rodziną królika”. Lokalny patriotyzm mam opanowany do perfekcji i chociaż nie przepadam za żużlem wiem, że liczy się „tylko Falubaz”, a do swojego przyszłego mieszkania sprowadzę kiedyś palmę, żeby mieć namiastkę klimatu Palmiarni.

Miło jest jednak wrócić do wynajmowanego mieszkania, gdzie można usłyszeć jak współlokator wita się w kuchni… z pasztetem i gdzie rozmowa rozpoczyna się od słów: „Bo jak ciebie nie było to…”.

A wrześniowe powroty do Gdańska kojarzą mi się wyłącznie z końcem lata. Przeczytałam ostatnio, że:

„letnie miesiące są jak nieświadomość zbiorowa. Wszyscy pamiętamy melodię piosenki, którą śpiewał obwoźny lodziarz. Każdy dobrze wie, jak to jest oparzyć gołe uda na zjeżdżalni rozgrzanej słońcem niczym nóż w ogniu. Nie ma takiego człowieka, który w letni wieczór nie leżał w trawie na wznak, z zamkniętymi oczami, czując krew pulsującą pod powiekami, i nie myślał tylko o tym, żeby ten dzień był choć troszeczkę dłuższy niż poprzedni.” [Jodi Picoult, „Bez mojej zgody”]

Po powrocie do Trójmiasta przyszło mi już wyjąć cieplejsze swetry i tylko czekać, aż niedługo w sklepach pojawi się promocja na znicze. Czas płynie zbyt szybko i raczej nie uda mi się wydłużyć tych letnich dni. Pocieszam się więc, że już niedługo znów pojadę do domu.