Archive for Październik 2012

Trick or Treat

Październik 30, 2012

Nigdy specjalnie nie przepadałam za przebieraniem się w śmieszne kostiumy. Może dlatego, że kiedy ja marzyłam o stroju księżniczki, Mama na bal karnawałowy w przedszkolu wystroiła mnie w kostium Sindbada Żeglarza, co zaowocowało urazem psychicznym na resztę życia.

Pająków się boję, horrorów nie oglądam, żeby potem nie biec do łóżka po zgaszeniu światła, cmentarze omijam wieczorami, co w tym roku jest utrudnione, bo mieszkam niedaleko cmentarza właśnie – no, jakoś w całą koncepcję Halloween wpisać się nie mogę. Jedyną rzeczą, która mnie zachwyca są dekoracje. I uroczyście oświadczam, że jeśli kiedyś dorobię się domku z ogródkiem, do Halloween będę przygotowywała się sumienniej – wydrążę dynię i powpycham do niej świeczki, ba, może nawet przyjdzie ten dzień, kiedy się przebiorę w kostium. Bo myślę, że najbliżej mi do czarownicy, więc specjalna charakteryzacja potrzebna nie będzie.

happy birthday to me

Październik 25, 2012

Przyszedł koniec października i czas, kiedy to cały wszechświat (i metryka) przypominają mi, że się starzeję. Pierwsze kurze łapki, bóle w krzyżu… Coraz bardziej doceniam fakt posiadania centralnego ogrzewania, wiem już, co Mama miała na myśli mówiąc: „zrozumiesz  jak dorośniesz”, odkrywam magiczną moc gaci z golfem…

Nawet prezenty urodzinowe stają się bardziej tematyczne: długi sweter grzejący w nereczki, skarpety za kolana czy piżamy na długi rękaw, bo te na krótki zdradzają pierwsze objawy reumatyzmu 🙂 Chociaż nie powinnam narzekać dopóki młodzież (czyli już ludzie nie w moim wieku) nie ustępuje mi miejsca w tramwajach, świeczki nie kosztują więcej niż tort, a koleżanki nie zachodzą w ciążę celowo.

Tyle lat w dowodzie i ciągły brak stabilizacji. Nie chodzi nawet o to, że nie wiem, jak wyobrażam sobie przyszłość, gdzie będę mieszkała za rok czy dwa i co ze mnie wyrośnie. Ja do tej pory nie nauczyłam się przewidywać pogody – zawsze jestem nieodpowiednio ubrana i biegam bez parasola podczas burz (których – swoją drogą – ciągle się boję). Wydaje mi się również, że nie jestem przystosowana do życia: nigdy nie wymieniłam korków w mieszkaniu, nie opanowałam jeszcze umiejętności cerowania dziur i żyję przekonaniem, że ciągle jest się dzieckiem, jeśli umie się śmiać.

Z roku na rok mam coraz więcej drogi pod stopami. Dobrze, że chociaż humor mi dopisuje w tej wędrówce.

O tym, że najlepsze wino zawsze stoi na parapecie.

Październik 15, 2012

Jak to zwykle na nowych mieszkaniach bywa, prędzej czy później pojawia się w nich grupa ludzi, którzy zwykle do późnych godzin nocnych rozprawiają przy lampce wina o sprawach bardziej lub mniej istotnych. Tak też było i u nas. Co ciekawe, tym razem rozmowa zeszła na blogowe tory i dowiedziałam się mnóstwa interesujących rzeczy na temat Chwilopylnie, jak również zadano mi kilka wnikliwych pytań.

Przede wszystkim: nie, nie planuję mojej paplaniny zbierać w większą całość, chyba, że mówimy o pisaniu prac zaliczeniowych na zajęcia. Powód jest prosty: ani ze mnie Paulo Coelho ani Monika Richardson. Bloga modowego też raczej zakładać nie zamierzam, bo Kasia Tusk zgarnęła większość dobrze płatnych reklam. Szufladę owszem, mam zapchaną gryzmołami, ale myślę, że na chwilę obecną 2 tomiki wystarczą mi w zupełności. Propozycji pracy w roli felietonistki też się nie spodziewam, więc dalsze prowadzenie wordpressa stało się moim celem na najbliższe miesiące. I powiem Wam szczerze: jeśli będziecie dalej tu zaglądali tak licznie jak do tej pory – nie potrzebuję niczego więcej.

Pora parasola

Październik 11, 2012

Rozumiem, że choruje się zimą. Zwłaszcza wtedy, kiedy zignoruje się zbawcze moce gaci z golfem, szalików, czapek i kalesonów. Ale żeby jesienią kaszleć jak stary gruźlik? Mądra rada: dzieci, noście ze sobą parasole. Ciocia Agata tamtego felernego dnia zapomniała swojego, zmokła i dyszy teraz jak smok przez zapchany nos. Pocieszam się jedynie tym, że w telewizji leci „Pszczółka Maja” i mam pod dostatkiem czekolady oraz gorącej herbaty. Niestety, kiedy jestem chora leki nie działają tak szybko jak w reklamach, a mit o stawiającym na nogi rosole to przeżytek.

Humor poprawia głupio-śmieszny Robbie, chyba znów w dobrej formie. Co nie zmienia faktu, że z całego Take That to nie do niego wzdycham, ale do Gary’ego.

Piździernik

Październik 5, 2012

No i mieszkamy. Mamy dach, ogrzewanie i bieżącą wodę. Ba! Mamy pralkę, czajnik elektryczny i ZMYWARKĘ! Żyjemy jak paniska, rozsadzając nasze szanowne dupska w salonie PRZED TELEWIZOREM. I chociaż nie widzę już morza z kuchni, upodobałam już sobie jeden z foteli, co trochę rekompensuje mi widok na osiedlowe bloki.

I chociaż mieszka mi się dobrze, to nie wiem, jak Was, ale mnie łapią pierwsze objawy jesiennej depresji. Może nie z powodów bliżej nieokreślonych problemów egzystencjalnych, ale ze względu na pogodę. Jesienne płaszcze, grube skarpety i kalosze (nawet najbardziej kolorowe) są dla mnie przygnębiające. Znów zaczęłam rozgrzewać się litrami ciepłej herbaty, niedługo będę wynurzać się spod koca tylko wtedy, kiedy zacznę już gnić w łóżku – jednym słowem: nadszedł piździernik. Jestem zmarzluchem niesamowitym, w swetrze w renifery i śnieżynki mogłabym przechodzić pół roku, nic więc dziwnego, że deszcze i zimne wiatry są mi potrzebne jak rybie ręcznik.

Na jesień i zimę trzeba się nastawić. Wmawiać sobie, że w kozakach nogi wyglądają seksowniej, że w swetrach nie przypomina się ludzika z reklamy opon Michelin, a czerwony, zmarznięty nos jest uroczy – ja tak robię i barchanowe majty mi nie straszne, skoro wychodzę z założenia, że „lepiej wygodnie [i ciepło] niż modnie”. Co więcej, przebijając się przez śniegowe zaspy i spinając pośladki podczas chodzenia po oblodzonych chodnikach powtarzam w myślach, że zaplusuje to zgrabną pupą na następną wiosnę (mama zawsze powtarzała, że marzenia nic nie kosztują). Nastawiam się więc pozytywnie na to co ma przyjść w ciągu następnych kilku tygodni. I ciągle mam nadzieję, że złota polska jesień będzie jeszcze miała swoje 5 – oby długich – minut.